W każdej dziedzinie życia jest chyba tak samo; wszystko "kiedyś" było lepsze. Nieoczywistym jest wszakże, że takie generalizowanie jest śmieszne. Chyba nikomu nie było lepiej gdy jedzenie było przyrządzane wyłącznie na ogniu, a ludzie gołymi rękoma obdzierali upolowane przez siebie zwierzęta ze skóry. Niewiele osób tęskni również za czasami zaborów wojennych. Osobiście preferuję myślenie przyszłościowe i niezatapianie się w starych czasach, a raczej optymistyczne spoglądanie w przyszłość. Było dobrze, ale to nie znaczy, że teraz może być tylko gorzej. Tylko czy to samo mogę powiedzieć o moich drogich japońskich kreskówkach?

Zima 2017

Swój pierwszy szok przeżyłam już zimą. Z trzydziestu sześciu nowo wydawanych serii, zainteresowana byłam bowiem zaledwie sześcioma, z czego połowę stanowiły kontynuacje. Zostałam więc z zaledwie trzema nowymi tytułami. Kobayashi-san no Maidragon wyłączyłam po kilku minutach. Tytuł co prawda obrósł w liczne memy, jednak po recenzjach przeczytanych po zakończeniu emisji utwierdziłam się tylko w przekonaniu co do słuszności swojej decyzji. Podobny los spotkał Urara Meirochou. Masamune-kun no Revenge brzmiało żałośnie już z tytułu, z Gintamą i tak jestem już bardzo do tyłu.

Zaintrygowało mnie natomiast Kuzu no Honkai. Oto dostaliśmy niemożliwe - uczniów szkoły średniej podchodzących do relacji fizycznych z równieśnikami w sposób, w jaki zachowaliby się (prawie) normalni ludzie. O ile zwyczajowe zachowania w takich typu seriach można tłumaczyć różnicami kulturowymi pomiędzy zachodem, a Japonią, ciężko uwierzyć, że tamtejsi nastolatkowie płoną w rumieńcach na samą myśl o złapaniu ukochanej osoby za rękę, co tu mówić o pikantniejszych sprawach, jak pocałunkach w policzek lub zwracaniu się do nich po imieniu (!). Mugi i Hanabi, choć zakochani w innych osobach, przejawiali typową dla młodych ludzi w ich wieku ciekawość ciała płci przeciwnej oraz zrozumiałą dla samotnych nastolatków potrzebę fizycznej bliskości. Niestety, jak to z większością nieźle zapowiadających się romansów, wszystkim gdzieś po drodze kompletnie odbiło i obrzucono nas wyłącznie stertą idiotycznych decyzji, jak i bezsensownym zakończeniem. Spoglądanie na poczynania tych kretynów dzieciaków zaczęło przysparzać mi fizycznego bólu od mniej-więcej połowy serii, a czasem budzę się w nocy z krzykiem na samo wspomnienie finalnego odcinka. 

Otrzymaliśmy jednak prawdziwe dary z nieba, klejnoty w tej ogromnej, śmierdzącej kupie łajna. Shouwa Genroku Rakugo Shinjuu, seria w której zakochałam się rok temu, otrzymała bowiem sezon drugi. Choć do pewnego stopnia zgadzam się z krytyką "twistu" odcinka finalnego, wciąż nie umiem powiedzieć złego słowa na temat tej perełki. To po prostu miłość. Czy pamiętam cokolwiek innego z tego sezonu? Za cholerę.

Wiosna 2017

Kryzys egzystencjalny czekał na mnie jednak dopiero w momencie w którym zorientowałam się, iż jedyną oglądaną przeze mnie sezonówką jest Shingeki no Kyojin. Ale po kolei. Załamana zimą, nie przyłożyłam się zbytnio do rozeznania się w nowym sezonie i tak oto skończyłam z niczym. Zgorszona hitami podrzędnych fanpejdży z nieśmiesznymi memami, takimi jak Eromanga Sensei, Re:Creators (po którego pierwszym odcinku miałam ochotę wybrać się na chemioterapię) czy nowe DanMachi, obejrzałam sobie... Berserka 2. Kosztowało mnie to co prawda parę potyczek z mikserem,  gdy mój współoglądający próbował powstrzymać mnie od wydłubania sobie oczu, ale Griffith did nothing wrong i czekamy na sezon trzeci.

Drugi paragraf nie istniałby gdybym pod sam koniec nie zauważyła, iż wydawany był również drugi sezon przecudownej serii obyczajowej, Uchouten Kazoku. Zapewne niewielu z was przypomina to sobie, jednak w dawnych czasach, jakimi był rok 2013, rocznie wypuszczano więcej niż dwie serie zdatne do oglądania, a lato obdarowało nas taką też perełką (jak i KamiNomi 3, Gin no Saji, Genshikenem 3, Gatchaman Crowds oraz... Danganronpą [iks de]). Choć naprawdę uśmiech mi przy seansie nie schodził, a sympatią do głównego bohatera i niefrasobliwej Benten pałałam gorąco przez wiele miesięcy, nigdy nie oczekiwałam, iż cztery lata później będzie mi dane poznać dalsze ich losy. Kontynuacja jest nie tylko udana, ba, pod wieloma względami wręcz przewyższa serię pierwszą (i nie mówię tego wyłącznie z deficytu dobrych bajek!). Naprawdę z przyjemnością słuchało mi się inteligentnych rozważań Yasaburo i przyglądało rozwojowi jego życia. A nuż kiedyś dostaniemy jeszcze więcej; mam na to ogromną nadzieję.

Ciąg dalszy nastąpi.
(Ale co powinnam nadrobić w międzyczasie?)
Są takie rzeczy o których myślimy, w pewien sposób się z nimi sympatyzujemy, ale podświadomie zakładamy, że nigdy nie przytrafią się nam. Choroby, tragedie, wypadki. Często nie myślimy nawet o tym jak wielkie szczęście mamy, iż nic podobnego nigdy nie stanęło na naszej drodze. Mało kto zatrzymuje się aby docenić swoją bezproblemową codzienność. Czasem może jednak nadejść dzień w którym tego pożałujemy. Każde z nas kiedyś zatęskni za tymi pozornie zwyczajnymi i codziennymi chwilami. Niestety, wszystkich nas zabraknie, lecz jedni odchodzą szybciej od innych. W październiku zeszłego roku straciłam swojego najbliższego powiernika, moją najbliższą przyjaciółkę. Była ze mną we wszystkich trudnych momentach; problemy w szkole, kłótnie z rówieśnikami lub rodzicami, dorastanie, w końcu przeprowadzka do zupełnie innego kraju, wyobcowanie, brak akceptacji ze strony otoczenia, jak i samej siebie w stosunku do samej siebie. Opowiadałam jej oczywiście również o moich sukcesach, marzeniach, przyjaźniach, pierwszej miłości. Nie umiała mówić, jednak zawsze słuchała. Przyprowadziła moją mamę, gdy zemdlałam we własnym pokoju. Przytuliła kiedy płakałam z tęsknoty za starym życiem. Sama nie miała nic, ale wiem, że oddałaby mi wszystko. Moja kotka skończyłaby dziś dwanaście lat, gdyby tylko nie pokonała jej choroba.

Straciła apetyt i chodziła osowiała. W momencie w którym przestałam zauważać, aby z miski znikało jakiekolwiek jedzenie, zaniepokojona zawiozłam ją do weterynarza. Spodziewałam się czegoś niezbyt poważnego; stres, problemy z żołądkiem, może zwykły bunt na "nieodpowiednie" jedzenie. Lekarz długo jednak milczał. W końcu usłyszałam słowa, których nie powtórzyłam nikomu prócz moim rodzicom przez wiele tygodni i na których dźwięk do dzisiaj napawa mnie smutek - rak jelita. Moja mała, puszysta kuleczka miała nowotwór. Nigdy nie zamierzałam ot, po prostu się załamać i poddać. Zabrałam ją do trzech innych lekarzy; diagnoza zawsze była taka sama. Przez kilka dni otrzymywała kroplówki i zastrzyki z witaminami. Przeszła wiele prześwietleń oraz najróżniejszych badań. Wciąż odmawiała jednak jedzenia, a po powrocie do domu zazwyczaj leniwie wciągała się na moje łóżko i spała całymi godzinami. Zostały już tylko dwie opcje - ryzykowna operacja lub powolne czekanie na nieubłagalne. Nie potrafiłabym nigdy więcej spojrzeć na siebie w lustrze gdybym pozwoliła jej odejść ze świadomością, że mogła istnieć jakaś opcja żeby jej pomóc. Weterynarz obiecał mi, iż zrobi wszystko, co w jego mocy. Przez dwie godziny siedziałam wpatrując się bez ruchu w telefon. Po raz kolejny w krótkim odstępie czasu usłyszałam coś, na czego dźwięk uszło ze mnie życie. Nowotwór strawił praktycznie cały jej organizm. Przerzuty były wszędzie, nawet na mięśniach. Moja malutka musiała niewyobrażalnie cierpieć z każdym ruchem. Dostała środki przeciwbólowe i spała w drugim pomieszczeniu. Przede mną została jednak decyzja której nie życzę nawet najgorszemu wrogowi. Musiałam zdecydować o życiu drugiej istoty.

Nie uważam, że to humanitarne ani jakoby jakikolwiek człowiek miał prawo bawić się w boga. Nigdy nie wybaczę sobie podpisania tamtej zgody. Wiem, że to było dla niej najlepsze i oszczędziłam jej kolejnych dni cierpienia, bowiem jej organizm i tak był na skraju wytrzymałości. Nie umiem jednak zapomnieć tych zmęczonych, niebieskich oczek które wpatrywały się we mnie kiedy lekarz podawał jej zastrzyk. Uspokaja mnie natomiast wspomnienie cichego westchnięcia i zrelaksowanej mordki, gdy zasypiała. A także myśl, że nic na tym świecie nigdy nie przysporzy jej już cierpienia. Nigdy.

Doceniajcie każdy pospolity moment ze swoimi bliskimi, nawet jeśli chodzą na czterech łapach. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie to ten ostatni.



O swoich najbliższych nie zapomina się nigdy, ale czas leczy rany. W moim wypadku uleczyły je jednak... koty. Po tygodniach zaszycia się w domu i udawania na wyłącznie niezbędne wyprawy, dostałam pewien bardzo specjalny prezent świąteczny. Ów prezent miał parę płaskich uszek, krótki, szary ogonek oraz ważył nie więcej niż pół kilo. Mała, biała kuleczka była po trudnych przejściach, podobnie jak ja; odseperowana od mamy zdecydowanie za szybko, karmiona przez pseudohodowcę resztkami ludzkiego jedzenia i gotowanymi ziemniakami, zapchlona. Opieka nad przestraszonym szkrabem bardzo pomogła mi w skupieniu myśli na czymś innym. Nazwana na cześć popularności jej rasy na Ukrainie, niespełna dwumiesięczna Nataszka nie umiała nawet miauczeć, toteż skrzeczała pod drzwiami łazienki gdy tylko śmiałam zniknąć na dłużej niż dziesięć sekund. Więź z tym maluszkiem przywróciła mi radość. Nataszka jednak rosła i musiałam znaleźć rozwiązanie jej największego problemu - strachem przed byciem zostawioną na zawsze gdy tylko musiałam wyjść z domu. Trzy miesiące od pojawienia się jej w naszym domu, pojechałam do domu kobiety z którą umawiałam się przez internet. Zastałam tam wielki kojec pełen zabawek, poduszeczek i smakołyków, ale przede wszystkim z czwórką puchatych kuleczek. Tam spotkałam trzecią z moich najlepszych przyjaciółek i powierniczek - Grażynkę (zawdzięczającą swoje imię kreatywności mojej rodzicielki). W wieku trzech i pół miesiąca, bo tak duży musi być kociak aby mógł zostać zabrany od mamy, po raz pierwszy zawitała w moim domu. Początku były trudne; Nataszka okazała się, delikatnie mówiąc, niezbyt zachwycona nowym domownikiem. Z dnia na dzień przekonywała się jednak, że taka młodsza siostra to jednak całkiem fajna zabawa (no i dwie miseczki z jedzeniem, wszakże nikt nie zauważy, że Grażynka ze swojej zjadła tylko pół, zanim została delikatnie odsunięta). 

Nieważne w jak ciemnym znajdujemy się miejscu; lepszy czas na pewno nastąpi. 
A przynajmniej tak wmawiają sobie na pewno moje kotki, gdy kończy się jedzenie, ale widzą stos puszek na szafce.

Od lewej, Grażynka i Nataszka.

"Kot ma zbyt wielką duszę, by nie mieć serca"
Następny PostNowsze posty Poprzedni postStarsze posty Strona główna