poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Requiem dla logiki - recenzja Gokukoku no Brynhildr.

W życiu każdego fana chińskich bajek i mongolskich kolorowanek przychodzi dzień, kiedy zupełnie niespodziewanie, znikąd i tak po prostu, ujawnia się przed nimi tytuł specjalny. Seria na tyle wyjątkowa, by spędzała nam sen z powiek, nie dawała wytrwać w oczekiwaniu na kolejny odcinek. Sezon wiosenny 2014 przyniósł ze sobą jedną z omawianych pozycji - anime pod każdym względem unikatowe i zasługujące na podziw. Pozwolę sobie przedstawić Gokukoku no Brynhildr.

Wszystko zaczęło się ...kiedyś. Pełen młodzieńczego optymizmu, nasz ówcześnie...ówcześnie...tej tajemnicy nigdy nam nie wyjawiono, ale ówcześnie kilkuletni protagonista, Murakami Ryouta i jego koleżanka, pseudonim: Kuroneko, cieszyli się upragnionym wolnym. Ich sielanka nie trwała jednak długo, bowiem pewnego tragicznego dnia, Kuroneko, szczerze wierząca w kosmitów, postanowiła udowodnić koledze ich istnienie. Choć kreowany na ponadprzeciętnie inteligentnego, nie zważając na późną porę, Ryouta nie wahał się długo z podjęciem decyzji o jej towarzyszeniu. Mimo, iż na początku wszystko szło jak po maśle, plan spalił na panewce, dziewczynka spadła z klifu, poniosła śmierć na miejscu, a zszokowany Murakami dowiedział się o tym dopiero po kilku dniach rekonwalescencji w szpitalu, co oczywiście na zawsze zmieniło jego światopogląd i sprawiło, iż chłopiec zamknął się w sobie. Cicho, przecież nie spoileruję. To tylko retrospekcja z pierwszego odcinka. W każdym razie, życie toczyło się dalej. Właściwa akcja serialu rozpoczyna się w momencie, gdy główny bohater znudzony obserwuje otoczenie za oknem podczas lekcji, a do klasy wchodzi nowa uczennica, Kuroha Neko (zbieżność osób, nazwisk i miejsc jest przypadkowa), której aparycja do złudzenia przypomina przyjaciółkę z dziecięcych lat Murakamiego. "To przecież niemożliwe, wszakże Kuroneko wącha kwiaty od spodu!" wykrzykuje zdezorientowany chłopak, jednak postanawia przezornie utwierdzić się w swoim przekonaniu, poprzez zmacanie Kurohowej pachy. Nie znajduje pieprzyków, które cechowały jego koleżankę, za to dość słusznie obrywa w palnik, po czym opuszcza salę i zaszywa się w szkolnym obserwatorium. Oczywiście, drogi tej dwójki skrzyżują się jeszcze niejednokrotnie, a w sumie już po zakończeniu zajęć, gdy Neko postanawia poobserwować gwiazdy i przy okazji ostrzec Ryoutę o czyhającym na niego niebezpieczeństwie. Jakiś czas później, niemal ginie on przygnieciony głazem, co poprzedza seria wydarzeń utwierdzająca nas w przekonaniu, iż Kuroha to kompletna idiotka i definitywnie użyła swoich wdzięków aby dostać się do ekskluzywnej placówki, za jaką podaje się ich szkoła. Ale wracając do umierania. Niestet- Na całe szczęście, z odsieczą w ostatnim momencie przybywa Neko, chcąc nie chcąc, wyjawiając Murakamiemu prawdę o swojej tożsamości - jest zbiegłą z Tajemnego Laboratorium wiedźmą -, aczkolwiek teraz, czyli zaraz po tym, jak uratowała jego życie, musi go zabić, bowiem istnieją ku temu Powody, które i tak nie zaprzątały głowy naszego bohatera, wgapiającego się w pachę swojej zbawczyni. Koniec końców, nikt nie ginie, ale to dopiero pierwszy odcinek!

Fabuła jakoś się toczy...wlecze...a czasem nawet pełza. Mamy Złą Organizację poszukującą zbiegłych wiedźm, są i jej Źli Członkowie, główny bohater odczuwa przesadny pociąg do szerzenia Dobra i Moralności, bezinteresownie pomagając cokolwiek podejrzanie prezentującym się dziewczętom (ale za to jak pięknie obdarzonym przez naturę!), cenzura wkrada się w większość krwawych scen, wszystko to polane bardzo obfitą porcją Dramatu, Tragizmu, Nieuchronnego Przeznaczenia oraz zwyczajnego patosu. Przez trzynaście odcinków toczy się banalnie prostym schematem - bohaterowie się spotykają -> bohaterowie postanawiają się przeciwstawić -> dochodzi do starcia. Każdy odcinek prezentuje najprostsze możliwe rozwiązania, trzeba być albo zupełnym świeżakiem w chińskich bajkach, albo kompletnym idiotą, żeby nie przewidzieć, co się za chwilę wydarzy, a osoby z doświadczeniem po innej (nie)sławnej pracy autora serii, Elfen Lied, będą w stanie zawyrokować, co się może stać za kilka odcinków, bez większych problemów. Ale spokojnie, przecież istnieją serie dość schematyczne, jednak wciąż sympatyczne i przyjemne w odbiorze. Czy Gokukoku no Brynhildr zalicza się do ich grona? Bynajmniej! Głupota bohaterów i scenariusza z czasem przestaje być już nawet zabawna, a zaczyna drażnić. Skoro laboratorium jest tak doskonale monitorowane, jakim cudem grupka wątpliwie bystrych dziewcząt z łatwością je opuszcza? Jak weszły w posiadanie pigułek podtrzymujących je przy życiu, nielogicznym byłoby rozdawać je wiedźmom w dużych ilościach, na przykład przy okazji ucieczki właśnie. Z jakiej racji w obrożach, które każda wiedźma ma wczepione w kark, nie zamontowano żadnych lokalizatorów? Czemu na poszukiwania wysłano tak niekompetentnych i nieskutecznych ludzi, w tym inne wiedźmy, które dokonywały również masowych mordów (których nikt oczywiście nie zauważył)? I najważniejsze ze wszystkich pytań - jakim cudem, do jasnej ciasnej, magiczne pudełko, przez które ze światem porozumiewa się sparaliżowana Kana, potrafi szeptać?!

Absurdy można mnożyć i mnożyć. Ślepa fascynacja pachą Kurohy, popycha Murakamiego do niebezpiecznego angażowania się w pomoc wiedźmom. Sam bohater reprezentuje sobą kompletne zero, jest wypruty z jakichkolwiek ludzkich odruchów (wyłączając fakt, iż od jakiejś połowy, nieustannie płacze), na każdym kroku bezmyślnie ryzykuje własnym życiem, kurczowo czepiając się na poczekaniu wymyślonych teorii i planów bez podparcia, wygłasza heroiczne przemowy, które oczywiście od razu topią serca nawet najzagorzalszych wrogów. Równie nijaką bohaterką jest Kuroha, typowa protagonistka tego rodzaju serii, wyidealizowana do granic możliwości. Kolejna z ekipy to Tachibana Kana, wspomniana już goth loli na wózku inwalidzkim, ukrywająca jakąś supermoc (którą zaprezentowała widzom w ostatnim odcinku), oprócz tego, nieznośna tsundere. Wspomniałam już, że wszystkie dziewczęta podkochują się w Murakamim? Chyba nie musiałam, to wydaje się oczywiste. Następnie mamy Schlierenzauer Kazumi, genialną hackerkę z niemożliwym do wymówienia nazwiskiem i przerażającą chęcią oddania swojego dziewictwa Ryoucie. Początkową ekipę zamyka Takatori Kotori, nic innego, jak cycat- pocieszny element fanserwisu. Zero naturalności, zero character developmentu, bohaterowie poświęcają się dla kompletnie nieznajomych osób i giną w heroiczny sposób, nie da się polubić żadnego z nich - kompletne nill. Aha, zapomniałam o przedstawionej w ostatnich kilku odcinkach Nanami, bez wahania pokazującej biust swojemu współpracownikowi, która następnie przewala zarobione w ten sposób pieniądze na cukierki. Taka tam próbka wybornego humoru Brynhildra.

Zdecydowanie najmocniejszą, i jednocześnie jedyną zaletą tej serii, jest oprawa graficzna. Jak bardzo by nie być krytycznym przez pryzmat całej reszty, projekty postaci są niezwykle schludne, nie dochodzi do deformacji na dalszych planach, pomieszczenia faktycznie wyglądają na używane, a tła nie straszą pustką. Fajerwerków jednak nie ma, a budżet postanowiono wykorzystać na dwa openingi. O ile pierwszy brzmiał intrygująco, screamo rozpoczynające drugi zwyczajnie mnie odrzuca. Reszta soundtracku to mieszanina elektryki, techno, metalu i rocka, czasem nawet fortepianu. Sama w sobie poprawna, ale pompatyczne battle ost, jak chociażby Tactics, skądinąd całkiem udane, brzmiało niezwykle karykaturalnie w połączeniu z żałosną akcją na ekranie.

Wykorzystywanie najwięcej jak to tylko możliwe scen do fanserwisowych ujęć, zupełnie płaski i czasem wręcz niesmaczny humor-ecchi, a do tego patos, krew i poświęcenie w imię przyjaźni na pewno nie stanowi receptury na sukces. Wypisawszy istny referat, nie jestem w stanie znaleźć w Gokukoku no Brynhildr ani jednej sceny oraz ani jednego bohatera, które uznałabym w jakikolwiek sposób za interesujące. Mimo wszystko, tylko tutaj magiczne pudełka szepczą, skąpo ubrane zakonnice z wielkimi spluwami szukają wiedźm, licealiści bez problemu wkradają się do pilnie strzeżonego przed światem zewnętrznym laboratorium, przecięcie w pół nie jest śmiertelną "dolegliwością", ludzie nie poznają w tylko nieznacznie zdeformowanych zwłokach człowieka, a czarne dziury pochłaniają wspomnienia. Z popcornem, colą i notesem na złote myśli bohaterów - idealny odmóżdżacz. Miłośnikom mrocznych i inteligentnych intryg polecam każdy inny tytuł, ale od Brynhildy trzymać się z daleka.

Bohaterowie - 0/10
Fabuła - 1/10
Grafika - 7/10
Muzyka - 5/10
Całokształt - 2/10 (za enjoyment niezwykły)

środa, 13 sierpnia 2014

Apdejt Hiyowej plantacji mango.

Mając aparat pod ręką, postanowiłam podzielić się z Wami aktualizacją mojej mangowej kolekcji, powiększonej o kilka okazów po ostatniej wizycie na rodzimej ziemi. Enjoy.

Do kolekcji gejporno dołączyły dwa nowe okazy (niezwykle udane okazy, muszę nadpomnieć), do tego Kwiaty Grzechu mam już skompletowane niemal w połowie, niestety, nie nadarzyła się okazja, abym dokupiła pozostałe dwa tomy 6000 oraz Savage Garden 2, co zamierzam nadrobić w najbliższym zamówieniu - póki co, klepię biedę. 

Do nadrobienia mam również Acid Town (tom 2 i 3) oraz Pandorę (tomy 10-12), skompletowałam jednak świetne Beast Master (definitywnie potrzebujemy więcej pozycji od pani Motomi na naszym ryneczku!).

W mojej kolekcji anime nie widzę większych zmian.

Angielskie wydania powiększyły się o kolejne trzy tomy Ao no Exorcist, nie planuję jednak kupować nic więcej, brak obwolut i żółty papier nie są warte pieniędzy, jakie życzą sobie wydawnictwa.

Większość fejwritów w jednym miejscu, Otoyomegatari, Emma (I kno, right, brakuje mi trójki, nie znalazłam jej w Matrasach, a Empiki sprzedawały już tom czwarty), cudowna Muzyka Marie oraz już niemal zakończone Battle Royale - nawet Another, jedna z bardzo nielicznych, udanych adaptacji light novel, oraz Dynia z Majonezem, to naprawdę ciekawe pozycje i cieszę się, że posiadam je na swojej półeczce.

Z Dogsami sytuacja prezentuje się właściwie podobnie, jak w przypadku Emmy, nie chcąc robić sobie jeszcze większych zaległości, od razu wzięłam tom siódmy. Z Kuroszem jestem jednakowoż na bieżąco.

Po obejrzeniu o niebo lepszej, animowanej adaptacji nowelki, postanowiłam zakończyć kolekcjonowanie Spice and Wolfa i przeznaczyć pieniądze na ciekawsze pozycje. Od ostatniej notki, zdołałam zebrać wszystkie tomy genialnego Prophecy, dokupić kolejne dwa Dengeki Daisy oraz Kaiczoła.

W tym miejscu chyba nie nastąpiły żadne zmiany, wciąż gotówka nie swędziała mnie na tyle, aby uzupełnić brakujące tomy szojców z dolnej półki.

Martwię się mocno o przyszłość Petshopa od Taigi, śmiem powątpiewać, jakby stanowił jeden z lepiej sprzedających się tytułów, a na tom czwarty czekamy już od wielu miesięcy. Trzymam kciuki, by wyszedł jak najszybciej, wszak to jedna z najlepszych pozycji na naszym rynku - zdecydowanie najlepsza historia grozy.

I na koniec, cztery Mega Mangi od JPFu, mój kochany Ludwik, niepozornie wyglądające Duds Hunt, oraz tytuł, który był jednym z moich must get podczas ostatnich zakupów, Przekleństwo siedemnastej wiosny, pozycja niezwykle underrated, zasługująca w Polszy na wiele większy rozgłos.

Jak wykonać dobry cosplay?

Dobry. Poniższy poradnik, oczywiście, mojego autorstwa, został opublikowany już pod innym adresem (http://zapytaj.onet.pl/Category/028,009/2,25957942,Jak_wykonac_dobry_cosplay.html), aczkolwiek nie widzę przeciwwskazań, aby nie podzielić się nim również tutaj. Do wszystkich, potencjalnie zarzucającym mi kradzież tekstu - chill out, ja jestem autorką oryginału i wystawiam sobie zezwolenie na rozpowszechnianie go gdzie tylko zapragnę (ale tylko i wyłącznie mi, obviously).

With those things sorted, rozpocznijmy od definicji.

"Cosplay (costume playing – przebieranie) – znajdujące korzenie w japońskiej kulturze przebieranie się za postacie z mangi, anime, gier komputerowych i filmów. W wielu krajach odbywają się konwenty fanów mangi oraz anime oraz festiwale z konkursami na cosplayowe kostiumy."

Będąc pewnym tematu poradnika, możemy przejść do konkretów.

1. Wybór odpowiedniej postaci.
"To przecież banał", zapewne zakrzyknie niejedno z Was. Nic bardziej mylnego. Niejednokrotnie widuje się cosplayerów wybierających postać tylko ze względu na sympatię. Pamiętajmy, że lustro ani kalendarz z reguły nie kłamią. Będąc niską dwunastolatką, o wątłej posturze, będziemy zabawnie wyglądać przebierając się za wysoką, dorosłą kobietę przy kości. Oczywiście, inny kolor oczu czy włosów możemy uzyskać dzięki soczewkom lub perukom, jednak aparycji reszty ciała nijak nie zmienimy. Lekarze nie zalecają również bandażowania biustu, w celu pomniejszenia klatki piersiowej. Istnieją co prawda specjalne biustonosze, jednak cudów nie zdziałamy - ze stu centymetrów obwodu, nagle nie zrobi nam się siedemdziesiąt. Wracając do osobistych odczuć, oczywiście, najlepiej wybrać bohatera, którego lubimy i będziemy w stanie się w niego wczuć. Ważna jest również ocena własnych umiejętności, aby nie porywać się z motyką na słońce. Jeżeli planujemy skomplikowany strój, a do maszyny czy igły mamy dwie lewe ręce, na "gotowca" nas nie stać", znajomy krawiec albo nie istnieje, albo nie dopomoże, najlepiej sobie odpuścić i poszukać innej postaci. Znalazłeś Tą Jedyną Postać? Gratulacje, możesz zacząć myśleć o szyciu.

2. Materiały.
Nie każdego stać na najlepszej jakości materiały, prosto ze sklepowej półki. Serdecznie zachęcam do przeszukiwania lumpeksów i wyprzedażowych koszy w marketach, można znaleźć tam prawdziwe cuda, za niewielką kwotę. I tutaj nie należy jednak zapominać, że nie otrzymamy idealnego kostiumu z jedynie przerobionych ubrań. Mając ograniczony budżet, najlepiej rozplanować sobie zakupy i tworzyć nasz strój fazowo. Przed kupnem czegokolwiek, warto zrobić listę, aby straty i wydatki były jak najmniejsze. Pamiętajmy - dobre materiały kosztują. Nie uzyskamy wspaniałego efektu niskim kosztem, to niemal niemożliwe.

Przykłady materiałów:
Bawełna 100% - nie rozciąga się, łatwo gniecie, przewiewna, dość droga, wymaga wykończenia brzegów (cienkie okrycia wierzchnie, suknie, luźne spodnie, niektóre okrycia głowy).
Polycotton - połączenie poliestru i bawełny, podobne właściwości, tańszy, lżejszy i delikatniejszy w dotyku (jw).
Bawełna z lycrą - rozciąga się, przewiewna, raczej niedroga, nie wymaga wykończenia brzegów, często wystarcza zaprasowanie (koszulki, topy, wszystko, co powinno się rozciągać).
Len - nie rozciąga się, chropowata powierzchnia, przewiewny, dość drogi, raczej ciężki (suknie, cienkie palta, kurtki, dobrze wygląda w mundurach).
Szyfon - cienki, półprzeźroczysty, łatwo się gniecie, wymaga wykończenia brzegów, zwiewny, bardzo lekki, wymaga podszewki przy głównych formach, aby zapobiec przeźroczystości (zwiewne suknie, spódnice szale)
Poliester - cienki, nie rozciąga się, jeśli nie ma dodatku elastanu lub lycry, lekko błyszczący, tani, wymaga wykończenia brzegów, niezbyt wytrzymały (podszewki, spódniczki, rzadziej sukienki, wygląda na taki, jaki jest, czyli tani, lepiej, by pozostał niewidoczny).
Dżersej - bardzo podobny do bawełny, acz trochę bardziej chropowaty w dotyku, cięższy i często nieznacznie droższy.
Aksamit - błyszczący, drogi, gładki w dotyku, nie rozciąga się, ciężki (drogo wyglądające marynarki i suknie).
Skaj - po prostu sztuczna skóra, nie rozciąga się, dość drogi, ciężki, nie wymaga wykończenia brzegów (kurtki, maski, kombinezony, spodnie, topy).
Tiul - chropowaty, sztywny, nie wymaga wykończenia brzegów, dość tani (halki i woalki).

3. Peruka i szkła kontaktowe.
Temat-rzeka. Niemal codziennie widuję pytania typu "Czy mogę zrobić cosplay bez peruki?". Odpowiedź brzmi: oczywiście, że możesz. Niemniej jednak, pozwolę sobie wymienić niewątpliwe plusy posiadania takowej. Po pierwsze, i najważniejsze, wygląda o niebo lepiej, niż zwykłe włosy. Zazwyczaj jest od nich gęstsza i łatwiejsza do ułożenia, w dodatku nadaje nam, tak bardzo pożądany przez każdego cosplayera, mniej realistyczny wygląd. Kupując perukę, mamy dużo większe pole do popisu, gdyż nie musimy się martwić o długość czy gęstość włosów. Ceny wahają się w granicach kilkudziesięciu, do kilkuset złotych. Jestem pewna, że nie wydasz więcej niż 80-150 złotych, a otrzymasz wspaniały efekt na zdjęciach i/lub konwencie. Warto jednak pamiętać, że większość peruk wymaga nieznacznego podcięcia i stylizacji z użyciem lakieru, aby lepiej przypominać fryzurę wybranego bohatera. Sprzedający często dorzucają do peruk bardzo użyteczny dodatek, w postaci siateczki na włosy. Jeżeli nie masz takiej, weź starą, elastyczną pończochę, naciągnij na głowę, schowaj wszystkie włosy, a następnie odetnij końcówkę. Trzyma nawet lepiej, niż "profesjonalne" siatki. Mając długie włosy, nie wystarczy jedynie upiąć ich w kucyk czy koka i nałożyć siatkę, gdyż rozłożą się nierównomiernie i peruka będzie krzywo leżała. Podobnie sprawa ma się ze szkłami kontaktowymi, jednak w tym wypadku naturalny kolor oczu nie zrobi wielkiej różnicy, jeżeli jest podobny do tego cosplayowanej postaci. Jeżeli jest kompletnie inny, i tu warto wydać te +/- 100 zł. Oprócz makijażu, który opiszę poniżej, "odrealnią" nas również soczewki powiększające, łatwo je znaleźć na allegro, e-bayu, amazonie czy innych portalach aukcyjnych lub sklepach internetowych. W ostateczności możemy spróbować zmienić swój kolor oczu grafiką komputerową, co nie sprawdzi się jednak na konwencie.

4. Makijaż.
Bardzo, bardzo wielu początkujących cosplayerów, zapomina o tym naprawdę ważnym punkcie. Czy Twoje oczy zajmują pół twarzy? Cera jest gładka i idealnie czysta, bez żadnej skazy? Nosek to malutka, ledwie zauważalna kuleczka? Nie? Uwierz mi albo nie - ja też tak nie wyglądam. Tak jak w przypadku peruki czy szkieł, makijaż przybliża nas do pożądanego wyglądu. Trochę podkładu, eye-linera i sztucznych rzęs, mogą zdziałać cuda. W przypadku, gdy nasz bohater raczej zwykłego człowieka nie przypomina, tudzież nosi niezwykły makijaż, dobrze jest się dokładnie przypatrzeć i dokładnie to odwzorować. Użyteczną będzie farba lub kredki do ciała, które nie podrażnią naszej skóry. I tak, musi on zostać wykonany przez zarówno damskich, jak i męskich cosplayerów. Na youtube można znaleźć mnóstwo tutoriali i rad odnośnie cosplayowego makijażu.

5. Strój.
Wielu z Was pewnie nawet nie spodziewało się, jak wiele trzeba do cosplayu, oprócz samego stroju oczywiście. Jeżeli wytrwaliście do tego momentu, albo zwyczajnie przeskoczyliście kilka paragrafów - zapraszam do lektury.
Opcje są właściwie trzy. Kupić, zrobić, częściowo zrobić i kupić. Jak już wspomniałam, do zrobienia stroju, przydadzą się jakiekolwiek umiejętności manualne pod tym względem. Rozumiem, że nie każdy urodził się z igłą w ręku, aczkolwiek warto poćwiczyć przed rozpoczęciem właściwego kostiumu. W przypadku strojów bardziej skomplikowanych, a w sumie niemal wszystkich, ekstremalnie użyteczna jest maszyna do szycia. Nie dość, że praca idzie znacznie szybciej, to materiał jest zszyty dokładniej i mocniej, co zapobiega zniszczeniu stroju, aczkolwiek nie ma nic złego w szyciu ręcznym (przy tylu wydatkach, niewielu osobom uśmiecha się wyłożyć kolejnych kilkaset złotych na maszynę, choć zawsze można pożyczyć tą od mamy czy babci, jeżeli posiadają), szczególnie jeśli chodzi o małe elementy. Przed rozpoczęciem jakiejkolwiek pracy, niezbędnym jest zrobienie dokładnego projektu i wykrojów. Wykroje często można znaleźć w sieci, choć stworzenie własnego daje nam gwarancję, że strój będzie pasował idealnie i tak też się prezentował. Zapisz swoje wymiary, pamiętając, iż nie każdy kostium ma być idealnie obcisły. Weź pod uwagę siłę grawitacji i wagę materiałów. Częstym błędem jest również zapominanie o halkach do rozłożystych sukienek - efekt może być niezwykle smutny i rujnować całość, nawet, gdy reszta elementów jest pieczołowicie dopracowana. Takie cudeńka można zakupić za raczej niewielkie pieniądze, ewentualnie wykonać samemu z pociętych kawałków tiulu i gumki. Nie umiesz przyszyć guzika do kurtki, jednak zamarzył Ci się cosplay? Nic straconego, wszak zawsze można zamówić. Takie usługi oferują zarówno sklepy internetowe, jak i krawcowe. W tym drugim przypadku, wystarczy wydrukować zdjęcia postaci w wybranym stroju (najlepiej, jak najwięcej, pod różnymi kątami, aby krawiec mógł go idealnie odwzorować). Zapytaj też o cenę usługi, coby nie świecić oczami przy odbieraniu zamówienia. Pamiętaj - możesz odwiedzić każdy konwent, mając na sobie kupny strój, jednak do większości konkursów, trzeba przygotować własnoręcznie robiony, a już na pewno konkursów pokroju EuroCosplay.

6. Broń i dodatki.
Chcesz iść o krok dalej? Świetnie, cosplayowa broń zazwyczaj prezentuje się wspaniale i dodaje dużo uroku. Powtórzę się - jeżeli masz dwie lewe ręce, raczej nie dotykaj pianki czy drewna. Zostań przy samym kostiumie, poproś o pomoc, albo zamów "gotowca". I tutaj można się nieźle wykosztować, szczególnie na farby, jednak uwierz mi - warto! Zanim zaczniesz cokolwiek tworzyć, tak jak w przypadku stroju, zrób dokładny projekt oraz szablon, od którego odrysujesz wzór na materiale. Polecam zainwestować w pistolet do kleju na gorąco, ratuje życie w niejednej sytuacji, a nie kosztuje wiele. Z kawałka sklejki, pianki, styropianu czy w niektórych przypadkach kartonu, wyczarujesz najgroźniej wyglądające bronie. Gałąź na łuk znajdziesz w pobliskim lesie, do kosy przyda się rura PCV, którą spokojnie dostaniesz w każdym markecie z artykułami budowlanymi. To prawdziwy skarb, jej cena nie przekracza kilku złotych, a można ją ciąć czy wyginać w dowolny sposób (zrobisz to łatwo z użyciem suszarki i piasku), idealnie pomalujesz niemal każdą farbą. Skoro o malowaniu mowa, każde swoje dzieło polecam na koniec przykryć warstwą papier mache, czyli po prostu gazety zamoczonej w kleju. Po zostawieniu na noc, nie dość, że łatwo pokryjesz je farbą, to papier utwardzi i złączy wszystkie elementy. W przypadku większych broni, najlepiej sprawdza się dosyć droga farba w spreju. Do mniejszych, i dodatków, polecam użyć farby akrylowej. Nierówną strukturę uzyskasz używając gąbeczki. Jeżeli jednak chodzi o broń, istnieją rygorystyczne zasady nałożone na konwenty. Atrapy muszą być wykonane z miękkich materiałów i niemogące zrobić komukolwiek krzywdy. Cięciwa łuku nie może być mocno napięta. Nie przynoś również prawdziwych noży czy mieczy. Pamiętajmy, że broń wygląda ślicznie na zdjęciu, jednak podczas całodziennego maratonu na konwencie, może być uciążliwa. Postarajmy się więc użyć jak najlżejszych materiałów lub zwyczajnie zostawmy ją w domu. Przy pracy, bądź kreatywny. Jeśli masz problem - poproś o pomoc albo poszukaj jej w internecie, tutoriali czy gotowych szablonów w nim nie brak. Dodatki są niemal równie ważne, co strój. Jeśli postać nosi opaskę, zrób lub kup tę opaskę. Nie pomijaj żadnych szczegółów. Kolejnym, wielkim grzechem cosplayerów, jest zapominanie o obuwiu. Moi drodzy - nawet, jeśli macie na sobie długą suknię, nie łudźcie się, że nikt nie zauważy Waszych butów. Zauważą. Należy poświęcić im uwagę równie dużą, co reszcie kostiumu.

Kilka przykładów dodatków oraz możliwego materiału:
Kosa - pianka/styropian, usztywnienie w postaci kartonu/płyty PCV, rura PCV.
Miecz - pianka/styropian/paper board/płyta PCV/paper clay/sklejka.
Kapelusz - cienka (0.5 - 1.5 mm) płyta PCV/craft foam.
Maska - paper clay/papier mache/tkanina/skóra (sztuczna)/cienka (0.5 - 1.5 mm) płyta PCV.
Łuk - drewno/rura PCV, żyłka.
Broń palna - sklejka/grubsza płyta PCV (w zależności od potrzeby/pianka.
Pika - rura PCV, płyta PCV.
Opaska z kwiatkami - opaska/tkanina, craft foam/sztuczne kwiaty.


7. Zdjęcia.
Punktem kulminacyjnym są zdjęcia. Jeżeli pieniądze wciąż swędzą Cię w kieszeni, zainwestuj w sesję fotograficzną u profesjonalnego fotografa. Jeżeli nie, cóż, wystarczy poprosić o pomoc znajomego czy członka rodziny, interesującego się fotografią lub chociażby będącego w stanie wcisnąć spust aparatu. Wybierz odpowiednią scenerię, zapozuj, delikatnie obrób zdjęcie komputerowo i pochwal się nim w internetowym portfolio (np. tu: http://www.cosplay.com/). Będąc poproszonym o zdjęcie na konwencie - pozuj. Zrób cokolwiek, oprócz stania jak słup soli. Uśmiechnij się, połóż rękę na biodrze, rzuć zalotne albo poirytowane spojrzenie. Staraj się wczuć w swoją postać tak bardzo, jak to tylko możliwe.

Wszystkim cosplayerom życzę powodzenia w pracy. Pamiętajmy, że cosplayujemy dla przyjemności i to tylko zabawa - nawet, jeśli nasz pierwszy strój nie wygląda idealnie, nie znaczy to, że musimy się poddać. Nie róbmy nic na pół gwizdka, dopóki wkładamy w cosplay całe serce, efekt i tak będzie dla nas zadowalający. Dziękuję za lekturę poradnika.
Poradnik pisany w oparciu o własne doświadczenia i wiedzę. Źródło tekstu w cudzysłowie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Cosplay

O kwiatach, gwiazdach, ping pongu i wątpliwie prawdziwej miłości słów kilka.

Podczas mojej wizyty na rodzimej ziemi, przechodziwszy się po moim ulubionym empiku, jedna z ekspedientek, targając ze sobą gigantyczny wózek, przypominający nieco regał na kółkach, dołożyła do mangowej półeczki kilka tomów nowości z serii jednotomówek Waneko - z racji przypływu gotówki i planowanych wczasów, postanowiłam zakupić oraz zobaczyć, co kryje się za enigmatycznie brzmiącym tytułem - Kwiat i Gwiazda (org. Hana to Hoshi) autorstwa Kario Suzukin. Szanowni państwo, zapraszam na pierwszą recenzję mongolskiej kolorowanki, połączoną z opinią o polskim wydaniu tejże, mojego blogaska.

Hanai Sawako, nasza standardowa, niczym niewyróżniająca się protagonistka, rozpoczyna właśnie naukę w pierwszej klasie liceum Tsubomi. Już podczas inauguracji rozpoczęcia roku szkolnego, natyka się na rywalkę z dawnych lat, Hoshino Shiori, przez którą niegdyś była regularnie miażdżona w meczach ping ponga. Obie zrezygnowały z uprawiania sportu, jednak Hanai nie zamierza dać za wygraną i postanawia się odegrać na Hoshino za liczne upokorzenia z jej strony. Scenariusz, to znaczy, los sprawia, iż ich drogi jeszcze niejednokrotnie będą miały się okazję skrzyżować. Brzmi okrutnie schematycznie i prostolinijnie? Cóż, tak też w istocie jest.

Wygłupiłabym się twierdząc, iż moim największym zarzutem wobec tej mangi jest słabo rozbudowana linia fabularna, wszak nikt nie spodziewałby się wielowątkowości na miarę Rewolucjonistki Uteny po dwutomowym, utrzymanym w klimacie okruchów życia, shoujo-ai. O fabule jednak nie sposób jest powiedzieć wiele, bez niepotrzebnego rzucania spoilerem. Ot, dziewczęta zaczynają naukę w jednej klasie, gołym okiem można zauważyć, iż Hoshino widzi w Hanai więcej, niż koleżankę ze szkolnej ławy, gdzieś w tle przewija się rywal (skądinąd, niewnoszący do historii absolutnie nic) oraz rywalka, pomagająca nam zrozumieć Shiori w umiarkowanym stopniu, rozegrane zostają dwa mecze w ping ponga, występuje nawet pocałunek, na cóż jednak to wszystko, skoro wyszedł ni pies, ni wydra? Z nienaturalnym rozwojem relacji pomiędzy bohaterkami, bowiem Hoshino darzy swoją koleżankę głębokim uczuciem, na dobrą sprawę, jeszcze zanim ją poznaje, a ta druga nie potrzebuje długo czasu, by je odwzajemnić (przed czego przyznaniem broni się rękami i nogami), nie stanowi dobrego romansu damsko-damskiego, kilka wspominek o ping pongu nie czyni z niej również sportówki. Zachichotawszy może trzy razy, nie umiem też zaliczyć jej do udanej komedii. Sztampa goni sztampę, schemat pogania schemat - historia miewa sympatycznie momenty, jednakże braki przeważają.

Równie nieciekawie prezentują się bohaterki (bo "bohaterowie" to za dużo powiedziane). Hanai, bystra jak woda w klozecie, to kolejna, nijaka główna bohaterka, zupełnie niezauważająca oczywistych zalotów swojej dawnej rywalki. Dużo gorzej prezentuje się natomiast Hoshino, której zachowania nie byłam w stanie zrozumieć przez większość poświęconego jej miejsca na kartach tomów. Najwięcej, co umiem o niej bez wahania napisać, to "irracjonalnie i bezsprzecznie zakochana w Sawako" oraz "nieco danderowata". Oprócz głównej parki, poznajemy przyjaciółkę z dzieciństwa Shiori, Funami Chikę, wspomnianą już rywalkę, mocno zdesperowaną w celu zwrócenia na siebie uwagi ukochanej, zaborczą i często zazdrosną o relacje bohaterek, ukrywającą się pod nieschodzącym z jej twarzy uśmiechem oraz Ogawę, chłopaka z klasy głównych, który pewnego razu wyznaje Hanai uczucia i tyle go w sumie widzieliśmy.

Czy łaskawsza będę przy ocenie grafiki? Uwierzcie mi, chciałabym, choć i tutaj jestem zmuszona rzucić tradycyjnym "lol, nope". Hana to Hoshi, będąca debiutem autorki, nie prezentuje się pod tym względem najgorzej, aczkolwiek dawno nie miałam niewątpliwej nieprzyjemności spotkać się z bohaterką tak szkaradną, jak Hoshino. Lepiej wypada natomiast Hanai, Funami byłabym w stanie nazwać nawet ładną. Tła straszą pustkami, postacie, jak to w szkole, widujemy zawsze w tych samych mundurkach, widać jednak staranność w rysowaniu poszczególnych kadrach, te oddalone nie straszą dziwnymi deformacjami.

A jak więc prezentuje się rodzime wydanie? Panie i panowie, cud właśnie nastał, na chwilę przestanę być uszczypliwa jak polskie mohery. Otóż, muszę przyznać, cokolwiek nieźle. Może i znowu następuje kompletnie niepotrzebna numeracja stron, występująca zaledwie na kilku, kadry bywają zdeczka wycięte, a drukowi zdarza się okazjonalnie prześwitywać, ale porównując oryginalne i polskie tomy, muszę szczerze pochwalić Waneko za schludną obwolutkę, klasycznie przedstawiającą tytuł w prawym, dolnym rogu i jeszcze prostszy, a w swojej klasie niezwykle udany grzbiecik, śnieżnobiały papier, dwie, śliczne kolorowe strony, zawierające spisy treści, w tym jedną separującą tom pierwszy od drugiego oraz raczej udane tłumaczenie. Za te wszystkie dobroci, wydawnictwo życzy sobie jedyne 24,99 zł, co jest bardzo przystępną ceną za 292 strony porządnego wydania.

Cóż nam jednak po tym, skoro zawartość ewidentnie nie utrzymuje poziomu polskiego wydania? Zdesperowani fani shoujo-ai będą prawdopodobnie ukontentowani - mnie, nawet jako wielbicielki gatunku, historia raczej nie kupiła.

Bohaterowie (bohaterki?) - 3/10
Fabuła - 4/10
Grafika - 5/10
Polskie wydanie - 8/10
Całokształt - 4/10