sobota, 10 maja 2014

Półmetek wiosny 2014.

Niesamowite, co? Dopiero pisałam o końcówce sezonu zimowego, a już jesteśmy na półmetku wiosny. Nie przedłużając - oto moja opinia so far.

Akuma no Riddle - Kąpiele z kaczuszkami, szaleńcze śmiechy, klasa pełna assasinek, szaleńcze śmiechy, tajemnicze blizny, szaleńcze śmiechy, dwanaście dziewczyn z rozdwojeniem jaźni i schizofrenią w jednej klasie, szaleńcze śmiechy, niezrównoważony psychicznie dyrektor i przede wszystkim, mnóstwo szaleńczych śmiechów! Wyborna rozrywka, już chcę więcej, tym bardziej, za każdą postacią kryje się moja ulubiona, Mroczna Przeszłość™. Motyw Assasinki Tygodnia przypomina trochę Dangę, równie słabą, choć może odrobinę przyjemniejszą w odbiorze, ze względu na możliwość spróbowania swoich sił w rozwiązywaniu zagadek powiązanych z poszczególnymi morderstwami. Dotychczas każdy (z wyjątkiem najnowszego) odcinek bazuje na niemal identycznym schemacie, tj:
1. Jedna z assasinek postanawia w końcu dorwać Haru, mając w tym Ważny Cel, który tłumaczy nam, podczas gdy w tle przygrywa Stosowna Muzyka.
2. Assasinka zbliża się do Ichinose, która jest na tyle głupia, by ślepo każdemu ufać.
3. Nasza kret- bohaterka zostaje uratowana przez Tokaku.
4. Niedoszła zabójczyni nawraca się albo nie.
5. Biedna dziewczyna znika bez wieści, a wychowawcy nie dziwią przenosiny kolejnej uczennicy.
Not gonna lie, oglądam to tylko dla obiecanego yuri, które...jeszcze się w ogóle nie pojawiło. Opening wpada w ucho.
PS Pistolet naładowany fiolką (?) z napisem "trucizna".
I think we have a winner, guys.

Black Bullet - loli są super. Wszyscy kochają loli, a co dopiero loli z dużymi spluwami. Ruda loli ze spluwą? Sounds like a dream. No więc dlaczego, psia mać, to jest takie słabe! Pierwszy odcinek był przyjemnie niezobowiązujący, ale nie może być przecież zbyt dobrze, prawda? Patos zaczął wzrastać, by osiągnąć apogeum w epizodzie czwartym, który nie zasługuje nawet na określenie "mierny". Irytujące, choć niczego lepszego się nie spodziewałam.

Bokura wa Minna Kawaisou - przede wszystkim, zanim zapomnę, rozpisując się o mało istotnych kwestiach fabularnych - grafika! Tła są zachwycające, pełne kolorów, ślicznych detali, naprawdę cieszą oko swoim bogactwem. Jak na komedię, humor jest raczej mierny, aczkolwiek bywają lepsze momenty. Raczej przeciętniak, choć bardziej na plus.

Diamond no Ace - leftover z zimy, nareszcie się ustosunkowano  co do liczby odcinków (52). Ni lepiej, ni gorzej. Obecny mecz jest trochę przeciągany, choć nie tak, jak mecze z Kurobasu 2.

Gokukoku no Brynhildr - widać, słychać i czuć autora (nie)sławnego Elfen Lied, kolejne traumy z dzieciństwa, znowu ucieczka z laboratorium, i tym razem wątek "dość" tragicznej przyjaźni z dzieciństwa. Wielki minus na samym starcie za tak potworną nieoryginalność i bazowanie na sprawdzonym schemacie. Na szczęście, tutaj poszczędzono nam gore i niepotrzebnej nagości. Tylko że to jedyny pozytyw jest. Kretynizm bohaterów wylewa się z ekranu, absurd goni absurd (sama postać Kany, sparaliżowanej gothic lolity, która porozumiewa się ze światem za pomocą....kalkulatora, który umie mówić, krzyczeć, szeptać i pewnie nawet śpiewać), protagonista niebezpiecznie przypomina mi Satoshiego Houjou (ale tylko z wyglądu), coś niby się dzieje, ale w sposób tak chaotyczny i kompletnie bezsensowny, że nie jestem w stanie zrozumieć, co konkretnie autor chciał nam przekazać.
-Nie zbliżaj się do mnie więcej, to niebezpieczne!
~Dobrze, to tylko zostawię ulotkę i już idę.
-Poczekaj, opowiem Ci historię mojego życia.
PS Czy ktoś umie wymówić ten tytuł poprawie? Srsly, przewiduję nagrody.

Haikyuu!! - KuroBasu ma naprawdę mocnego przeciwnika! Zapowiada się wyborna sportówka, bardzo przyjemna w odbiorze. Co najlepsze, nasi bohaterowie nie są przesadnie uzdolnieni, bardzo nieadekwatnie do swojego wieku, toteż mam szczerą nadzieję, iż zostaną nam również oszczędzone nienaturale power upy. Pierwszy mecz był naprawdę widowiskowy, już widać nieznaczny progres Hinaty i Kageyamy (KaGEJamy, KaGEJamy, KaGEJamy, czyżby nieme zaproszenie do spekulacji, w stylu pociągów wjeżdżających w tunel po treningach...?). Póki co, jestem pełna pozytywnych odczuć.

Inugami-san to Nekoyama-san -czyli kolejny uczestnik w konkursie "najgorsze juri wszechczasów", czemu wszystkie anime spod tego gatunku muszą być tak niemiłosiernie...złe?

Isshuukan Friends. - co za dużo, to niezdrowo, a szczególnie, jeśli chodzi o cukier. Czysto teoretycznie, lubię pozytywne anime, jednak tutaj wypada to wręcz nierealnie, za dużo tych dobroci, za mało character developmentu czy chociażby...fabuły? Nawet najprostsze założenia są kompletnie nieoryginalne, motyw z amnezją - było, i to setki razy, ale da się go obrobić w interesujący sposób, wystarczy spojrzeć na Ef. Nie ma tragedii, choć szału tym bardziej.

Kamigami no Asobi - Pierwsze pięć minut. Długowłosy biszołnen przechodzi mahoushoujową przemianę i to w bardo widowiskowy sposób. Kolejne minuty. Protagonistka, typowa yamato nadeshiko, znajduje Magiczny Miecz, który przenosi ją do Tajemniczej Krainy. Tam czeka na nią własne stado bizonów, z czego każdy reprezentuje do bólu schematyczny rodzaj osobowości. Jest tradycyjnie Bisz Mroczny "Nie-Zbliżaj-się-Do-Mnie-To-Niebezpieczne", mamy Bisza Cichego i Inteligentnego, Bisza Trolla, Bisza Rozkosznego, Bisza-Shotę "Nienawidzę-Głupich-Bab", jest też Bisz-Niezdara. Podczas gdy nasza bohaterka zwiedza świat, natyka się na każdego kolejno, naturalnie, pojawianiu się panów towarzyszą sparkle oraz wyrastające im z głów kwiaty. Brzmi jak genialna parodia reverse haremów? Pudło, oni tak na serio.  Muszę jednak pochwalić stronę audiowizualną, grafika jest staranna, kolory bardzo soczyste, tła i krajobrazy naprawdę piękne, a skrzypcowe, dzwonkowe czy fletowe utwory to miód dla uszu. Jest humor, są bisze, wpadła nawet całkiem ogarnięta heroina (jak na standardy yamato nadeshiko, oczywiście). No i Kamiyan, w roli długowłosego Baldera (tak, tego z mitologii nordyckiej). Idealne na deszczową handrę. Apollo-san sprowadzi uśmiech nawet na najbardziej zmartwionej trudami życia codziennego twarzy. A przynajmniej uśmiech politowania.

Kanojo ga Flag wo Oraretara - why did I even touch this shit. Why is this bloody shit so bad!

Mangaka-san to Assistant-san to The Animation - Jeśli nie ma się koncepcji na dobrą komedię, zawsze można dorzucić cycki. Gorzej, gdy nawet damskie walory nie są specjalnie zachęcające. Ale spokojnie, są również pantsu. Niestety, i do tego się nie przyłożono. No tits, no sense, 0/10.

Mekakucity Actors - Ja naprawdę nie mam słów, by wyrazić swoją gorycz. Moje ulubione studio. (#SHAFTERS). Moje wspaniałe KagePro. To nie miało się nie udać. Doshite, the hell. Dlaczego postanowili zrobić coś takieg- No na litość boską. SHAFT. Przynajmniej grafika powinna być ładna. Bynajmniej. Animacja jest cholernie niestaranna. Postacie w dalszych odjęciach wyglądają gorzej, niż ja bym je narysowała na kolanie. Zupełny brak detali. W najgorszych momentach, ciężko odróżnić głowę od dupy. Tak, tła i statycznie klatki nie wyglądają źle. SHAFTowo. Odcinek o Heat Haze Days nie był słaby. Przepraszam Was, ale nie umiem znaleźć innego przymiotnika. "Tragiczny" to też za mało. Płakałam. Z żalu. Ze strachu, co mogą zrobić z resztą moich ulubionych piosenek (jak chociażby Imagination Forest). Niewystarczająco również by rzec, że Marry jest strasznie irytująca. Takich rzeczy się ludziom nie robi.

Mushishi Zoku Shou - nie sądziłam, że to może być możliwe, ale... Zoku Shou jest jeszcze lepsze, od sezonu pierwszego. Perfekcja w każdym calu, poczynając od niesamowitego klimaty, idąc poprzez zapierającą dech w piersiach stronę audiowizualną, a kończąc na interesujących fabularnie nowych przygodach Ginko.
.
..
...
Wait, czy to nie czasem nie przypomina mojego opisu serii pierwszej...?
Anyway, mój zdecydowany fawort sezonu i niepodważalne 10/10. Jedynym minusem jest długość, nastawiałam się na przynajmniej 25 odcinków, jednak nie będę marudzić, tyle i tak mi wystarcza do pełni szczęścia.

Nisekoi - utrzymywanie statusu quo od tak cholernie długiego czasu, robi się niesamowicie interesujące, niestety, rozpoczęła się ekranizacja najnudniejszej części mangi, czyli tej, w której po raz pierwszy pojawia się Marika. Humor ustępuje niezdecydowanym poczynaniom głównych bohaterów, kolejne odcinki stają się coraz bardziej nużące. Szkoda.

No Game No Life - jest moc, jak to powiadają! Idealny dowód na to, że protagonista wcale nie musi być bezczłonkowym wymoczkiem, a i z konwencji kuudere da się sporo wyciągnąć. Inteligencja Shiro oraz Sory zachwyca, ale nie odstrasza. Nie wszystkie odcinki trzymają poziom, mimo to, humor pełen nawiązań do shounenowych serii (jak chociażby wszechobecne JoJo), autentycznie bawi. Tak właśnie powinno się robić dobrą przygodówkę fantasy w alternatywnym świecie.

Ryuugajou Nanana no Maizoukin (TV) - jak nie przepadam za duchową tematyką (Delikatnie mówiąc - powiedziała, spoglądając na TOxA oraz Golden Time), tym razem wyszło to całkiem w porządku. Spodziewałam się po tym anime okrągłego zera, a dostałam niezły pomysł i przede wszystkim, oryginalnie wykreowanych bohaterów. Sam protagonista się broni, niby nie cechuje go nic niezwykłego, ale jest ironiczny, lekko złośliwy, dość pewny siebie, bystry i przede wszystkim, niegłupi. Tensai prezentuje nowe podejście do tradycyjnej kreacji tsundere, wielki plus. Niby się rumieni, krzyczy i wali tsunderowością (w niektórych scenach), ale jak MC, nie jest tępą dzidą, ślepo podążającą za scenariuszem, cechuje ją spryt, inteligencja oraz błyskotliwość. No i Daruku, best-trap-ewah!

Selector Infected WIXOSS - cute girls fighting with the cute cards- a nie, przepraszam, to przecież bardzo mhorczna opowieść, o bardzo mhorcznych dziewczętach, wplątanych w bardzo mhroczną grę, o bardzo mhrocznych zasadach... Nie, nie, po prostu nie. Zapalmy znicz z bajerami dla J.C. Staffu. {*}

Sidonia no Kishi - powolne, dziwnie cichawe, niepokojące, intrygujące i trochę nudnawe, jak większość mang pana Tsutomu Niheia, czyli zadanie chyba spełnione. Nie do końca przekonuje mnie pełne CGI, niektóre sceny wyglądają doprawdy komicznie, a czasem jakby przeskakują kilka klatek. Opening is so full of win, tho. Uwielbiam go całym serduszkiem, podoba mi się chyba bardziej, od samego anime, a to dość nieciekawa sprawa.

Soredemo Sekai wa Utsukushii - początkowo - kandydat do szojca roku (jeśli nie ostatnich dwóch, albo i trzech lat), po kilku odcinkach mój zapał nieco opadł. Historia jest pełna autentycznego ciepła, Nike i Livius to fajna parka, choć nijak nie widzę chemii pomiędzi nimi, której istnienie próbują nam wmówić twórcy. Soredemo wpadło w pułapkę większości serii, które prezentują romans pomiędzy kobietą i młodszym chłopcem, ich relacja przypomina raczej starszą siostrę oraz młodszego brata, niźli zakochanych. No cóż, seans każdego epizodu jest w każdym razie miłą rozrywką, czekam na więcej.

I na koniec - wszystkiego dobrego dla dzisiejszych solenizantów!
Mam nadzieję, że w życiu poszczęści się Wam bardziej, niż w momencie, gdy rodzice wybierali Wasze imiona.

PS Dziś bez obrazków, wybaczcie. Ani nie chciało mi się szukać, ani nawet za nimi specjalnie nie przepadam.

czwartek, 8 maja 2014

Życie angielskiego mangozjeba.

Przeglądłam sobie ostatnio archiwum Hiyowego bloga. Od założenia minęło już kilka miesięcy, a znaczną część zawartości stanowią, szumnie nazywane przez moją osobę, recenzje. Czy to w celu pozyskania nowych czytelników, niezainteresowanych reckami, czy chociażby dla miłej odmiany, postanowiłam pokusić się na coś zgoła innego. Tym razem padło na felieton, nie wiem, jak inaczej mogłabym nazwać dosyć krótki tekst na niezbyt poważny temat, bynajmniej przecież nie "artykuł". No bo w sumie, czemu nie. Jak całkiem sporo mangozjebów znam, tak częstym tematem przewijanym w naszych konwersacjach było moje życie za granicą. Oczywiście, nie jesteśmy tu po to, by mówić o różnicy w cenie chleba tudzież gospodarce kraju, toteż skupmy się na bardziej istotnych dla naszego fandomu kwestiach.


A nie mówiłam?
To może zacznijmy od portretu przeciętnego, angielskiego mangozjeba. Otóż jest on osobą raczej zamożną, nie żałującą specjalnie na mangi, anime i gadżety okołomangowe. Nie traktuje jednak swojej kolekcji niczym świętych insygnii, nie ma nic przeciwko pożyczeniu mongolskiej kolorowanki znajomemu (tudzież nieznajomemu). Nie należy do najbardziej wybrednego odbiorcy, jara się mainstreamowym shitem jak cała reszta (Ssało, Future Dajry, Atak on Tajtan), choć wyjątkowo rzadko, zdarzają się chlubne wyjątki. Tak, rzadziej, niż u nas. Nie przeszkadza mu angielski dubbing, nałogowo używa angielskich translacji tytułów, nie mając przy okazji pojęcia, że dany twór tak naprawdę nazywa się inaczej, co na dłuższą metę bywa irytujące, szczególnie w wypadku anime, które jednak szerzej znane są w oryginale. Ludź, jak każdy inny, można by rzecz. Średnio integruje się z bliźnimi o podobnym skrzywieniu (przykładem może być fakt, że pomimo mieszkania w stosunkowo dużym mieście, najbliższa grupa zrzeszająca fanów M&A znajduje się ponad godzinę drogi stąd, nie wspominając nawet o prywatnych spotkaniach kilku sztuk, a z tego co mi wiadomo, w naszej Cebulandii jest to chlebem powszechnim). Na nieliczne konwenty (o tym za chwilę) wybiera się raczej chętnie i hojnie. Średnia wieku takiego osobnika oscyluje w granicach 15-25 lat. Raczej ciężko trafić na piszczące hot dwunastki w nekomimi, co naturalnie się chwali. Nie afiszuje się on również specjalnie ze swoimi zainteresowaniami, uznając chlubną zasadę "less is more" oraz nie obwieszając się toną niepotrzebnych przypinek czy innych pierdół. Człek dość leniwy, z racji posiadania "wszystkiego" pod nosem - niełatwo znaleźć osobę wiedzącą o istnieniu innych stron streamujących anime, niźli szalenie popularny Crunchyroll.  I choć awridżowy, angielski mangozjeb, nie różni się zbytnio od polskiego odpowiednika, bodaj od "zawsze" preferowałam ten drugi gatunek.


Zbiór mangów
Kolejnym, dość istotnym aspektem mangozjebowego żywota, jest przecież sama jakość tych wszystkich szeroko dostępnych dóbr. Nie ma co się kłócić, w przeliczeniu 1:1 (a właśnie tak należy to liczyć przy polskich i angielskich zarobkach), nasze wydania sprawiają wrażenie dość kosztownych. Jak dobrze wiemy, koszt typowego tomika w naszym pięknym kraju wynosi ok. 20 złotych.
Porównanie jakości papieru. Po lewej - angielski,
po prawej, polski tom.

Wydania deluxe, zbiory kilku tomów i tak dalej, często podnoszą cenę do nawet sześćdziesięciu złotych, a zdarzają się i droższe. Pojedynczy tomik w Wielkiej Brytanii (warto nadpomnieć, iż niemal wszystkie są importowane ze Stanów), wyniesie nas mniej-więcej siedem funtów, co w przeliczeniu daje nam +/- 35 złotych i może dla nas jest wyzyskiem, ale licząc w przytoczony przeze mnie sposób, nie wydaje się być aż tak wygórowaną kwotą. Tutaj różnice w cenach są częstsze i bardziej znaczne, bowiem co ładniejsze wydania kosztują nawet dwa razy tyle, te w twardych okładkach - dwadzieścia parę funtów. Aleale! Czy to wszystko jest warte tych pieniędzy? Otóż - nie do końca. 99% angielskich wydań, to format większy, niż B6, jednak na przyjemnym rozmiarze kończą się plusy. Miałam w ręku dziesiątki, jeśli nie setki tomiszczy i trzeba Wam wiedzieć, że obwolutę widziałam 
Wnętrze hamerykańskiego tomiku
Nowelki

okrągły raz. Kolorowe strony to również niesamowity rarytas. Jakoś papieru pozostawia wiele do życzenia, nikogo nie dziwią żółtawe kartki, które często prześwitują ilustracje z poprzednich stron. Najgorzej prezentują się wydania zbiorowe, w miękkich, łatwo gnących się okładkach, zazwyczaj jedynie laminowanych, chromowane stanowią urban legend, ktoś kiedyś widział, ale w sumie nikt nie pamięta, co to konkretnie było. Z racji urodzenia się skończonym dusigroszem oraz fetyszystką porządnego papieru, średnio co dwa miesiące zamawiam więc paczkę z Polski. Tak, daję zarabiać cholernemu grubasowi. Wiem, powinnam się wstydzić. Mimo to, od czasu, gdy kompletnie bezmyślnie udało mi się wyrwać prawie całą stronę, jakoś stronię od hamerykańskich wydań. Naturalnie, każdy medal ma dwie strony. Już dobrze rozumiecie, do czego piję. Anime na dvd, light nowelki, artbooki, licencjowane gadżety. Wszystko to jest dostępne na brytyjskiej ziemii w wielu sklepach. Ale może to i lepiej? Ludzkość w końcu do dziś przeklina jakość tłumaczenia hińskich bajek od animegejtu. Dla ciekawskich, średnia cena:
-anime na dvd:
*filmy kinowe/OAV - 10-15 funtów, te nieco starsze lub mniej popularne, 3-8 funtów
*serie TV - 20-40 funtów
-light novel - 15-30 funtów
-artbook/character databook- 20-40 funtów

Zbiór hińskich bajek na dvd
-magazyn Neo (tak, jest tylko jeden fully angielski) - 5 funtówW sumie kolejnym problemem jest dostępność tego wszystkiego. Może i sklepy z gadżetami są tu znacznie popularniejsze (mam na myśli to, że w ogóle istnieją), ale mangi dostać  można zaledwie w dwóch sieciowych księgarniach, natomiast anime - jednej sieciówce. Przy takim ogromie tytułów, spodziewalibiśmy się przynajmniej dużego wyboru, jednak i tutaj muszę was rozczarować - nigdy nie spotkałam się z więcej, niż jednym regałem, co można spokojnie porównać do polskich warunków.



Stężenie mangozjeba: 2 sztuki na metr kwadratowy
Konwenty. Kwintesencja bycia mangozjebem. Chyba nie ma człowieka, który nie przepadałby za takimi wypadami, czy to dla socjalizacji, czy w celu uzupełnienia swojej kolekcji. Niezależnie od tego, co konkretnie planujemy tam robić, chyba każdy na angielskim konwencie, znajdzie coś dla siebie. Są tabuny stoisk, przepełnionych gadżetami. Królują breloczki i phonestrapy, przypinkom dałabym trzecie miejsce, bowiem na podium mieszczą się również figurki, zarówno chińska taniocha, jak i firmowe zabaweczki. Nierzadko pojawiają się stoiska z azjatyckim jedzeniem, odzieżą czy małymi elementami wyposażenia domowego. Znajdziemy mnóstwo mang, anime na dvd, kostiumów cosplayowych, gier, plakatów, wallscrolli, pluszaków, kubków i tak dalej, i tak dalej. Z atrakcji należy wymienić panele z najróżniejszymi

Scena na zewnątrz
celebrytami tudzież osobowościami japońskiego przemysłu M&A (jak chociażby sam Shinichiro Watanabe, do dziś pluję sobie w brodę, że nie wybuliłam forsy na płytę OST Bebopa z jego autografem, lub animator SnK, Katsuhiko Kitada), goście to niestety przede wszystkim brytyjskie aktorzyny, o których nie słyszano poza Wielką Brytanią. Nie powiem, by godziny spędzonene na wysłuchiwaniu dukania kilku ludzi siedzących na scenie, należały do najprzyjemniejszych w moim życiu, nie żywię również specjalnie gorącego uczucia do paneli tematycznych, które często są zbyt ogólnikowe oraz zwyczajnie nudne. Jest oczywiście i Euro Cosplay, na który zawsze oczekuję ze niecierpliwością, nierzadko widywałam naprawdę świetne prezentacje. Oprócz tego, niemal wszędzie można sprzedać/kupić doujinshi, pograć, czy to w karcianki, czy na specjalnych konsolach, zrobić sobie zdjęcia w specjalnym studio, no i po prostu poznać nowych ludzi, a tych nie brakuje. Taki MCM London Expo, odwiedza
EuroCosplay
średnio 50000 uczestników, toteż jak nietrudno sobie zwizualizować, ludzie wypadają drzwiami i oknami, można iść jedynie wraz z tłumem, a zawrócenie jest niemal niemożliwe. Konwenty to zorganizowane imprezy, mające miejsce w dużych halach (jak Excel), nie ma tu mowy o szkołach i innych takich. Cena wejściówki oscyluje w granicach 10-30 funtów, w zależności od długości imprezy. Suprise guys - tutaj się nie nocuje w konwentowym budynku. Uczestnicy, którzy chcą wziąć udział w całym wydarzeniu, a nie mają możliwości szybkiego dojazdu, są zmuszeni wykupić sobie hotel. Ma to w sumie swoje plusy i minusy, z jednej strony, można przespać się w ludzkich warunkach, z drugiej jednak, chętnie spędziłabym noc na konwencie, słuchając relacji znajomych, muszę przyznać, że to musi całkiem niezły fun. Sądzicie, że w Polsce jest mało konwentów? Wierutne bzdury. Nie dość by rzec, iż tutaj konwent stanowi "rzadkość". Nawet mieszkając niemal pod samą stolicą, nie jeżdżę na nie częściej, niż raz na pół roku. No ale cóż, to chyba nawet lepiej dla mojego portfela...

Czyżby już wszystko, o czym chciałam pomówić? I guess so. Bodaj jedyną kwestią, której nie poruszyłam, jest postrzeganie naszych zainteresowań przez "resztę" społeczeństwa - nikt tutaj nie robi z siebie biednych i uciemiężonych, chociaż M&A nie cieszy się wielką popularnością, fani są ogółem na tyle sympatyczni, że nie zdążyli wyrobić sobie negatywnej opinii w oczach społeczeństwa. Ja tymczasem wracam do nauki (tudzież...tudzież spróbuję wrócić), bo jutro "angielska matura". Keep crosses, guys!