niedziela, 28 września 2014

Podsumowanie lata 2014.

Lato 2014 - sezon z ogromnym potencjałem na najlepszy sezon z ostatnich kilku, jeśli nie kilkunastu.
Lato 2014 - sezon z najbardziej zmarnowanym potencjałem ostatnich kilkunastu sezonów.
Cóż, pozostaje mi tylko życzyć nam wszystkim, aby jesień przyniosła obfitsze i bardziej wartościowe zbiory.

Akame ga Kill! - Akame znajduje się dopiero na półmetku, jednakże zdecydowałam się zamieścić je w zestawieniu nevertheless. Spadek początkowego poziomu jest boleśnie odczuwalny i choć w dalszym ciągu nie uznaję tej bajki za tak beznadziejną, jaką cieszy się opinią, czuję się mocno rozczarowana. Owszem, twórcy starają się odejść od typowego bezkrwawego, idealistycznego shounena, wybijając połowę obsady, również pierwszoplanowej, niektórzy bohaterowie faktycznie mają potencjał, to cliche jednak się przewijają (i to w sporej ilości), a losy postaci bywają bardziej irytujące, niźli wzruszające. Niespecjalnie podobają mi się wszystkie rozwiązania (jak chociażby kompletnie bezcelowa i niezrozumiała dla mnie śmierć pewnej bohaterki, bowiem bardzo łatwo było temu zapobiec, wystarczyłaby sekunda rozwagi). Póki co - słabe 6/10. Soundtrack bywa naprawdę wyśmienity.

Aldnoah.Zero - od początkowej ekscytacji i hypowania (wszak Urobutcher i chwytliwe hasło przewodnie, Let's justice be done, though the Heavens fall, które imho podnosiło ją w skali epickości o trzy stopnie za samo istnienie), przez smutne rozczarowanie ubogą zawartością, kończąc na byciu zadowoloną z porządnej końcówki. Istny rollercoaster; absurdy, jak chociażby przywracanie do życia łazienkowym defibrylatorem, częściowo balansowała naprawdę niezła fabuła. Nawet mechy fully CGI wyglądały cacy. Niekoniecznie mam ochotę na zapowiedziany już drugi sezon, jednak jego powstanie wydaje mi się raczej logiczne, pytań pozostawiono przecież wiele, a trzynaście odcinków to zazwyczaj za mało na stworzenie dobrej serii akcji. Mogę z połówką? Naturalnie, przecież znajdujemy się na moim blogasku. Jako krulofa mogę. 5.5/10

Ao Haru Ride - dlaczego. Proszę, niech ktoś chociaż spróbuje mi to wyjaśnić - jak można uznać Futabę za nietypową bohaterkę shoujo? Dziewczyna jest dziecinnie naiwna, często zachowuje się jak zwykła kretynka, nie będę znowu męczyć tematu "jestem zbyt piękna, więc nie mam przyjaciół"... dobrze, a może i będę; co takie stwierdzenie świadczy o postaci? Druga połowa okazała się trzy razy bardziej wyidealizowana, przedramatyzowana i zwyczajnie idiotyczna ("gdy wyjdzie z pociągu, będę go kochać, jak nie, to nie", "nie napiję się z tej butelki, co Ty, to przecież bezpośredni pocałunek!", "pomógł mi przejść przez strumień (skądinąd...wąski i niespecjalnie rwący), to mój książę z bajki, będę go kochać po deskę grobową", "jesteśmy zakochane w tym samym gościu, to na pewno koniec naszej przyjaźni!", "będę go prześladować, straci dla mnie głowę" itp itd). Pros? Soundtrack. Tła też się zepsuły, ale skrzypcowe utwory bywały iście prześliczne. 3/10. Niemal wyłącznie za ost.

Barakamon - Japońska kaligrafia pozostaje dla mnie wątpliwą sztuką, niemniej jednak nie mogę powiedzieć tego o samej serii, która jest wręcz idealnym slice of lifem w komediowym sosie. Perypetie Handy-senseia i przeuroczej Naru co tydzień skutecznie poprawiały mi humor, potwierdza się reguła, że kryptoyaoistki to najlepsze bohaterki, przeuroczy opening oraz ending, ogólnie miłość całym serduszkiem. 8/10!

DRAMAtical Murder -
Kolorowych panów
Dostaliśmy ciąg dalszy
Wciąż zachowują się jak stado patafianów
Twórcy grają nam na nosie, gejseksów nie dodawszy.

Biedniejszego soundtracku i tła to żadna bajka z tego sezonu nie miała. 3/10.

Fate/kaleid liner Prisma Illya 2wei! - druga połowa może i oszczędziła nam obrzydliwego loli-yuri fanserwisu, ba, miewała całkiem interesujące momenty, aczkolwiek głęboki niesmak pozostaje. Zapowiedź trzeciego sezonu nieco mnie przeraża. W swoim zdegustowaniu nie jestem nawet w stanie obiektywnie spojrzeć na naprawdę świetną stronę wizualną. Po prostu nie i już. 2/10.

Free!: Eternal Summer -  nowy sezon najpiękniejszej bajki od KyoAni sprowadza nowe klaty, nowe przeciwności losu, nowe radości i nowe dylematy. Atmosfera nieco się zagęszcza, chłopcy przestają być aż tak beztroscy (za wyjątkiem Nagisy, naturalnie, choć i on ma ciekawy wątek) - słowem, bajka. Druga seria utrzymuje, jeśli nie przewyższa, poziom poprzedniczki, jest równie sympatyczna, zabawna i po prostu...śliczna. Oczko w stronę yaoistek puszczano w niemal każdej scenie, fanserwis oczywiście obecny, choć łatwo można go zignorować, jeśli komuś wybitnie przeszkadzają dwuznaczności. 7/10 - i mam nadzieję, że widzimy się kolejnego lata!

Gekkan Shoujo Nozaki-kun - nie chcę się powtarzać, głębiej zainteresowanych zapraszam do półmetka sezonu, mogę rzec tylko jedno - najlepsza komedia tego roku so far. I jedna z lepszych, jakie widziałam w ogóle. Bajka w swojej klasie zwyczajnie perfekcyjna, takich zaskoczeń chcę więcej. Uwielbiam i mam szczerą nadzieję na kontynuację. 9/10!

Glasslip - kolejne, wprost fenomenalne anime, w którym bycie "atrakcyjnym" przesądza o wartości człowieka, każdy kocha każdego, ale nikt nikogo, biseksualizm idzie w parze z uczuciową monogamią, magiczne wisiorki ukazują przeszłość, pocałowanie ukochanej osoby to najgorszy możliwy koszmar, a kurczaki, nie dość, że noszą imiona filozofów, służą za swatki. Osobiście podejrzewam, iż za scenariusz, dialogi, chara designy oraz reżyserię odpowiedzialny był upośledzony szympans, tła robiła natomiast stała grupa animatorów z P.A Works. Bajka do cna pozbawiona logiki czy bohaterów. Tło piękne jak zwykle. 2/10. Too much for meh.

Haikyuu!! - jedna z najlepszych serii ubiegłego sezonu, nie będę się wypowiadać o niej w skali gatunku, wszak sportówki moim konikiem nigdy nie były, jednak jednego jestem pewna - KuroBasu, do którego Haikyuu!! bywa przyrównywane, bije na głowę. Bohaterom nie zdarza się wchodzić w dziwne "strefy", nie zasuwają niczym wieloletni zawodnicy NBA (czy jakkolwiek nazywa się siatkówkowy odpowiednik), boiska nie spowija para, trenerzy nie mają miernika mięśni w oczach... Let's stop right here, chyba tyle nam wystarczy. Sportówka, w której umiejętności nie dodaje nakama power, a faktyczny trening - nie mogę jednak powiedzieć, by moc przyjaźni nie została wspomniana w ogóle, na szczęście zrobiono to z wyczuciem, relacje pomiędzy bohaterami wypadły naturalnie i bardzo sympatycznie. Świetny pacing, meczy nie przedłużano na dziesięć odcinków, zakończenie pozostawia otwartą furtkę dla ewentualnej kontynuacji, na którą skrycie liczę. 7/10 - z Hiyową rekomendacją.

Hanamonogatari - Hanamono określiłabym enigmatycznie jako "inne", ale jednocześnie dalej panował w nim klimat znany z reszty uniwersum. Przede wszystkim, udział Araragiego ograniczono do zaledwie kilku scen, toteż ciężko tu mówić o zwyczajowej haremówce z cool dialogami. Naturalnie, same dialogi również wystąpiły - jeszcze więcej dwuznaczności, tym razem sporo rozważań na temat życia, szczęścia oraz istoty zła, bowiem właśnie na tych dwóch ostatnich najbardziej skupiała się seria. Nie ograniczono się do powszechnie już przecież znanych "żyj chwilą" tudzież "nie istnieje tylko czarne lub białe", trzej "najgłówniejsi" bohaterowie, czyli Suruga (cała bajka dla najlepszej dziewczynki!), Kaiki oraz Rouka (new girl) przedstawiali przy różnorakich okazjach swoje skrajnie różne poglądy. Gigantyczny chara development Kanbaru, nie jest już jedynie ekshibicjonistką z małpią ręką, dostaje dwie godziny tylko dla siebie, własną historię i własne problemy z niej wynikające, dowiadujemy się o jej przeszłości, relacji z nieżyjącą matką, a i sporo o samej matce. Ostatnie sceny - masterpiece, subtelne i poruszające. Nie zgadzam się z tym, co Suruga i Araragi uczynili pod sam koniec, niemniej jednak to tylko moje osobiste odczucia, spowodowane własnym skrzywieniem i w dalszym ciągu uważam, że było do esencjonalne do zakończenia oraz idealnie wpasowało się w nakreślony już schemat. Genialny twist, świetna akcja, absolutnie fantastyczne dialogi i monologi, a przede wszystkim...Kaiki z brodą i długowłosy Araragi ♥  Uniwersum Monogatari znowu udowadnia, iż bynajmniej nie cierpi na wyczerpanie materiału, wręcz przeciwnie, im dalej, tym lepiej. 8/10!

Himegoto - ...1/10

Jinsei - No rly, what was it even about? 4/10

Kuroshitsuji: Book of Circus - niewątpliwie i niezaprzeczalnie - najlepsza ekranizacja, skądinąd całkiem niezłej, mangi. W końcu dostajemy to, za co najbardziej lubię Kurosza; szaloną mieszankę makabry, komedii, blichtru, ostentacyjnego i wymownego fanserwisu. Audiowizualny cukiereczek, tym razem skrupulatnie podąża za pierwowzorem, przedstawiając wstęp, rozwinięcie i stanowcze zakończenie z przytupem. Atak Cyrku na rezydencję - jedna z bardziej epickich scen w sezonie. Warto być obeznanym przynajmniej z pierwszą serią, aczkolwiek do zrozumienia nie jest to absolutnie konieczne. 7/10, do recommend.

Love Stage!! - w Love Sejdżowej głupocie, naiwności, cukierkowatości, przesadzie...bawiłam się świetnie. Choć seria miewała niezłe momenty (jako chociażby stanowczość Izumiego czy troll-Rei), koniec końców i tak pozostała głupiutką, przesłodzoną gejbajką z dwójką dość mocno drażniących protagonistów. 4/10 - Rei x Shougo OTP.

Psycho-Pass New Edition - ni mniej, ni więcej, jak remake Psycho-Passa z nieco odświeżoną grafiką i kilkoma nowymi scenami. Dobrze było sobie przypomnieć fabułę w głębszych detalach przed nieubłaganie zbliżającą się kontynuacją. 8/10

Rail Wars!. - Nie traćcie czasu na to...coś. Nawet cycki i pociągi nie są porządne. Gigguk stworzył coś znacznie lepszego w niecałe osiem minut. Zdecydowanie rekomenduję zapoznać się z jego filmem, niźli serią (https://www.youtube.com/watch?v=7EKkAy-PfN4&list=UU7dF9qfBMXrSlaaFFDvV_Yg). 2/10

Re:_Hamatora - Poprawa. Nadeszła poprawa Czyli zmiana studia się opłaciła. Nie nazwę Hamatory specjalnie udaną czy chociażby interesującą serią, ale drugi sezon jest już w miarę przyzwoity. Grafice oszczędzono dziwnych plam czerni padających z różnych kątów, ogólnie ogarnięto kolorystykę, nieco ją stonowano, tła bywają zacne. Art w roli antagonisty miał szansę wykazać się czymś prócz ładnego głosu (obviously, tego bynajmniej mu nie poskąpiono), dostaliśmy kilka backstories bohaterów, załatano parę dziur fabularnych. 5/10, to wciąż nie moja para kaloszy, a inspiracje Darker than Black są aż nazbyt widoczne.

Shounen Hollywood: Holly Stage for 49 - optymistyczna bajka o aspirującej do zostania idolami grupce młodzieńców, stawiającej w biznesie swoje pierwsze kroki, a przy tym niemiłosiernie nudna i przeciągnięta. Tragedii nie było, jednak nijacy bohaterowie oraz praktycznie brak rozwoju fabuły nie pozostawiają dobrego wrażenia. Drugi sezon? They must be kidding. 4/10.

Space Dandy 2nd Season - bajka-rollercoaster, od fantastycznych, do cokolwiek biednych odcinków, still, oślepia mnie miłość do Dandiego i spółki, toteż drugi sezon kupuję w całości. Fantastyczna muzyka od Yoko Kanno, schludna grafika i nieprzewidywalność, kontynuacja zawiera wszystko to, za co polubiłam serię. I po raz kolejny - nie, to nie jest kolejny Cowboy Bebop. Bo i nie miał być! 7/10

Sword Art Online II - W swojej głupocie, naiwności, przewidywalności oraz zwyczajnej i bezbrzeżnej beznadziei, ten sezon jest po prostu przezabawny. Wait, to brzmi trochę jak opis Love Stage. Shinkawa-kun recommends. 3/10


Tokyo ESP - Nie powiem - zaczynało się sympatycznie. Ot, bajka, jakich wiele, za to z fajnymi bohaterami. Im dalej w las, tym bardziej bolało. Patos zaczął się piętrzyć gdzieś w okolicach odcinka ósmego (correct me if I'm wrong) i osiągnął istne apogeum w finale. Dostaliśmy jakiś zalążek wątku romantycznego, tylko po to, by na dobrą sprawę nigdy go nie rozwinąć. Po dwudziestym razie, jękliwe "Azuma-san!" naprawdę wywołało u mnie dziką chęć przyrżnięcia w ekran. Plus za zacny soundtrack. 5/10

Tokyo Ghoul - Kolejne rozczarowanie, kolejny, zmarnowany potencjał, kolejna ofiara zupełnie niepotrzebnej cenzury, kolejny, drażniący protagonista. To bolało. 4/10

Yama no Susume: Second Season - Naprawdę w życiu nie spodziewałabym się, że to powiem, ale... to jedna z lepszych bajek tego sezonu. Nie, nie ma w niej dużych robotów, wielkich dram, świetnego antagonisty (w ogóle go nie ma, no lolz, to bajka o wchodzeniu na pagóry, bo "górami" ciężko niektóre z obieranych szczytów nazwać), za to są moemoe bohaterki, które w swojej słodyczy nawet nie irytują.  Przyjemne oglądadło; wydłużony czas antenowy w dużej mierze przysłużył się wzrostowi mojej sympatii do tytułu od czas serii pierwszej. 6/10

Zankyou no Terror - Nigdzie indziej terroryści nie są "tymi dobrymi", detektywi nie znają na pamięć każdej istniejącej mitologii, policja nie jest tak bezradna w walce z dwoma dzieciakami, a proste pomysły nie zostają tak efektownie spartolone. Niestety, definitywna wydmuszka; pomimo pięknej strony wizualnej (chara designy są imho najlepsze w sezonie) i wprost zachwycającego soundtraku, anime jest strasznie nierówne, ma beznadziejny pacing (ot prawie cały odcinek poświęcony drzemce Lisy, na przykład), bywa zwyczajni nudne, a zakończenie to jakiś żart. 5/10 - parafrazując, miało być dobrze, a wyszło jak zwykle.

Hiyowe top 10 sezonu:
1. Gekkan Shoujo Nozaki-kun
2. Barakamon
3. Hanamonogatari
4. Free! Eternal Summer 
5. Kuroshitsuji: Book of Circus
6. Haikyuu!!
7. Space Dandy 2nd Season
8. Yama no Susume 2nd Season
9. Psycho-Pass New Edition
10. Akame ga Kill!

środa, 24 września 2014

Top 10 - romans + okruchy życia/drama

1. Sakamichi no Apollon - Wybór pierwszego miejsca był dla mnie z góry raczej oczywisty. Sakamichi jest perfekcyjnym przedstawicielem gatunku pod każdym względem; idealny balans okruchów życia, nutki komedii, dramatu i romansu. Wszystkiego w doskonałych proporcjach, show przygrywa wyśmienita muzyka pani Yoko Kano - jazz spokojniejszy i nieco bardziej skoczny, kilka nowych aranżacji klasycznych utworów, ale i mnóstwo własnych kawałków. Przyjaźń, miłość, dorastanie, szukanie swojego miejsca na ziemi; historia z początkiem i słodko-gorzkim zakończeniem. Najpiękniejszy ending roku 2012. Forsuję, gdy tylko mogę, nie waham się zrobić tego i teraz - to trzeba zobaczyć.
2. Eikoku Koi Monogatari Emma - Czyż wiktoriański romans ślicznej pokojówki z wysoko usytuowanym szlachcicem nie brzmi jak najnudniejsza i najbardziej przewidywalna rzecz na świecie? I taka też Emma nie jest. Oprócz czynników raczej trywialnych, jak cudowny soundtrack i dopracowana grafika, Emma zachwyca spokojnym, odprężającą atmosferą, elegancją, dojrzałością bohaterów i fabuły czy unikalnym klimatem. Jest jak perłowa bransoletka na aksamitnej poduszeczce, wytworna, delikatnie błyszcząca, skromna, acz piękna, bez niepotrzebnych ozdóbek, idealna sama w sobie. Prosta, niewydumana, a przy tym zachwycająca historia miłosna. Polecam zapoznać się zarówno z anime, jak i mangowym pierwowzorem, wydawanym w ojczystym języku nakładem Studia JG.

3. Nana - Niemal czterdzieści odcinków bajki, którą równie dobrze można podsumować krótkim zdaniem - dwie imienniczki, będące swoimi przeciwieństwami spotykają się, zostają przyjaciółkami na dobre i złe oraz mają Życiowe Kłopoty. Seems legit? Choć Nana ma wielu oddanych fanów, jedno musi zostać powiedziane; owszem, z tak prostego scenariusza utkano pasjonującą opowieść o prawdziwym, realistycznym aż do bólu, dorosłym życiu. Bohaterom nieobce są pokusy, problemy finansowe, niemożność podjęcia pracy w zawodzie, rozpady związków, zdrady, a nawet wpadki. Postacie są mieszaniną osobowości, każdy ma swój unikatowy charakter, który zdarza im się rozwijać, zauważać własną głupotę, przyznać do błędu. Bonus? To anime muzyczne, z protagonistką o niebiańskim głosie! Moje nadzieje są raczej złudne, acz dałabym wiele, by pani Aizawa dokończyła historię, dając jej wspaniały finał, na jaki zdecydowanie zasługuje. Idealna pozycja dla dojrzalszego odbiorcy, spragnionego realistycznego romansu.

4. Millenium Actress - Kolejną pozycją na mojej liście jest jedna z czterech kinówek Satoshiego Kona, prawdziwego mistrza w swoim fachu, gone2soon - kto wie, jak wyglądałyby jego kolejne dzieła. Wracając jednak do omawianego filmu, który zdecydowanie różni się klimatem od pozostałych produkcji autora, czego bynajmniej nie uznałabym za wadę. Krótka, acz niezwykle wymowna, klasyczna, spokojna, a za razem interesująca historia życia emerytowanej aktorki, prowadzona w zawiły, dodający całości wspomnianej już unikatowości, sposób, umożliwiający również zgrabne przedstawienie wydarzeń na przestrzeni kilkunastu, a wręcz kilkudziesięciu lat. Zachwycające scenerie, piękny soundtrack oraz nutka melancholii - must watch dla każdego.

5. Spice & Wolf - W połowie zestawienia umieszczam uniwersum, którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Rezolutna wilczyca Horo podbija serca wielu od swojego ekranowego debiutu cztery lata temu. Nie gorzej prezentuje się jej partner w podróży, kupiec Lawrence Craft. Razem są kopalnią błyskotliwych dialogów i kojących serce scen. Ekonomia w połączeniu z fantasy i romansem - yis, it does work. Nie liczyłabym specjalnie na trzeci sezon, jednakże mamy jeszcze nowelkę, zdecydowanie lepszą od niemrawej mangi i nieznacznie przewyższającą poziom anime.
6. Kanon (2006) - Produkcje od Key'a są takie, jak każdy widzi; łzawe, przerysowane, wypełnione kawajaśnymi dziewczątkami z Wielkimi Problemami, nic zaskakującego. A jednak, chociaż Kanon ewidentnie zawiera wszystkie ww elementy, posiada coś jeszcze - fabułę oraz bohaterów. Historie dziewcząt, choć niezaprzeczalnie ocierające się o supernatural są interesujące oraz dopracowane, a co najważniejsze - autentycznie wzruszają, a nie powodują gwałtowne uniesienie brwi. Pewnie, to nie jest perfekcyjna bajka. Da się ją po prostu lubić, wraz z postaciami, protagonistą na czele, nawet pomimo ich pozornie sztampowych charakterów. Seria idealnie ukazuje przemianę nastolatka w dorosłego, przedstawiając zmiany w ich zachowaniach. A na samo wspomnienie soundtraku się rozpływam.

PS Omawiam wyłącznie remake, nie odpowiadając za pierwszą serię, której nie oglądałam (i nie zamierzam, bowiem wystarczająco nasłuchałam się narzekań. Zresztą, wystarczy spojrzeć na tę grafikę.)

PS 2 Najlepsza dziewczynka wygrywa!

7. ef - a Tale of Memories/Melodies - Porządna seria z wątkiem romantycznym, niemieszcząca się w uniwersum Monogatari od SHAFTu, istny ewenement. Lubię SHAFT, ale to nie zmienia faktu, że naprawdę nie umieją into dramy. Nie wierzyłam więc w Ef. A potem je obejrzałam. I byłam zachwycona. Nie, nie nazwałabym tej bajki najlepszą, jaką widziałam. Ani nawet drugą najlepszą. Nie mogę też odmówić jej niepowtarzalnego klimatu, czuć zbliżające się problemy, skupiono się wyłącznie na sferze uczuciowej, to relacje między postaciami grają pierwsze skrzypce. Zresztą, skrzypce, zachwycające skrzypce, przygrywają również w tle. Head tilty jeszcze nigdy nie były tak smutne.
8. Natsuyuki Rendezvous - historia prosta jak drut, on, ona i duch jej zmarłego męża, a ma swój klimat i przyciąga. Nie spodziewałam się tego po jedenastoodcinkowej bajce, ale moim największym zarzutem jest... długość. Gdyby zrobić z tego film lub OAV, Natsuyuki uplasowałoby się kilka miejsc wyżej. W każdym jednak razie, to i tak przyzwoite anime, opowiadające o niespecjalnie dorosłych, dorosłych ludziach, akceptowaniu przeszłości, ruszaniu na przód. Protagonistka to raczej nijaka kobieta, pałam natomiast mnóstwem sympatii do Hazukiego, jej młodego współpracownika. Przyjemna bajka do ciasteczka i kubka herbaty.

9. Ristorante Paradiso - o Ristorante Paradiso pisałam już całą recenzję. Zainteresowanych odsyłam więc do archiwum, aby nie powtarzać wspomnianych już zalet i wad omawianej serii.
A co tam, podrzucę nawet bezpośredniego linka:  http://hiyolandia.blogspot.co.uk/2014/01/spokojny-romans-w-tropikalnych-woszech.html

10. Sakurasou no Pet na Kanojo - gdyby nie Misaki i Jin oraz Ryuunosuke z Ritą, bohaterowie drugoplanowi, Sakurasou prawdopodobnie nie znalazłoby się w tym zestawieniu w ogóle, bowiem para protagonistów nie tworzy zbyt udanego związku - ba, wcale w nim nie jest. Nie zrozumcie mnie źle; to fantastyczna seria, jednak "najgłówniejszy" wątek romantyczny wypada dość blado na tle wyże wymienionych i gatunku w ogóle. Niemniej jednak, wszechobecne ciepło, humor, odprężająca atmosfera nadrabiają z nawiązką, czyniąc z Sakurasou naprawdę udane okruchy życia, choć niekoniecznie romansowe. Kupujcie blureje, a nuż zrobią nam drugi sezon.




Bonusowo, wstępna lista bajek, które planuję oglądać jesienią - może zwłoka z notką zostanie mi wybaczona.

-Terra Formars - czekam motzno.

-Denki-Gai non Hanya-san - postacie z plakatu przypominają mi bohaterki Joshiraku i chyba dlatego tak pozytywnie się na to nastawiam.

-Amagi Brilliant Park - I have strange feeling it's gonna be shit... cóż, w końcu KyoAni i haremowa nowelka. Oczekuję cukierka dla oczu, i tyle będzie more than enough.

-Selector Spread Wixoss - pierwszy sezon był całkiem śmiechowy, nie spodziewałam się, że ktokolwiek wpadnie na pomysł robienia drugiego.

-Log Horizon 2 - z jednej strony - jesus christ, więcej Log Horizona!1111, z drugiej - robi go DEEN, który zdążył już udowodnić, jak bardzo nie umie into robienie bajek... I'm kind off worried.

-Ushinawareta Mirai wo Motomete - opis brzmi wcale nieźle, ale adaptacja eroge i to fully CGI... obejrzym, zobaczym.

-Fate/Stay Night (2014) - o ile Shirou-People-Die-If-They-Are-Killed Emiya nie będzie protagonistą, potencjalny kandydat do drugiej najlepszej bajki sezonu (wszak Mushishi).

-Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo - mecha od Sunrise, czyli albo kolejna Gundamlike pozycja, albo coś ciekawego.

-World Trigger - nie będę się oszukiwać, to nie krótki opis przykuł  moją uwagę. Plakat jest świetny.

-Nanatsu no Taizai - słyszałam o mango sporo dobrego, ale shounen z narwanym protagiem...seems legit.

-Ookami Shoujo to Kuro Ouji - shoujo do zabicia kilku szarych komórek, ciekawe jak bardzo to będzie Ao Haru Ride.

-Gugure! Kokkuri-san - guilty pleasure I sense.

-Shingeki no Bahamut - Genesis - bajka na podstawie karcianki ze ślicznymi chara designami, bo czemu nie.

-Orenchi no Furo Jijou - guilty pleasure I sense once again.

-Inou Battle wa Nichijou-kei no Naka de - jestem ciekawa, co Trigger znowu zmaluje. Gdyby nie studio, rzekłabym, że kolejna gównoharemówka z przygłupim protagiem, zobaczymy więc.

-Akatsuki no Yona - z jednej strony, widzę reverse harem o samurajach, z drugiej...mango stoi naprawdę wysoko na MALowym rankingu. Moja ciekawość sięga zenitu.

-Kiseijuu - wciąż liczę na jakiś dobry horror w tym roku, srsly.

-Shirobako - mam cichą nadzieję, że P.A. Works pokarze w jaki sposób szympans którego zatrudnili specjalnie do produkcji Glasslipa pisze swoje scenariusze, a profesjonalni animatorzy rysują mu tła. Nie, szczerze powiedziawszy, po Glasslip nieprędko zaufam czemuś od studia, które niegdyś ceniłam.

-Sanzoku no Musume Ronja - zobaczmy, jak bardzo młody Miyazaki to skopie, shall we.

-Mushishi Zoku Shou 2 - MushishiMushishiMushishi ♥

-Donten ni Warau - nowość, na którą czekam prawdopodobnie najbardziej ze wszystkich, planuję również rzucić się na mango od Waneko.

-Danna ga Nani o Itteru ka Wakaranai ken - bajki o otakusach zawsze brzmią zabawnie.

-Psycho-pass 2 - nowy sezon Psycho-passsa, must watch.

-Shigatsu wa Kimi no Uso - kolejna pozycją, którą hypię już jakiś czas, wszak połączenie dramy, romansu oraz serii muzycznej.

24 pozycje + 4 leftovery,,, oh well, wish me luck.

piątek, 12 września 2014

Top 10 - horror

1. Ghost Hunt - Jedyna chińska bajka, która sprawiła, iż podczas oglądania w przyciemnionym pokoju, nieomal śmiertelnie przeraził mnie dźwięk domofonu. Świetnie wykreowany klimat, dobrze dobrany setting, piękna, nastrojowa muzyka - choć na liście posiadam serie o wiele bardziej skomplikowane fabularnie, z głębszym przesłaniem, lepiej skonstruowanymi bohaterami, Ghost Hunt stanowi jedyny przykład autentycznego straszaka, a tutaj oceniam właśnie wpasowanie się w kategorię "horror". Świetna rozrywka na wolny wieczór, gratka dla fanów dreszczyku na plecach, z małym bonusem w postaci cokolwiek niezłego wątku romantycznego.  Osoby o słabych żołądkach mogą czuć się spokojne - seria udowadnia, że da się zrobić udany horror, bez wylewania wiader krwi tudzież przerzucania kilogramów flaków przez ekran. Pozycja obowiązkowa dla fanów kina grozy.

2. Mononoke - Miejsce drugie różni się od mojego namba łan w zasadzie wszystkim, prócz gatunku. Mononoke to zbiór wysublimowanych historii, stanowiących swoiste dzieło sztuki, albowiem wszystkie razem i każda z osobna zachwycą swoim stylem nawet najwybredniejszych krytyków. Nie odnoszę się wyłącznie do interesującej, niezwykle barwnej i starannej, oprawy graficznej,  ale również do wykwintnej atmosfery oraz pomysłowości przy ekranizowaniu kolejnych opowieści, dość luźno inspirowanych japońskim folklorem i kulturą. Cudownie błyszczący brylant, niestety, zakopany pod górą paskudnego mainstreamu. Jedna z tych bajek, którą prędzej czy później, każdy po prostu musi zobaczyć, a i warto taką pokazać sceptykowi japońskiej animacji.

3. Kara no Kyoukai - Podium zamyka pozycja z jeszcze innej beczki, seria siedmiu filmów, w bólach wychodząca przez dwa lata. Było jednak na co oczekiwać, a wysiłek włożony w przygotowanie każdej kinówki jest widoczny gołym okiem - zachwycająco szczegółowa animacja, troska o najmniejsze detale, tła, mimikę twarzy, wybitny soundtrack Yuki Kajiury. Brutalna, bezwzględna, czasem dramatyczna i smutna opowieść o miłości, która pozornie nie miała racji bytu. Cons? Nierówny poziom. O ile pierwszy, drugi i siódmy film, to istne masterpieces, nie mogę użyć równie pochlebnych słów w stosunku do chociażby piątego (chyba z winy protagonisty a'la Shirou-People-Die-If-They-Are-Killed Emiyi). Ale cóż, w tym przypadku, nie umiem być obiektywna. Naprawdę polecam zapoznać się z całym uniwersum.

4. Shiki - Wampiry, którym na szczęście daleko do sparklowania, polemiki na temat "zła" i "dobra", poruszające studium zdradliwej i niestabilnej natury człowieka, a to wszystko tylko zalążek iście filozoficznej historii, w której dobitnie dowiadujemy się, że nic nie jest tylko białe lub czarne. Smutnie realistyczna bajka, z góry skazana na brak happy endu. Wystarczy przebrnąć przez nieco nudniejsze, pierwsze dziesięć odcinków, aby dosięgnąć do istnego cudeńka. Klimat adekwatny do horroru, choć nie oszukujmy się, tu najważniejszy jest dramat. Niemniej jednak, nie wyobrażam sobie tej listy bez Shiki.



5. Higurashi no Naku Koro ni - Moje ulubione anime wszech czasów, obiektywnie umieszczone w połowie zestawienia, głównie z powodu niewielkiej ilości elementów typowych dla horroru, raczej nie potrzebuje przedstawienia lub zarysu fabuły - Higurashi zna praktycznie każdy i bardzo dobrze. Nie będę mówić nic, to jedna z tych bajek, o których lepiej wiedzieć jak najmniej. Niezaznajomionym z uniwersum, choć śmiem powątpiewać, jakoby znaleźli się tacy, poleciłabym po prostu obejrzeć, wszak cholernie warto.




6. Ayakashi: Japanese Classic Horror - Prequel do Mononoke, nieznacznie od swojego następnika słabszy, acz wciąż warty uwagi. Od perfekcyjnej historii z Bakeneko, przez solidną opowieść o odizolowanej od świata księżniczce, po nieco nudną adaptację japońskiej sztuki, innymi słowy - jak w przypadku Kary no Kyoukai, poziom jest po prostu nierówny. Najmocniejszymi stronami Ayakashi są zdecydowanie soundtrack (ciekawa mieszanka rapu, elektroniki, fortepianu i melancholijnego popu), śliczna grafika, o której mogę powiedzieć w zasadzie tyle samo, co o Mononoke, niepowtarzalny klimat i luźne nawiązania do kultury oraz folkloru Japonii, które dzięki dobrej narracji, zrozumieją nawet laicy w tej dziedzinie.


7. Petshop of Horrors - Chiński hrabia, prowadzący sklep z osobliwymi zwierzętami w nowojorskim chinatown - brzmi ciekawie? I takie też jest. A największa wada? Długość. Tak fantastyczna manga (którą, co niezwykle mnie raduje, wydaje u nas Taiga) zasługuje na pełną adaptację. Niestety, zekranizowano jedne z mniej interesujących historii, co nie zmienia faktu, iż mamy do czynienia z porządnym, klimatycznym serialem. Lekko archaiczna kreska, która w mandze prezentowała się prześlicznie, w anime zdecydowanie została poddana deformacji ze względów cięć budżetowych, acz zachowano oryginalne projekty postaci. Reasumując - dobra OAV na rozpoczęcie przygody z charyzmatycznym Hrabią. Mimo wszystko, manga >>> anime.


8. Ghost Hound - Tak, owszem, spokojnie - zdaję sobie sprawę, iż Ghost Hound stricte horrorem nie jest, aczkolwiek klimat utrzymujący się gdzieś do okolic odcinka dziesiątego utwierdzał mnie w przekonaniu, że tak tę serię powinno się traktować (i lepiej by całość wyszła, gdyby w podobny sposób została poprowadzona do końca, ale to już inna sprawa). Z pierwszą pozycją na mojej liście, omawianej bajki nie łączy jedynie podobny tytuł, a duchowa tematyka, tym razem podana w naukowy sposób. I wiecie co? To właśnie jej największa wada. Fabuła jest naprawdę interesująca, warstwa psychologiczna dobrze rozwinięta, bohaterowie idealnie pasują do settingu, skądinąd sztampowego (mała, odizolowana miejscowość, w której mieszkańcy Plotkują), lecz mającego jakieś logiczne wytłumaczenie, a gęsty, ciężki klimat można by nożem kroić, na szczególną pochwałę zasługuje również grafika oraz cudowny opening, co psują nudne, książkowe wykłady, próbujące objaśnić obecność wszystkich zjawisk nadprzyrodzonych - dla jednych może to być jednakże zaletą. Polecam po prostu przekonać się samemu.

9. Kemonozume - Coś zdecydowanie dla starszego widza, seria przepełniona potworną (metaforycznie i dosłownie) brutalnością, czarnym, rzeźnickim humorem, nagością, erotyką, eksperymentująca z grafiką i konwencją. Szalone, groteskowe, ale i bardzo ciekawe, niewychodzące jednak niestety poza takie ramy, acz wyraźnie próbujące się im wymknąć. Fabuła prosta jak drut, luźno nawiązująca do wspominanego już "człowieka w potworze, i potwora w człowieku", lekko nieskładna i dziurawa, nieskomplikowani, acz...cóż, "sympatyczni" to bynajmniej nie jest odpowiednie słowo, bardziej dający się lubić, bohaterowie, soundtrack równie osobliwy, a i w swojej dziwaczności zaskakująco udany. Zdecydowanie nie dla każdego, aczkolwiek wielu ten eksperyment powinien przypaść do gustu.

10. Cossette no Shouzou - Last but not least, krótkie, trzyodcinkowe OAV, mieszające elementy kina grozy nieco bardziej gore, dramatu oraz romansu. Można by rzec, kolejna opowiastka, o tragicznej miłości skazanej na niepowodzenie i choć pałam sympatią do omawianego tytułu... nie umiem się z tym nie zgodzić. Abstrahując od niewątpliwie przepięknej strony audiowizualnej (Yuki Kajiura, co tu dużo mówić, nieznane mi z nazwy studio Doumu, definitywnie przyłożyło się do grafiki, która jest wręcz zachwycająca), anime okazało się niestety za krótkie, by w pełni rozwinąć oraz wyjaśnić dość skomplikowaną intrygę. Rekomenduję z lekkim dystansem, nie bez powodu wszakże umieściłam Cossettte jako ostatnią pozycję na liście.

sobota, 6 września 2014

Epicka wojna międzyplanetarna w starym, dobrym stylu - recenzja Terra e...

Czas: odległa przyszłość. Miejsce: Ataraxia, ludzka kolonia na jednej z mniejszych planet. Wiele lat temu, poprzez własną głupotę i niedbalstwo, ludzkość doprowadziła do zniszczenia Ziemi i została tym samym zmuszona do ewakuacji. Nasz gatunek osiedlił się na wielu planetach, wprowadzając system kontrolujący rozmnażanie się. W ten sposób pary wychowywały dzieci niezwiązane z nimi krwią, do czasu, gdy ich adoptowane potomstwo nie osiągało czternastego roku życia (postrzeganego jako pełnoletność). Wtedy to pretendent do nowego, dojrzałego obywatela, przechodził tak zwany "Test dorosłości", oraz związane z nim pranie mózgu, podczas którego zostawała mu usunięta znaczna część wspomnień, aby ułatwić rozstanie się z domem rodzinnym i pozostawionymi tam przyjaciółmi. Następnie młodzież przechodziła wieloletni trening, mający przygotować ją do funkcjonowania w takim społeczeństwie. Wraz z jego zakończeniem, przed dwudziestoparoletnimi już ludźmi, rozchodziły się dwie ścieżki - służba w imieniu Matki Elizy, superkomputera kontrolującego cały ten system bądź powrót na rodzimą ziemię oraz prowadzenie normalnego życia. Naszego protagonistę, energicznego blondyna zwanego Jomy Marquis Shin, poznajemy w przeddzień jego czternastych urodzin. Oczywiście, chłopak jest niezwykle podekscytowany niechybnie zbliżającą się dorosłością, co częściowo przysłania nawet jego smutek związany z pozostawieniem rodziców i przyjaciół na Ataraxii. Czas jednak na akcję właściwą i pierwszy plottwist - okazuje się bowiem, iż Jomy przynależy do rasy Mu, zmutowanych ludzi, obdarzonych zdolnościami parapsychicznymi i właśnie dlatego, wyklętych oraz zmuszonych do tułania się po Galaktyce, przez swoich prekursorów. Choć na początku odrzuca swoje prawdziwe pochodzenie, szybko przekonuje się, że na Ataraxii nie ma już dla niego miejsca i postanawia dołączyć do długiej, długiej wędrówki swoich pobratymców, którzy witają go z otwartymi ramionami. Wielką, międzyplanetarną i międzygatunkową wojnę, w której polegnie wielu, czas zacząć!

Terra e... jest drugą (i zdecydowanie o wiele bardziej udaną) adaptacją mangi z roku 1976 o tym samym tytule. Dwadzieścia sześć odcinków to przemyślana w każdym calu, skomplikowana, niezwykle dopracowana oraz zwyczajnie emanująca epickością historia, przedstawiająca wątpliwe zalety bycia odmieńcem. Odwieczny konflikt pomiędzy Mu, a ludźmi, zdaje się być niemożliwym do zażegnania. Celem rasy odmieńców jest dostanie się do ich upragnionego raju, porzuconej przed laty Terry, czyli po prostu Ziemi. Cechuje ich spokój, wytrwałe dążenie do obranego sobie celu, dobroć serca oraz gotowość do pomocy pobratymcom. W kontraście, ludzie są zawistni i bliżej niezrozumiale, dążą do pozbycia się wszystkich istniejących Mu. Przez ten raczej niedługi czas ekranowy, dobrze poznajemy obie strony, co jest definitywnie zrozumiałe, biorąc pod uwagę, iż w świecie bohaterów mija przynajmniej dwadzieścia lat. Rozmieszczenie akcji na tak długi okres wiąże się z ogromnym ryzykiem - Terra e... zdaje jednak egzamin śpiewająco, bowiem pacing jest idealny, informacje zostają dozowane stopniowo, ale koniec końców dowiadujemy się wszystkiego, zakończenie nie pozostawia żadnych niedomówień. Jest czas na walki, swoje momenty dostały również dialogi pomiędzy bohaterami, ich osobiste rozmyślenia, rozterki, nie ma za to absolutnie żadnych wstawek komediowych czy luźniejszych chwil, co dla niektórych może stanowić wadę, inni właśnie za to tę bajkę pokochają. Osobiście muszę przyznać, iż momentami podniosła i stuprocentowo poważna atmosfera mnie męczyła, czasem jednak oglądałam sześć odcinków pod rząd, nie mogąc się doczekać dalszego ciągu. Fabuła nie zawiera żadnych dziur, wszystko zostaje logicznie wyjaśnione, a pojedyncze wątki doprowadzone do końca. Składna, sensowna, a przede wszystkim, cholernie wciągająca, porusza temat natury "ludzkości", rozprawia nad przekleństwem bycia odmiennym, stawia w wątpliwość idealność systemu - wszystko to można z łatwością odnieść do naszego współczesnego świata, wszak nieobce są w nim wyżej wspominane sprawy. 

Bardzo rozległy komplet bohaterów, otwiera wspomniany już Jomy Marquis Shin. Poznajemy go jako dziecko i przez całą serię obserwujemy jego drogę przez życie. Zmiany, jakie zachodzą w jego światopoglądzie, są wprost niewiarygodne, bowiem kończy jako zupełnie inny człowiek, aczkolwiek w dobrym sensie tego stwierdzenia. Nietrudno zauważyć, jaki wpływ mają na niego kolejne wydarzenia, które na pewno miałyby podobny na każdą inną osobę. Z beztroskiego chłopca, zmienia się w łagodnego, acz zdecydowanego i zdeterminowanego, przywódcę, gotowego oddać życie za przedstawiciela swojej rasy, rasy, którą kiedyś jawnie gardził - ciężko mu się jednak dziwić, gdyż tak został po prostu wychowany. Jak stwierdziłam już w pierwszym zdaniu, postaci jest wiele, postaram się więc omówić tylko te istotne dla fabuły. Z Ataraxii do statku Mu, Jomiemu pomaga się dostać niejaki Soldier Blue, ówczesny przywódca grupy, stojący na jej czele od przeszło trzystu lat, o którym dowiadujemy się stosunkowo niewiele (i któremu głos użycza, fantastyczny as ever, Tomokazu Sugita). Mamy również niewidomą wieszczkę, niespecjalnie dającą się lubić, gdyż jej rola ograniczała się do powtarzania przydomka Blue w nieskończoność, Physis, głównego wroga Mu, poznanego dopiero w połowie serii, Keitha Anyan, dziecko Mu, wychowywane przez niczego nieświadomych rodziców, Shiroe Seki Ray, młodzieńcze zauroczenie Jomiego, Swenę Dalton, jego starego przyjaciela Sama Huston i cały statek młodszych i starszych Mu. Poziom pod tym względem jest co prawda bardzo rozbieżny, jednak doskonała kreacja protagonisty, Keitha Anyana, Toniego (chłopca urodzonego naturalnie, czyli stanowiącego wyjątek pod tym względem) oraz Shiroe, zasługują na bardzo wysoką notę.

Zupełnie subiektywnie - jestem zachwycona stroną wizualną. Oryginalne projekty postaci, rysowane w charakterystyczny dla lat 70 sposób, zmodernizowano, pozostawiając jednocześnie pierwotny zamysł rysowników. Oczy bohaterów, zarówno męskich i żeńskich, okalają długie rzęsy, włosy bywają różnokolorowe i rhomantycznie rozwiane (patrz: czupryna Toniego), rysy twarzy są raczej delikatne, wiele postaci cierpi na wczesne objawy anoreksji, choć ciężko tu mówić o typowych, długorękich i długonogich bizonach. Zarówno Mu, jak i ludzie, noszą fantazyjne mundury, których peleryny furkoczą na wietrze. Graficznych fajerwerków może i nie ma, przy walkach nie stawiano na efekciarstwo, a staranność i anatomiczną poprawność. Animacja nie straszy przesadnym użyciem CGI, nieliczne wstawki dobrze komponują się z chara designami. Walkom towarzyszą podniosłe, skrzypcowe utwory, soundtrack obfituje również w nieco spokojniejsze kawałki, w których słychać flet, harfę, fortepian czy chórki, do kontrastu wrzucono również interesującą elektronikę. Muzyka jest niezwykle udana i stosowana z wyczuciem. Pochwalić muszę również fenomenalny, pompatyczny, pierwszy opening, drugi spodobał mi się nieco mniej, natomiast kompletnie nie poczułam obydwu endingów, brzmiących dość kiczowato. 

Dochodząc do konkluzji prawdopodobnie najpoważniejszej (nie byłabym w stanie napisać inaczej o serii z podobnym klimatem) recenzji na moim blogasku, wypadałoby jakoś zebrać wszystkie myśli i wybrać docelowego odbiorcę. Zdecydowanie wskazałabym na dojrzalszego widza, szukający lekkiej rozrywki mogą się srodze zawieść. Połączenie space opery i sci-fi nie było i pewnie nie będzie moją broszką, niemniej jednak, Terra e... przekonała mnie do gatunku i utwierdziła w przekonaniu, iż warto czasem otworzyć się na nieznane. Epicki rozmach, piękna grafika, cudowny soundtrack, wciągająca do cna fabuła - anime niemal perfekcyjne. Słowo "polecam" wydaje mi się tu zbędne. Po prostu sami to zobaczcie.

Bohaterowie - 9/10
Fabuła - 10/10
Grafika - 8/10
Muzyka - 9/10
Całokształt - 9/10

piątek, 5 września 2014

Top 10 - rom-com

Po powrocie z cokolwiek udanych wakacji, wracam na blogaska z entuzjazmem nieco większym, niż przy ponownym zetknięciu z szarą rzeczywistością. Już od jakiegoś czasu planowałam skonstruować grafik dla usprawnienia publikacji notek (deadline ciążący nad głową potrafi zmotywować mnie do zabrania się za klawiaturę) oraz wprowadzić nową ich formę - zestawienie najlepszych dziesięciu (w mojej subiektywnej opinii, zaznaczam, mojej własnej opinii, która może różnić się od zdania Czytelnika, co nie znaczy, że w jakikolwiek sposób staram się ubliżyć czy znieważyć tytuły niewymienione - nie widziałam absolutnie wszystkiego, ale i niekoniecznie dzielimy gusta, po prostu respektujmy wzajemną opinię) seriom, czy to w gatunku, czy w roku, czy w jakikolwiek inny sposób powiązanych ze sobą serii. Na dole postu przedstawiam wstępną wersję i pierwsze top 10; zdecydowałam się zacząć od połączenia romansu i komedii, czyli mojego czarnego konia, wszak właśnie w tych klimatach jestem najbardziej rozeznana.  Chciałabym również dodać iż miejsca nie mają zbyt głębokiego znaczenia, od siebie polecam wszystkie wymienione serie i z bólem serca szeregowałam je w jakiejś kolejności. Nie przedłużając, just enjoy it.

1. Toradora! - "Shoujo dekady", "mesjasz gatunku", "najlepszy rom-com wszech czasów" to jedne z licznych epitetów, które można usłyszeć na temat Toradory. Stawiana na piedestale przez wielu, znajduje się na nim również na mojej liście. Czyżby moja dusza hipstera mnie zawodziła? Niestety, a może właśnie stety, Tora to jeden z chlubnych wyjątków bajek, które faktycznie są tak wyborne, "jak wszyscy mówią". Mogłabym pisać poematy o mojej miłości do Ryuujiego, protagonisty, rozpływać się nad fantastycznym korzystaniem z utartych schematów, dalej tworząc niezwykle udaną i nieprzewidywalną serię, chwalić dobrze przemyślane i storyline, ogromny chara development, czy chociażby tak po plebejsku pochwalić śliczne openingi, jednak powiem tylko tyle - absolutny must watch dla każdego fana gatunku, jeśli nie miłośnika chińskich bajek w ogóle.


2. Nodame Cantabile - Choć długo wahałam się nad dwoma pierwszymi miejscami, drugą, acz wcale nie odstępującą mocno od pierwszej, pozycję, przyznaję dla odmiany joseiowi. Nodame Cantabile jest przeuroczą opowieścią, pełną ciepła i humoru, obierającą za miejsce akcji szkołę muzyczną, a za protagonistów - roztrzepaną Megumi (tytułowa Nodame, od Noda Megumi) i wybranka jej serca (z początku nijak niepodzielającego tego uczucia), Chiaki Shinchiego. Dwa słowa - muzyka klasyczna. Wszystkie trzy sezony obfitują w zachwycające kawałki fortepianowe, skrzypcowe, oraz grane przez całą operę, często będące kompozycjami od znamienitych kompozytorów, jak Chopin, Beethoven, Brahms czy Bach. Bliska ideałowi perełka, zdecydowanie zasługująca na dużo większy rozgłos.


3. Chobits - Cofając się do lat 90 i jeszcze raz, targetowej widowni - shoujo. Co prawda manga nakładem JPFu została wydana nawet w naszej Cebulandii, myślę jednak, że Chobits nie cieszy się specjalnym zainteresowaniem, co jest mi kompletnie niezrozumiałe. Przy tak znamienitym humorze, niezwykle uroczym i niewinnym wątku romantycznym oraz sporej ilości pytań z rodzaju "ile z człowieka kryje się w maszynie, a ile bezlitosnej maszyny...w człowieku", nie powinno przeszkadzać nawet delikatne ecchi - nic ponad "normę", ot kilka dyskretnych ujęć na piersi Chii czy nielicznych pantyshotów tejże bohaterki, okazjonalne, "majtkowe żarty". Pokuszę się o stwierdzenie, że dla niektórych będzie to wręcz stanowiło atut. W każdym razie - czy to ze zdrowego rozsądku, czy może raczej głębokiej, subiektywnej sympatii oraz sentymentu, Chobits zamyka podium i jak w powyższych przypadkach, zdecydowanie polecam.


4. Ouran High School Host Club - mainstream znowu, hipster we mnie krzyczy i błaga o powrót do zmysłów, jednakże Ouran jest po prostu zbyt dobry, by zostać pominięty tudzież zepchnięty w głąb mojej listy. Panie, panowie i cała reszta, oto reverse harem, w którym główna bohaterka umie tupnąć nogą, a otaczający ją bishouneni naprawdę posiadają jakąś osobowość i mają w życiu inne problemy, aniżeli nieodwzajemnione uczucia heroiny. Dobre wyważenie pomiędzy romansem, a skądinąd naprawdę udaną komedią, zapewnia Ouranowi miejsce tuż po podium - po zakończeniu niezwykle udanej serii, polecam również sięgnąć po bodaj jeszcze lepszy, mangowy pierwowzór, wydany na naszej ziemi w całości przez JPF.


5. Suzumiya Haruhi no Yuutsu - Przez Haruiistów prawdopodobnie zostanę zjedzona za tak "niską" pozycję w rankingu, znajdą się i pewnie tacy (...mam nadzieję, że jednak nie), którzy wizerunki członków Brygady SOS widzą po raz pierwszy. Spiesząc z wyjaśnieniem - gdyby wyciąć przedrostek "romance", Haruhi plasowałaby się nawet na podium. Choć serii zdecydowanie nie można odmówić genialnego humoru, bohaterom, szczególnie niezastąpionemu Kyonowi, Itsukiemu czy samej protagonistce, wielkiej charyzmy, pod względem romansowym wypada dość baldo w porównaniu do konkurentów, co nie znaczy jednak, że taki wątek jest kompletnie nieobecny tudzież nieudany. Niemniej jednak, splendor i chwała, w jakiej pławi się uniwersum Haruhi, są kompletnie zasłużone (co tyczy się szczególnie perfekcyjnej kinówki), stąd wszyscy nieobeznani powinni natychmiast naprawić swój błąd i już w tym momencie ściągać pierwszy sezon.

6. Kamisama Hajimemashita - Najnowsza pozycja z listy, która szturmem wdarła się do moich skrytych ulubieńców zaledwie dwa lata temu. Panie i panowie - mamy pełnokrwiste shoujo z bohaterką poskalaną rozumem i biszem, którego cechuje coś oprócz ładnej buzi! Krótkie, zdecydowanie za krótkie, herbacianej opatrzności dzięki za zapowiedź drugiego sezonu, trzynaście odcinków to świetnie poprowadzony wątek romantyczny, garść świetnych gagów i szczypta poruszenia.  Oprócz liczby odcinków, jestem w stanie pokręcić nosem jeszcze tylko na stronę graficzną, która niekoniecznie przypadła mi do gustu (nie umiem nazwać się fanką anorektycznych kończyn czy oczu niczym spodki). Mam szczerą nadzieję, że kontynuacja mnie nie zawiedzie i dowiemy się jeszcze więcej o związku Tomoe z Nanmi oraz ich backstories. Kamisama nokautem wygrywa z dwoma shoujo wychodzącymi w tym samym sezonie, Tonari no Kaibutsu-kun oraz Sukitte linayo, które, nie wiedzieć czemu, zdają się cieszyć o wiele bardziej pochlebną opinią.

7. Seto no Hanayome - Heroicznie wypowiedzi, wielkie zapewnienia, przy akompaniamencie kwiatów wiśni, sparklujący ochroniarz w okularach przeciwsłonecznych czy do bólu przeciętny protagonista, raczej fartem, niż ze zdrowego rozsądku, zaręczający się z syrenią pięknością, żoną idealną... Czy to aby nie brzmi jak schemat na schemacie, popędzany schematem? A właśnie! Seto no Hanayome chwyta najpodlejszą ze sztampy i parodiuje ją w każdym calu. Przesadnie pompatyczne sceny, bohaterowie pozornie przewidywalni i odrysowani ze starych szablonów, wszystko to wyciągnięte do granic możliwości, ocierając się o absurd.  Po raz kolejny, jako fanka romansu faktycznie znajdującego się w romansie, muszę pokręcić nosem na ten właśnie wątek. Moim drugim zarzutem jest długość, dwa coury, jak na komedię, to czasem już za długo, a "Nagasumi-san!" słyszane średnio czterdzieści dwa razy na odcinek, zaczyna doskwierać po jakichś piętnastu. Nie mogę być jednak krytyczna w stosunku do całej reszty - swoją rolę Seto no Hanayome spełnia znakomicie i zdecydowanie zasługuje na uwagę; salwy dzikiego śmiechu gwarantowane.

8. Kareshi Kanojo no Jijou - Niemal legendarne shoujo od Gainaxu, o dziwo, niewyróżniające się od innych przedstawicieli gatunku niczym, prócz dość eksperymentalnej strony graficznej oraz na całe szczęście - niesztampowością. Jedną z największych zalet KaneKano jest nieprzeciąganie statusu quo w nieskończoność, bohaterowie schodzą się dość szybko i równie prędko w ich związku rozpoczynają się schody. Nie zaserwowano nam jednak typowej, przesadzonej dramy, zakochanych małolatów, ich problemy są raczej codzienne i adekwatne do wieku. Mamy jednak do czynienia z rom-comem, pojawia się więcej i humor, którego trochę ubywa pod koniec, bowiem ustępuje kilku poważniejszym wątkom, gagi bardzo często odnoszą się do dwulicowości głównej parki. Fetyszyści moeblobów z ubiegłych lat mogą zostać odstraszeni lekko archaiczną już grafiką, wszak serii bliżej do dwudziestki, niźli dziesiątki, choć może to i dobrze, osoba oceniająca serię tylko i wyłącznie przez pryzmat grafiki, najprawdopodobniej i tak cierpi na raka gustu. Naturalnie, polecam.

9. School Rumble - uczuciowy galimatias grupki skrajnie różnych osobowości, a to wszystko obficie polane absurdalnym humorem i niespodziewanymi plottwistami. Choć kontynuacje nie trzymają poziomu tak wysokiego, jak sezon pierwszy, School Rumble dalej jest jedną z najlepszych komedii romantycznych, jakie przyszło mi obejrzeć, co w ogromnej mierze zawdzięcza humorowi oraz przesympatycznym, acz często zachowującym się jak małe dzieci, bohaterom (piję tu szczególnie do "najgłówniejszej" trójcy). Ich niezdecydowanie może miejscami drażnić, jednak mój fangirlizm w tym przypadku nie pozwala mi na umieszczenie tej pozycji niżej, co tu mówić o kompletnym jej pominięciu. Oglądać, a nuż Harima i Tenma zdobędą kilkoro kolejnych fanów, na co zdecydowanie zasługują.


10. Kuragehime - o Mniszkach i ich życiowych potyczkach z zewnętrznym światem pisałam już całą recenzję, pozwolę sobie jednak wytłumaczyć miejsce na liście. O ile Kuragehime jest genialną komedią, wątek romantyczny zostaje w anime brutalnie ucięty (tak jak zresztą cała seria). Mimo wszystko, to w dalszym ciągu jedna z moich ulubionych serii w ogóle, nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko polecić seans, oraz zabranie się za wciąż publikowaną mangę.





Grafik
W każdy piątek - top 10/krótsza notka.
Pierwsza niedziela każdego miesiąca - recenzja.
Co półtora miesiąca - półmetek/podsumowanie sezonu.
Co dwa miesiące - dłuższy felieton/poradnik cosplayowy/apdejt kolekcji.