czwartek, 20 lutego 2014

Od zera do pensjonatu właściciela - recenzja Hanasaku Iroha.

Życie nigdy nie było dla nastoletniej Matsumae Ohany specjalnie proste. Jej ekscentryczna matka, Satsuki, już od czasów maleńkości swojej córki nie szczędziła sobie przyjemności w postaci imprez czy mężczyzn. I choć Satsuki, mimo wszystko, ciężko pracowała na utrzymanie Ohany, to na dziewczynkę spadały wszelkie obowiązki domowe, to ona zawsze sprzątała i gotowała. Niespodziewanie, pewnego dnia, Ohana zostaje postawiona przed faktem dokonanym - rodzicielka wraz z jej nowym chłopakiem uciekają w obawie przed ścigającymi ich pożyczkodawcami. Na wielkie ucieczki nie zabiera się przecież ze sobą dziatwy, toteż młoda Matsumae na pewien okres czasu zamieszka z babcią, w jej rodzinnym pensjonacie. Co prawdopodobnie zszokuje Was równie mocno, jak mnie, na wieść o wyprowadzce, nasza bohaterka bynajmniej się nie zasmuca. Faktem jest bowiem, iż od jakiegoś czasu, nudziło już ją monotonne życie w Tokio, dziewczyna pragnęła jakiejś zmiany, a wyjazd na wieś wydaje się jej idealnym pretekstem do odpoczęcia od stolicowego zgiełku. Jakby emocji było mało, na dzień przed odjazdem Ohany, na odwagę zbiera się jej przyjaciel z dzieciństwa, Kouchi, który informuje ją o swoich długo skrywanych uczuciach. Nieco rozbita, pozostawia chłopaka w niepewności i wyjeżdża. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej na miejscu, gdyż rzeczywistość okazuje się bardzo daleka od sielskiego życia, jakie wyobrażała sobie Ohana. Szybko przekonuje się, iż praca w pensjonacie do najłatwiejszych nie należy, a na każdym kroku towarzyszy jej stres, związany z początkowym brakiem akceptacji ze strony współpracowników i zmianą szkoły.

Pierwszy odcinek jest szklanką zimnej wody, zarówno dla Ohany, jak i dla widza. Realia anime przyzwyczaiły nas do niezłamanych protagonistek, pięknych, idealnych początków i jeszcze lepszych zakończeń. Oczywiście, bywają chlubne wyjątki od tej reguły i ku mojemu miłemu zaskoczeniu, Hanasaku Iroha to grona tychże wyjątków zdecydowanie należy. Choć naszej bohaterce chartu ducha na pewno nie brakuje, miewa ona z początku chwile zwątpienia i załamania. Nauka zawodu idzie jej dość topornie, nie pomaga brak wsparcia ze strony otaczających ją ludzi. Ale nie od razu Kraków zbudowano, prawda? Pewnie! Z czasem, a konkretniej, z odcinka na odcinek, Ohanie idzie coraz lepiej, aż w końcu praca pochłania ją doszczętnie, pozostawiając samą przyjemność z wykonywanego zawodu. Oczywiście, że dalej są chwile lepsze i gorsze, jednak poprawiają się również jej relacje z dziewczętami pracującymi wraz z nią w Kissuiso, pensjonacie babki Ohany oraz resztą pracowników. Powoli obserwujemy ścieżkę dziewczyny prowadzącą przez kolejne trudności, nie ma czasu na nudę, ale akcja nie pędzi jak szalona - wszak mamy do czynienia z okruchami życia, a nie kinem akcji! Jest sympatycznie, czasem słodko, czasem gorzko, tak, jak bywa w prawdziwym życiu. Tak, to przede wszystkim realizm wyróżnia serię z nawału podobnych, a reszta tylko dodaje do całości.

Ohana z początku może wydawać się kolejną, energiczną idealistką i w sumie...dużo od tego opisu nie odbiega. Dziewczyna jest rezolutna, twarda, zdecydowana i charyzmatyczna, nie można odmówić jej uroku, który zjednał sobie moje serce. Dużo mniej ciekawie prezentują się jej koleżanki, typowa tsundere, Minko oraz spokojna, małomówna Nako. Oprócz tej trójki, otrzymujemy również szereg mniej lub bardziej schematycznych postaci, na przykład surowego-choć-wyrozumiałego, młodego kucharza, Tohru, kelnerkę, będąca bodaj na zawsze niezamężną (i mocno ubolewającą z tego powodu) Tomoe czy wujka-popyhadło, Enishiego. Na słowa wspomnienia zasługują za to mama i babcia Ohany. Satsuki szybko okazuje się kimś zdecydowanie innym, niźli niedbającą o córkę, matką-alkoholiczką, jej postać wypadała naprawdę ciekawie, czyniąc ją moją zdecydowaną faworytką. To właśnie jej stanowczość pozwalała na chamowanie charakternej Ohany i coraz to nowszych jej pomysłów, dzięki niej, protagonistce udało się zrozumieć kilka jej błędów i nieprzemyślanych działań. Choć na początku kobiety wydają się zgoła inne, obie prezentują podobne podejście do wnuczki prezentuje również Sui. Babcia okazała się jednak zdecydowanie bardziej surowa i opanowana, niż jej rozrywkowa córka, dla niej zawsze priorytet stanowił pensjonat oraz jego goście. Obie zgrywały się idealnie, tworząc bardzo interesujący i niebanalny duet.

Grafika... No cóż ja mogę rzec. Jest cudowna, ale czegóż innego spodziewać się było można po P.A. Works! Tła, pejzaże, krajobrazy, ni mniej, ni więcej, jak po prostu porażają szczegółowością i swoim pięknem. Projekty postaci cieszą oko schludnością, to samo tyczy się bardzo płynnej i dopracowanej animacji - gołym okiem widać ogrom gotówki włożonej w stronę wizualną, ale myślę, że dla takiego efektu, warto było. Muzyka za to nie wyróżnia się niczym specjalnym, choć dostarczono nam kilka naprawdę ładnych kawałków przewijających się w tle. Obydwa openingi są słodziutkie, wręcz mdlące, spodobał mi się za to pierwszy ending. Na soundtrack składa się mieszanina fletu, gitary, skrzypiec i pianina, czasem bardziej, czasem mniej udana, brakowało mi czegoś wpadającego w ucho, utworu, który pamiętałabym nawet po zakończeniu serii, bez potrzeby ponownego przesłuchiwania OST.

Hanasaku Iroha to wysokiej jakości seria obyczajowa, opływająca w wątki komediowe, dramatyczne, a nawet romantyczne. Mnie seans pochłonął bez reszty, wciągnęły mnie potyczyki Ohany na jej drodze do dorosłego życia. Nietypowa, jak na standardy przyjęte w anime, tematyka, okazała się bardzo trafnym i udanym eksperymentem. Fani gatunku (i nie tylko!) na pewno nie będą zawiedzeni.

Grafika - 10/10
Muzyka - 6/10
Bohaterowie - 7/10
Fabuła - 8/10
Całokształt - 8/10

poniedziałek, 10 lutego 2014

Slajsoflajfy, lesbijki i trochę humoru, wydanie kolejne!

Po takim catchy tytule, spodziewać się można wszystkiego, ale na pewno nie byle czego. Nie przeciągając dłużej tego iście bezsensownego posta - Yuru Yuri dostało nową serię/ovkę/film/who knows! Autorka mangi poinformowała o tym wspaniałym fakcie fanów na jej prywatnym Twitterze, nie podając przy okazji absolutnie żadnych, innych informacji. Kogo to z resztą obchodzi! Po dwóch sezonach dalej chciałam więcej, toteż dość by rzec, iż wiadomość o nowym projekcie niezmiernie mnie ucieszyła. Więcej Kyouko, więcej Akari, więcej Yui, więcej Chitose, więcej loli, więcej lesbijek, więcej tego charakterystycznego humoru!!!!oneoneoneonoe
Tak bardzo tenskniuam.
Czekamy <333333

A tak z nudnych spraw technicznych, to wybywam sobie na tygodiowy szoping do Polski. A właściwie, to ośmiodniowy, a potem prawdopodobnie będę w depresji poszopingowej, expić hińskie bajki porno. Muszę Was zmartwić, bowiem nie będziecie katowani moimi wypocinami przynajmniej do 24 lutego. A teraz idę upajać się wspaniałością serii zapowiedzianych na ten rok. Albo przynajmniej w tym roku. I tak, mam tu na myśli głównie nowy sezon Mushishi.

czwartek, 6 lutego 2014

Dancing in the moonlight - recenzja Hanbun no Tsuki ga Noboru Sora.

Yuuichi Ezaki, znudzony światem licealista, przechodzi właśnie rekonwalescencję po wirusowym zapaleniu wątroby. Los sprawia, iż w tym samym czasie, w tym samym szpitalu, terapię odbywa śliczna Rika Akiba, cierpiąca na Straszną i Skomplikowaną Wadę Serca, Której Nazwy Nikt Nie Pamięta. Niestety, tym razem nie mam dla Was szokujących wieści - tak, to takie proste i sztampowe jak się wydaje, ale czy koniecznie "nieskomplikowane" jest równoznaczne ze "złe"?

Mając do czynienia z serią zaledwie sześcioodcinkową, raczej nie spodziewamy się przesadnie skomplikowanej fabuły. Linia fabularna jest więc rozgałęziona niczym linia metra w Warszawie, jednak w tym wypadku, nie uznaję tego za wadę. Przez sześć odcinków obserwujemy początek i rozwój relacji głównej pary i uwierzcie albo nie, tyle naprawdę wystarczyło aby opowiedzieć zgrabną, dobrze przemyślaną historię. Jest dramat, mamy i Tragiczną Przeszłość™, są mniejsze oraz większe dylematy. Czy tym razem nie wyszło to tak plastikowo, jak zwykle? Cóż, kończą się dobrocie, albowiem nie. Tak, wszyscy wiemy, twórcy chcieli dobrze, ale niestety, historia uderzyła mnie brakiem realizmu, który w każdej produkcji, nie tylko animowanej, cenię sobie ponad wszystko. Całość wydała mi się cokolwiek podkolorozywana i mocno przesłodzona, nie zabrakło typowych, dhramatycznych zwrotów akcji, które niestety wypadły bardzo wymuszenie. Każda scena miała na celu zmuszenie widza do płaczu, i choć oglądałam już serie, którym wychodziło to wybitnie dobrze, tutaj ani na chwilę nie czułam się choćby delikatnie wzruszona. Na całe szczęście, znalazło się również kilka chwil na momenty nieco mniej poważne, które znacznie podnosiły poziom całości - gdyby wyjąć nieustającą gadaninę o zbliżającej się śmierci i nieustępliwe wykrzykiwanie swoich imion w wykonaniu bohaterów (ale muszę przyznać, pod tym drugim względem, HanTsuki nie udało się pobić Tsubasa Chronicle), otrzymalibyśmy całkiem przyjemne okruchy życia w romansowym sosie.

Show częściowo ratują i bohaterowie. Emo-tsundere, Rika, nie wypada wcale tak źle, bowiem zdarzy się jej odpyskować Yuuichiemu czy dorzucić coś od siebie. Jej partner jest natomiast książkowym przykładem Protagonisty Takiego Jak Ty#123242, jednak co ciekawe, dodano mu kilka (niestety, tylko kilka), cech, które czynią go nieco bardziej wiarygodnym od reszty podobnych - jest przede wszystkim ludzki i ludzkie też miewa słabości. Reszta obsady nie zasługuje na słowa wspomnienia, powiem tylko, iż składają się na nią pielęgniarka, Akiko, sceptyczny lekarz, Goro, oraz kilku znajomych Yuuichiego. Zdecydowanie brakowało mi kogoś wyraźniejszego, kogoś, kogo można byłoby polubić, albo chociać zainteresować się jego osobą - postacie są raczej nudne, z drugiej strony, nie ma też elementu irytującego, toteż w tej kwestii pozostanę neutralna.

Proste, acz schludne projekty postaci nie robią większego wrażenia. Pejzaże są zwyczajnie poprawne, tła również, nie zauważyłam też większych spadków w jakości całkiem płynnej animacji. Niewiele mogę za to zarzucić ślicznemu soundtrackowi, obfitującemu w przejmujące i smutne utwory fortepianowe oraz skrzypcowe. Openingu nawet nie pamiętam, ale ending uważam za względnie udany, pasował on do całości i nadawał jej specyficznego klimatu.

Reasumując i to krótko - było nieźle, choć szału nie ma. Serię mogę polecić mało wymagającym miłośnikom nieskomplikowanych historyjek miłosnych, za to zdecydowanie odradzić sceptykom takowych tudzież osobom poszukującym realistycznego dramatu. Mnie historia Yuuichiego i Riki nie ujęła, jednak nie wspominam tego anime źle, wręcz przeciwnie, było ono miłym odmóżdżaczem, uroczą historyjką z początkiem i końcem.

Grafika - 6/10
Muzyka - 7/10
Bohaterowie - 5/10
Fabuła - 5/10
Całokształt - 6/10

Hiyowa plantacja mango.

W przypływie weny, która wystąpiła u mnie po przeczytaniu pewnego komentarza, złapałam za aparat i sfotografowałam porozrzucaną po kilku półkach kolekcję moich mang. Słowem objaśnienia, powstaje sobie w bólach już jakieś dwa-trzy lata i choć mieszkam za granicą, obfituje ona w polskie wydania - preferuję nasz format, jakość oraz cenę, poza tym, chyba warto czasem wesprzeć rodaków. Tak, nawet Yanka. Któż wie, może to on zrewolucjonizuje nasz ryneczek i wyda hucznie zapowiadane light novel. Oddałabym wszystkie pieniądze za takie Bakemono. Marzenia to piękna sprawa.

No aleale!

Tak, jak na osobę mieszkającą w Wielkiej Brytanii od kilku lat, to śmiesznie mały zbiór ich wydań. Ale ten cienki papier i brak obwolut są dla mnie nie do zniesienia. I tak, owszem, przy zakupie Biomegi 5 zupełnie z głowy wypadł mi fakt, iż najpierw wypadałoby nabyć tom czwarty. One day, I gunna get it.
Rezultat próby zebrania wszystkich Narutów. Szojce. I moje skarby od Lee Hyeon-Sook.
 

Kącik fejwritów.

Nie mam pojęcia czemu, ale przejawiam jakąś dziwną słabość w stosunku do mangowego Kuroszita. I Vassalorda. Obecność Pandory wydaje mi się jakoś bardziej uzasadniona.

Gejporno corner#1. No i szojce. I Spice and Wolf, którego muszę w końcu obejrzeć. I Prophecy, ostrzę pazurki na ostatni, długo wyczekiwany tom, przy najbliższej wizycie w Ojczyźnie. Psia mać, ucięło piątego Residenta.

Mój piękny Jeż, dorwany podczas Wanekowego czyszczenia magazynów. Niestety, niedługo po moim zakupie, skończył się im nakład tomu czwartego i piątego, co pozostawiło mnie z tym skromnym komplecikiem oraz zmusiło do przeczytania reszty historii (wraz z tomikami niewydanymi przez Waneko w ogóle) online. Było warto.

I więcej szojców.

Gejporno corner#2. Tom 1, 3 i 15 Marsa został pożyczony na wieczne nieoddanie. Szejm. Za to grzeję już miejsce na trzeci tomik Petshop of Horrors ♥

W bonusie dorzucam skromniutką kolekcję anime.

No i nie umiem nie pochwalić się moją perełką, upchaną pomiędzy zupełnie niezwiązane z tematem książki.
 
Ja wiem, wszystko wiem. Brak Hanami boli. Ale powolutku odkładam sobie na całego, dotychczas wydanego Pluta, który pewnego dnia dumnie stanie na specjalnie przygotowanej półce. Albo w gablocie. Pewnego dnia!

środa, 5 lutego 2014

E-NO-SHI-MA DON! - recenzja Tsuritamy.

Yuki Sanada, aspołeczny i nieco samotny nastolatek, przeprowadza się wraz z babcią na małą, malowniczą wysepkę, zwaną Enoshima. Podejmuje tam naukę w jednej z lokalnych szkół. Niedługo później, do jego nowej klasy dołącza intrygująca i piękna nieznajoma, w której z miejsca... Ah, to szło inaczej. Do klasy Yukiego dołącza bowiem Haru, chłopak wyglądający i zachowujący się cokolwiek niecodziennie - przyznajmy szczerze, jednak nie spotykamy każdego dnia nastoletnich chłopców z akwarium na głowie, podających się za kosmitów, ponadto uzbrojonych w pistolet na wodę... Prawda? PRAWDA? No, w każdym razie, cóż za niezwykłe zaskoczenie, nowy uczeń wyraża osobliwe zainteresowanie naszym protagonistą, choć ten przecież nie wyróżnia się niczym specjalnym. Niestety moje drogie fanki hińskiego gejporno, anime nie postanawia podążyć tą ścieżką, a Haru jedyne, czego chce od Yukiego, to złapanie przezeń jednej ryby. Nie pytajcie mnie, na tym etapie udam, że ja również nie mam pojęcia, po co mu ta cholerna ryba i dlaczego nie może użyć swoich dwóch, sprawnych rąk by złapać ją samemu. Albo chociaż iść do sklepu i nabyć delikwenta. Historia powoli toczy się dalej, podczas gdy nasz duet powoli zaprzyjaźnia się ze sobą oraz kolejną dwójką, pardon, trójką - Usami Natsukim, który to uczy Yukiego (tak, nie wiedzieć czemu, niemal bez wahania zgodził się na prośbę Haru!) wędkarstwa, Yamada Akirą obserwującym "kosmitę" (choć obserwując tego dzieciaka nietrudno uwierzyć, że w istocie mamy do czyniania z prawdziwym kosmitą) i jego kaczką, Tapiocą. Jeżeli przybraliście teraz wyraz twarzy wyrażający bezgraniczne niezrozumienie, pozwolę sobie wręcz je pogłębić - przed państwem jest nie kryminał czy seria tworzona "na fazie", a ciepłe, przemyślane i przezabawne okruchy życia!

Dorastanie i nastoletnie przyjaźnie to temat poruszany w anime tak często, jak Smoleńsk w polskich mediach. Wszyscy znamy, niekoniecznie lubimy, bo ileż można słuchać o "nakama power!11oneone!". Mnie również ciężko zaliczyć do grona fanów tych pociesznych shounenów, toteż wiedząc, czego mam się spodziewać, z lekkim niepokojem zasiadałam do Tsuritamy. I choć z mocno ironicznego, może nawet sceptycznego wstępu, ciężko to wywnioskować, zostałam bardzo mile zaskoczona. Akcja w Tsuritamie toczy się powoli, swoim własnym tempem, a mimo to, widz ani na sekundę nie czuje się znudzony. Czuć ten klimat, ciepło i naturalizm bije wręcz z ekranu. Pytania z początku piętrzą się w niesamowitym tempie, ale lękajcie się - wszystkiego dowiadujemy się w swoim czasie, na wszystko znaleziono chwilę, każdy szczegół został wyjaśniony, nie pozostawiono irytujących niedopowiedzeń, a historię ładnie zamknięto. Nie dodawano na siłę wielkich dramatów ani zagadek - fabuła jest naprawdę prosta, ale to w jej prostocie tkwi siła.

Bohaterów Tsuritamy po prostu nie da się nie polubić. Yuki z początku sprawia wrażenie typowego, stereotypowego, jednak jest przy tym inteligentny i zwyczajnie sympatyczny, łatwy do zrozumienia, ciężko się z nim nie zżyć, a jest to rzadkością wśród protagonistów "tego typu", przynajmniej w moim przypadku. Mimo to, moje serce skradł szalony Haru, przeuroczy i niezwykle przekonujący w swoich czynach, aż zazdroszczę takiej charyzmy czy siły preswazji. I tu nie mamy do czynienia z bohaterem zupełnie typowym, bowiem to nie kolejny, "wesoły idiota", Haru ma łeb na karku i umie myśleć, o czym szybko się przekonujemy. Choć często spychany na drugi plan, w kaszę nie da sobie pluć i Natsuki, który jest zdecydowanie największym realistą z całej obsady, czego absolutnie nie uważam za wadę - często grał rolę "ojca" całej bandy, panując nad nimi i trzymając coraz to nowsze pomysły Haru w ryzach. Z początku enigmatyczny Akira, po poznaniu się z głównym trio, szybko zmienia swoją postawę, lecz na szczęście wypada to równie realistycznie, co cała reszta. Warto wspomnieć jeszcze o babci Yukiego, kobiecie przesympatycznej, inteligentnej i dojrzałej jednocześnie, mającej również całkiem spory wpływ na zachowanie swojego wnuka i jego przyszłe wybory.

Już w pierwszych minutach absolutnie zachwyciła mnie strona audiowizualna anime. Kolory są soczyste, wyraźne, nie żałowano ich w żadnej scenie, każdą scenę oglądałam z nieukrywaną przyjemnością - to był zdecydowanie najlepiej dobrany zabieg, bardzo podkreślający klimat całej serii. W odróżnieniu od tła, projekty postaci może i nie porażają szczegółowością, jednak są charakterystyczne, staranne i niezwykle udane, idealnie wpasowując się w całą resztę. Nieco mniej udanie wypadł soundtrack, jednak ogółem, fletowe i fortepianowe kawałki to kwintesentcja Tsuritamy, słucha się ich równie przyjemnie, jak ogląda całą resztę. Opening, choć ładny, nie zrobił na mnie większego wrażenia, za to pochwalić muszę cudowny ending, pozostawiający uczucie melancholii po obejrzeniu każdego odcinka.

I cóż ja mogę rzec? Tsuritama to wybitnie udana obyczajówka, zarówno bawiąca, jak i prowokująca do chwili nieco mniej poważnych rozważeń, bo może nie na temat celu istnienia, ale chociażby cenności młodzieńczych lat, które przemijają, zanim zdążymy się obejrzeć oraz przyjaźniach w nich zawartych. Idealna seria na poprawę humoru w trakcie chłodnych, zimowych wieczorów - czuć powiew lata i świeżości. Polecam. Tak, chyba wszystkim.

Grafika - 9/10
Muzyka - 7/10
Postacie - 9/10
Fabuła - 8/10
Całokształt - 8/10

niedziela, 2 lutego 2014

Sto poematów i dwa razy tyle różnych emocji - recenzja Chihayafuru.

"Wizja to nie wszystko; trzeba ją połączyć z działaniem. Nie wystarczy wpatrywać się w schody – musimy wspinać się po ich stopniach."
- Vaclav Havel

Świeżo upieczona licealistka, Chihaya Ayase, w swojej nowej szkole postanawia założyć klub karuty, toteż pierwszy dzień spędza na próbach zwerbowania członków. Niestety, nasza śliczna chłopczy- czekaj, klub czego? Ujmując krótko i prosto, karuta to japońska, turniejowa gra karciana, polegająca na zbijaniu kart w rytm wyczytywanych przez lektora poematów. Spokojnie, ogarniecie zasady w trakcie seansu. Wracając do recenzji właściwej, Chihaya nieco załamana opuszcza szkołę, tylko po to, by wnet spotkać przyjaciela z dzieciństwa, Taichiego Amano. Nieświadomie korzystając z uczucia, którym Taichi darzy protagonistkę, dziewczyna włącza go do swojego klubu, co motywuje ją do poszukiwania kolejnych osób. Wraz z rozpoczęciem anime, obserwujemy również serię retrospekcji, podczas której dowiadujemy się co nieco o przeszłości bohaterów i ich początków z karutą. Wszystko zaczęło się od nowo przeniesionego ucznia, Araty Wataya, który to zainspirował żyjącą dotychczas w cieniu siostry Chihayę do gry w karutę oraz to on zapoczątkował drzemiące w niej marzenie odnośnie zostania Królową, czyli osiągnięcia najwyższej rangi w hierarchii karuty. Do ich zespołu dołącza wspomniany wcześniej Taichi, a cała trójka zaprzyjaźnia się niezwykle szybko. Wesołe momenty jednak szybko przemijają - Arata wyjeżdża z powrotem w rodzinne strony, podczas gdy Chihaya i Taichi rozdzielają się z powodu rozpoczęcia nauki w innych gimnazjach. Trywialne, nudne? Ja też tak pomyślałam, bowiem nigdy nie sądziłam, jak taka prosta, urocza historyjka może wciągnąć i niemal uzależnić od siebie widza.

Zawsze popadam niemal w katakonię czytając recenzje do bólu subiektywne. Dopóki sama się tym nie zajęłam, nie wiedziałam, jak trudne jest zachowanie chłodnego obiektywizmu, szczególnie recenzując dzieła, które sami uwielbiamy. Choć dam z siebie wszystko, i ten tekst może zajechać fangirlizmem, za co z góry upraszam o wybaczenie. No, odłóżmy teraz na bok sprawy techniczne, mamy tu anime do zrecenzowania! Naprawdę niesamowitym jest, jak interesująco może wyjść seria, której tematem przewodnim jest gra karciana. Zanim się zorientujemy, zaczynamy z niecierpliwością oczekiwać kolejnego odcinka i wyników poszczególnych meczy, które trzymają w napięciu - twórcy nie szczędzą nam cliff-hangerów bądź twistów fabularnych (jeśli tak można nazwać niespodziewany przebieg meczu). Oprócz meczy, jak można spodziewać się po serii obyczajowych, możemy obserwować potyczki bohaterów w życiu codziennym, ich niesnaski czy troski. Wszystko to wyszło niezwykle realistycznie i przyjemnie, anime jest po prostu ciepłe, budujące, motywujące do znalezienia własnej pasji i kompletnego się jej poświęcenia, na wzór Chihayi. Nie twierdzę, że jest idealnie - czasem przeciągano poszczególne pojedynki
, czasem wiało przesadnym dramatyzmem, jednak w moim odczuciu, takie odbiegi nigdy nie przekroczyły "dopuszczalnej sfery".

Siłą napędową serii są zdecydowanie bohaterowie. Chihaya prezentuje typ narwanej i przesadnie energicznej entuzjastki, Taichi patrzy na świat nieco chłodniej, realistycznej, podczas gdy Arata to trochę stereotypowy, cichy okularnik. Z klubowych kolegów Taichiego i Chihayi dostajemy zakochaną w kimonach Kanade Oe, nieco złośliwego prześmiewcę, Nishida Yuuseia oraz Komano Tsutomu, ni mniej, ni więcej, jak z początku sceptycznie nastawionego do karuty kujona. Równie barwnie prezentują się postacie drugoplanowe, z których wyróżniają się trener Chihayi, Hideo Harada i obecna Królowa, Shinobu Wakamiya. Bohaterów jest oczywiście znacznie więcej, choć większość pojawia się raczej epizodicznie. Mamy ich więc od koloru, do wyboru, każdego nietrudno polubić, a i wczucie się w ich historie nie jest niczym niemożliwym. Choć i niektórzy wypadają nieco sztampowo, są przede wszystkim sympatyczni i naturalni w swoich czynach. Możemy więc obserwować rozwój głównej trójki, zmiany, jakie w nich zachodzą, są widoczne jak na dłoni. Wszytkim udaje się nieco dojrzeć przez całą serię, co mocno wpływa na moją wysoką ocenę tej kategorii.

Czas więc przejść do kwestii technicznych, zacznę może od grafiki. Projekty postaci są śliczne i proporcjonalne, naprawdę cieszą oko. Graficy postarali się o zestaw różnych ubrań dla każdego bohatera, toteż oprócz mundurków i yukat przywdziewanych na meczach, możemy podziwiać ich w różnych strojach - widać przy tym charakterystyczny gust modowy każdego z osobna. Staranne tła (które czasem jednak wyglądają na nieco puste, piję tu głównie do szkolnych pomieszczeń) i płynna animacja, widoczna szczególne podczas pojedynków, tylko dopałniają całości. Na soundtrack składają się niezwykle klimatyczne kawałki, fortepianowe, fletowe, znalazło się i kilka utworów skrzypcowych. Muzyka meczowa jest podniosła, momentami i dramatyczna, we wzruszających - poruszająca, a i podczas zwykłej lekcji w tle zawsze słychać coś ładnego. Zarówno czołówka, jak i ending (zaśpiewany przez niezrównaną seiyuu głównej bohaterki, Seto Asami) wypadły równie udanie.

Wypadałoby jakoś zgrabnie wszystko podsumować - Chihayafuru polecam przede wszystkim fanom serii sportowych, ale to absolutnie nie jest seria kierowana tylko dla nich. Są w niej momenty wzruszenia, jest śmiech, są emocje, a nawet trochę romansu. Jeżeli macie więc ochotę na odprężającą i ciepłą serię obyczajową, trafiliście idealnie. Kto wie, może i Wy skończycie wykrzykując rozemocjonowani "Do boju, Mizusawa!".

Grafika - 8/10
Muzyka - 8/10
Fabuła - 7/10
Bohaterowie - 8/10
Całokształt - 9/10