Uprzejmuję informuję, iż poniższa recenzja będzie absolutnie subiektywna i kompletnie wyprana z resztek chociażby obiektywizmu. Chociaż obiecuję powściągnąć siedzącą we mnie psychofankę tytułu, nie biorę odpowiedzialności za konsekwencje. Zostaliście ostrzeżeni. I, raz, dwa, trzy...

Jak powiadają, każda dziewczynka marzy o byciu księżniczką. Nie inaczej było w przypadku
Tsukimi Kurashity. Od małego wierzyła, iż pewnego dnia rozwinie skrzydła niczym piękny motyl, porażając świat swoim wdziękiem i blaskiem. Niestety, coś po drodze nie wyszło, a naszej bohaterce przeszedł trochę zapał. Nigdy za to nie porzuciła miłości do meduz, odziedziczonej po swojej zmarłaj matce. I w tym miejscu bajka się kończy, a zaczyna szarawa, choć może nie aż tak rzeczywistość. Osiemnastoletnia Tsukimi zamieszkuje bowiem w bardzo nietypowej posiadłości, zwanej Amamizu-kan. Nie, niestety, nie stała się panią haremu. Nie mieszka również w szpitalu psychiatrycznym, jednak do tego zdecydowanie jej lokum bliżej. Otóż wśród jej wspólkolatorek znajdziemy okazy wybitnie zdziwaczałe, piątkę kobiet-otaku (określających się mianem Mniszek), z czego każda zafascynowana jest czymś zgoła jednym, a łączą je dwie rzeczy: szczera nienawiść do mężczyzn oraz niemożność wpasowania się w standardy świata zewnętrznego. Oczywiście, musimy pamiętać, iż znajdujemy się w świecie anime, toteż życie naszych bohaterek w żadnym razie nie może być takie beztroskie. O nie, potrzebujemy tu jakiegoś punktu zwrotnego. Spokojnie, Brains Base nie każe nam długo na niego czekać - już w pierwszym odcinku, młoda miłośniczka meduz wyrusza na nocną wycieczkę, podczas której spotyka zachwycającą piękność - meduzę z gatunku Mastigias papua, którą z miejsca nazywa Clarą. Ku jej rozpaczy, właściciel sklepu zoologicznego stanowczo odmawia sprzedaży o tak nieludzkiej porze i po kilku płomiennych próbach negocjacji, Tsukimi postanawia udać się z powrotem do domu. Wten, niczym rycerz na białym koniu, zjawia się kolejna istota wyjątkowej urody, szybko zakfalifikowana przez protagonistkę jako "modna osoba". Nieznajoma kobieta, używając swoich wdzięków, przekonuje krnąbrnego sprzedawcę do dokonania transakcji. Chcąc nie chcąc, Kurashita wraca do Amamizu-kan wraz z nowym zwierzątkiem oraz gościem, który mimo jej głośnych protestów, zasypia na podłodze. Następnego ranka, Tsukimi leniwie przeciera oczy, tylko po to, by przy oknie, w swoim własnym pokoju, w którym nigdy nie postała noga mężczyzny, siedzi półnagi facet. I co, co dalej, jaki facet, co z kobietą, o co chodzi, aaaa... ja zjadłbym frytki...? Nie zdradzę nic więcej, przekonacie się sami!

Po przydługim, acz obfitującym w wymyślne epitety opisie, przydałyby się jakieś konkrety, wszak to akurat każdy widzi i słyszy. Już chyba tradycyjnie, pozwolę sobie wyrazić swoją opinię na temat prowadzenia fabuły i tak dalej. Żeby nie było, że zaślepia mnie dzika i bezwarunkowa miłość do tego tytułu - posiada on jedną, acz bardzo poważną wadę. Kuragehime jest w istocie reklamówką mangi, bezczelnie urwaną w istotnym momencie, kiedy to sprawy dopiero zaczynają nabierać tempa. Całość prowadzono bardzo zgrabnie, pokolei przestawiając coraz to nowsze wydarzenia, pytania, a nawet tajemnice się piętrzyły, widz siedział już jak z pełnym pęcherzem, a tu suprise! Ostatni odcinek. Tak się po prostu nie robi, nie daje się  komuś ciastka, patrzy, jak ten powoli oblizuje lukier, dobiera się do wnętrza, a potem je wyrywa, gdy ten próbuje sięgnąć po nadzienie. Mimo wszystko, ogrom plusów zdecydowanie przeważa i to na nich wolę się skupić. Przede wszystkim - humor! Obecny od pierwszej sceny, perfekcyjnie przeniesiony z kart mangi. Nareszcie coś bez seksualnych nawiązań w każdej scenie, fanserwisu, slapsticku czy po prostu jednej wielkiej sztampy i powtarzalności. Gagi są świeże i autentycznie bawiące, wytykają, ale nie brutalnie prześmiewają poczynania bohaterów. Owszem, pojawia się trochę scen, gdy postacie przybierają formę super deformed, oszczędzono nam standardowego trzepania gazetą po głowach i tak dalej. Występuje sporo nawiązań do japońskiej popkultury oraz nietypowych zainteresowań kobiet z Amamizu-kan. Nie zawsze jest aż tak wesoło, bowiem seria skupia się również na dorastaniu i problemie radzenia sobie z odpowiedzialnością, jaka się z tym wiążę. Na próżno jednak szukać wstawek dramatycznych, całość utrzymuję się w ryzach okruchów życia. Oprócz tego, wprowadzono delikatny wątek romantyczny, powoli rozwijający się już od początkowych odcinków.

Chyba mogę przejść do wisienki na torcie i nareszcie zdradzić Wam, czym takim interesują się bohaterki. Skoro to nietypowa recenzja, niech i format będzie nietypowy, a każda z postaci dostanie trochę więcej niż zazwyczaj miejsca.




Tsukimi Kurashita
Protagonistka, zapalona miłośniczka meduz i rysowniczka tychże. Od dziecka jej największą inspiracją oraz modelem idealnego człowieka była młodo zmarła matka, po której pozostały tylko wspomnienia ze wspólnych wypadów do oceanarium. Najmłodsza z mniszek.







Kuranosuke Koibuchi
Syn polityka, "po godzinach" przebierający się za kobietę. Okazuje w ten sposób rebelię przeciwko sztywnym zasadom i nieuchronnemu przeznaczeniu, jakie zgotował mu los. "Modny człowiek", rozchwytywany i bardzo urodziwy chłopak. Swoją płeć, za radą Tsukimi, trzyma w sekrecie przed Mniszkami.






Chieko
Córka właścicielki Amamizu-kan, swoista przywódczyni Mniszek i najstarsza z nich. Jej pasją są kimona, które własnoręcznie szyje i którymi też przystraja lalki zamieszkujące jej pokój. Stanowcza, acz sympatyczna i wyrozumiała, odgrywająca rolę "matki" kobiet.







Jiji
Jedna ze starszych, prawdopodobnie najstarsza zaraz po Chieko, Mniszka. Obsesyjnie interesuje się starszymi mężczyznami, których może obserwować całymi dniami. Spokoja i nieco nieśmiała, oddana swoim przyjaciółkom z Amamizu-kan.







Banba
Tajemnicza wielbicielka pociągów, wiecznie skrywająca się za bujną czupryną, która, jak przekonuje, jest stuprocentowo naturalna. Tak, to naprawdę jest kobieta. Cicha, lecz często cyniczna, wykazująca się sarkastycznym poczuciem humoru.


Mayaya
Prawdopodobnie rówieśniczka Tsukimi, bodaj najbardziej szalona i nieprzewidywalna mniszka, zafascynowana Sanguo Zhi, kolekcjunojąca wszystko, co z tą Kroniką związane. Powierniczka Tsukimi, gotowa służyć dobrą radą.






Shuu Koibuchi
Starszy brat Kuranosuke, wydający się przejawiać ciepłe uczucia w stosunku do Tsukimi. Nieporadny i w niczym niepodobny do swojego braciszka, nazywany zresztą przez niego "wiecznym prawiczkiem". Co tu dużo mówić, w wieku trzydziestu lat, dalej mieszka z ojcem.




Czas nieco spoważnieć i przejść do kwestii technicznych. Projekty postaci zostały wiernie przeniesione z mangowego pierwowzoru, nie różniąc się do tegoż niemal niczym. Zachowano rozsądek w proporcjach oraz przy rysowaniu ich twarzy czy odzienia, gołym okiem widać różnicę pomiędzy tymi mniej i bardziej obdarzonymi urodą. Kuranosuke w istocie jest tak piękny, jak wszyscy wokół niego twierdzą, a Tsukimi rzeczywiście sporo zyskuje w stosowniejszej fryzurze, ubraniach czy makijażu. Miło również patrzeć na wymyślne stroje cross dressera, zmieniające się w każdym odcinku, a nawet scenie. Tła są schludne, bywają za to przesadnie puste lub sterylne. Jak można się spodziewać po serii obyczajowej, muzyka w tle niestety nie zwala z nóg różnorodnością, aczkolwiek bardzo nadrabia to czołówka i piosenka towarzysząca napisom końcowym, zarówno muzycznie, jak i graficznie. Na dodatkowe słowa wspomniena zasługuje właśnie ending, bardzo przemujący oraz poruszający, w którym podmiot liryczny próbuje uświadomić ukochanej, jaka jest piękna, co dobrze nawiązuje do całej serii.

Już wiecie, komu polecam, prawda? Wszystkim, bez wyjątku. Nie widzę konkretnej grupy osób, którym mogłaby nie przypaść do gustu tak naturalnie ciepła i przezabawna seria, poruszająca kilka istotnych w dzisiejszych czasach problemów, co uprzednio już wyjaśniłam. Gorąco rekomenduję również mangę, kontynującą losy naszych bohaterów, nie ustępująca (cóż, raczej anime nie ustępuje mandze) serialowi pod żadnym względem.

Fabuła - 8/10
Bohaterowie - 10/10
Grafika - 7/10
Muzyka - 7/10
Całokształt - 9/10
Lato 2011. Jeżeli ktokolwiek z Was, drodzy czytelnicy, śledził omawiany sezon wydawniczy na bieżąco, za co go pamięta? Obstawiam Mayo Chiki!, No.6, Usagi Drop, UtaPrinsy, Yuru Yuri czy nawet Mawaru Penguindrum, (nie)sławne Blood-C tudzież Natsume Yuujinchou San. Mało kto pewnie wie, iż w tym samym czasie emitowano również najnowszą ówcześnie pozycję od samego Gainaxu, Dantalian no Shoka. Dziś zmienię ten stan rzeczy. Przenieśmy się więc w czasy nieco mniej współczesne. Anglia, dwudziesty wiek, zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Anthony Hugh Disward, emerytowany pilot (co nie znaczy, iż za protagonistę dostaliśmy starszego pana, skąd, to by się nie sprzedało) dziedziczy po swoim zmarłym dziadku posiadłość. Był to raczej nieoczekiwany dar, gdyż Huey (tak nakazuje na siebie mówić) nigdy nie utrzymywał bliższego kontaktu z tymże członkiem rodziny. Kiedy nasz zmęczony podróżnik przybywa na rzeczone miejsce i otwiera wrota pięknej willi, postanawia uciąć sobie przerwę na herbatkę oraz zwiedzić swój nowy dom. Odkrywając coraz to nowsze pomieszczenia, dociera w końcu do biblioteki, pięknej, pełnej rzadko spotykanych ksiąg i bardzo zadbanej. Czas na plottwist! W bibilotece siedzi bowiem loli. Kiedy otrzecie już opluty ekran i przejdą Wam szaleńcze spazmy śmiechu, kontynuujcie, proszę, czytanie.  Nasza urocza loli przedstawia się jako Dalian i szybko dowiadujemy się, iż nie była nieślubną córką, albo jeszcze lepiej, młodą kochanką dziadka Anthony'ego, a jak sama tłumaczy, Kuro Yomihime, czyli Czarną Księżniczką. Sielanka spędzona na podgryzaniu ciastek przez główną parkę szybko się kończy - zostają zaatakowani przez bliżej nieokreśloną postać. Dalian, zmuszona do szybkiego wytłumaczenia sytuacji, objaśnia Huey'owi, iż sama nie jest człowiekiem, a biblioteką, mieszczącą w sobie 900,666 Zakazanych Ksiąg, których winna jest obraniać przed światem zewnętrznym po kres swoich dni. Postawiony przed faktem dokonanym, nasz idealistyczny protagonista zawiązuje z nią kontrakt i staje się Klucznikiem małej tsundere. Od teraz czekać ich będzie wiele niebezpieczeństw oraz podróży w poszukiwaniu kolejnych, Zakazanych Ksiąg.

Jak powiadają, zakazany owoc smakuje najlepiej. Nie inaczej sądzą postacie poboczne Dantalian no Shoka. Seria składa się z niemal niepowiązanych ze sobą historii, podczas których najróżniejsze osoby skuszone możliwościami, jakie dają im poszczególne Księgi, są kolejno ratowane (albo i nie) przez duet składający się z Klucznika i Księżniczki Biblioteki. Dlaczego nie po prostu "Hugha i Dalian"? Spieszę z wyjaśnieniem. Wraz z postępem kolejnych odcinków, zostają nam przedstawione kolejne dwie pary, o których głębiej pomówię za chwilę. Schemat większości historyjek jest bardzo podobny, aczkolwiek epizodyczność wyszła serii na zdecydowany plus - każdy arc dostał wystarczającą ilość czasu ekranowego by ani nie znudzić, ani nie pozostawić widza bez niezbędnych do zrozumienia całości wyjaśnień. W każdej historii bohater motywowany jest innymi, mniej lub bardziej samolubnymi, pobutkami, na miejsce przybywa para specjalistów od tego typu problemów i sprawa zostaje zażegnana (albo i nie!). Stosunkowo niewiele dowiadujemy się niestety o protagonistach, podane nam informacje są szczątkowe, choć wystarczające, by nie czuć kompletnego zdezorientowania w ich sytuacji. Całej serii zabrakło też nieco głębi, oprócz przedstawienia słabej natury człowieka, nie skupia się na niczym konkretnym i stanowi niemal czystą rozrywkę. Samotność, odrzucenie, izolacja, dyskryminacja czy bezsilność to tematy poruszane bardzo powierzchownie, często tylko liznięte. Szkoda, bo potencjał był, jednak został dość szybko zgaszony. Właśnie to dosyć mocno zaważa na mojej ocenie, która w innym przypadku byłaby znacząco wyższa. Mimo jednak wszystko, każdy pojedynczy odcinek oglądałam z nieukrywaną przyjemnością, napawając się wspaniałym, magicznym klimatem, dość często pojawiającym humorem i zaskakującymi rozwiązaniami wielu zagadek.

Jak wspomniałam już w początkowym akapicie, Huey jest typowym idealistą, gotowym z heroicznym krzykiem na ustach biec każdemu nieszczęśnikowi w potrzebie. Dzielnie znosi humorki Dalian, aczkolwiek umie tupnąć nogą i utrzymać małą przyjaciółkę w ryzach. Zakochana w słodkościach Księżniczka, to typowa tsundere, pozornie oschła, a w głębi ducha bardzo dbająca o Hugha. Ich przyjacielska relacja wypadła bardzo naturalnie, od początku nie obiecywała wątku romantycznego i dzięki niebisom, do samego końca nam go nie dała. Najłatwiej mogę to przyrównać do stosunków starszego brata i młodszej siostry, Huey troszczy się o Dalian, przygotowując jej posiłki czy dbając o jej komfort. O dwóch kolejnych parach nie dowiadujemy się w zasadzie niemal niczego. Nosząca kaftan bezpieczeństwa Flamberge (zwana również Flam) to arogancka Srebrna Księżniczka i partnerka cynicznego Hala jednocześnie. Nienaturalnie spokojna Rasiel, Czerwona Księżniczka i jej Klucznik, Profesor, wydają się jakby odbiciem lustrzanym głównej pary. Z postaci drugoplanowych, które pojawiają się w więcej niż jednym odcinku, wymienić mogę przyjaciela protagonisty z wojska, Armanda oraz jego przyjaciółkę z dzieciństwa, Camillę. Bohaterowie, choć w wielu przypadkach dość sztampowi, stanowią sympatyczne i dobrze dobrane, a szczególnie w przypadku duetu głównych - uzupełniające się grono.

Zdecydowanie najbardziej udaną stroną Dantalian no Shoka to strona audiowizualna. Krajobrazy zapierają dech w piersiach już od pierwszych scen, projekty postaci cieszą oko różnorodnością i dbałością o szczegóły przy rysowaniu strojów. Kolory są żywe, soczyste, zachwycają. Bodaj jeszcze lepiej, gdyby nie fakt, iż nieco zbyt powtarzalna w wielu scenach, wypadłaby muzyka. Łaciński utwór otwierający każdy odcinek zaliczam do pierwszej piątki na liście moich ulubionych openingów, a ending jest zdecydowanie najbardziej klimatycznym endingiem, z jakim spotkałam się w jakimkolwiek anime, pozostawiający uczucie niepokoju, może nawet strachu, czemu przysłużyła się oryginalny teledysk i przenikający głos wokalistki. Absolutnie przepiękny soundtrack obfituje w skrzypce, fortepian, organy oraz flet, gdyby nie wspomniany już brak różnorodności, otrzymałby ode mnie maksymalne noty. Na pewno za to idealnie dobrano go do każdej ze scen, podkreślając wyjątkowy, magiczny klimat całej serii.

Przy dźwiękach przesłuchiwanej po raz setny czołówki, docieram do konkluzji. Dla kogo to i z czym toto jeść?  Myślę, że każdy znajdzie tu coś dobrego dla siebie. Odradzić mogę jedynie poszukiwaczom poważnego kryminału, z bardzo skomplikowaną oraz nietypową intrygą, najlepiej w realiach rzeczywistych. To niewątpliwie śliczna i wciągająca bajka, która mnie urzekła swoją prostolijnością oraz wspaniałym wybrnięciem z dość oklepanych schematów, użytych przy projekcie charakterów postaci. Ideał na odcięcie się od nudnej, szarej rzeczywistości.

Fabuła - 7/10
Bohaterowie - 6/10
Grafika - 9/10
Muzyka - 9/10
Całokształt - 8/10
Czas leci. Czasem robi to szybciej, niż byśmy sobie tego życzyli, a czasem wręcz przeciwnie, zdaje się ciągnąć w nieskończoność. I tak oto sezon zimowy już za pasem, a ja w myślach dalej mam pierwsze odcinki, nie mogąc wyjść z podziwu, iż obejrzałam właśnie końcówki zimowych serii. Gdybym za dwa lata została zapytana o zimę 2014, prawdopodobnie pierwszym co przyszłoby mi na myśl, byłyby niesamowicie wysokie (jak na tę porę roku, oczywiście) temperatury, utrzymujące się niemal od grudnia. Nie zrozumcie mnie źle, nie uznaję minionego sezonu za sezon skrajnie nieudany. Na pewno mam go za to za okrutnie przeciętny i rozczarowujący pod wieloma względami. Dobrze zapowiadające się serie, jak zwykle okazały się mniejszymi lub większymi gniotami, tudzież w najlepszym przypadku - przeciętniakami, co poniekąd odbiera przyjemność z oglądania "pewniaków". Bywały miłe i te nieco mniej przyjemne zaskoczenia, jednak w ostatecznym rozrachunku, cały sezon wypadł cokolwiek blado w porównaniu do kilku poprzednich. Przy takim ogromie tytułów, szokuje mnie fakt, iż zaledwie dwa lub trzy wypadły ponadprzeciętnie. No dobrze, dość już tego ogólnikowego gadania, skupmy się na poszczególnych seriach. Pozwolę sobie zacząć od "resztek" z sezonu jesiennego 2013, których to oglądanie miałam okazje kontynuuować w tym roku. Let's start the butthurt.


Diamond no Ace
Niestety, w tym wypadku jestem zmuszona do wyrażenia swojej opinii przed zakończeniem emisji, jednakże w dalszym ciągu nie wiadomo, ile seria będzie miała odcinków (sugerując się ilością tomów mangi, możemy się spodziewać nawet tasiemca). Będąc szczerą, nie cierpię baseballu, nigdy do końca nie zagłębiałam się w jego tajniki (toteż na dobrą sprawę nie znam jego zasad), jednak chyba właśnie to zmotywowały mnie do rozpoczęcia serii traktującej o takiej, a nie innej tematyce. Mając porównanie z dużo popularniejszym Kuroko no Basuke, naprawdę nie jestem zawiedziona. Nie ma tu miejsca dla supermocy, nakama power w każdym epizocie czy nienaturalnych power-upów w trakcie gry. Bohaterowie zawzięcie dążą do celu i wypadają w tym dosyć naturalnie. Przeszkadza mi bodaj tylko grafika (konkretnie projekty postaci), bowiem ciężko odróżnić poszczególnych bohaterów oraz spora przewidywalność. Na dzień dzisiejszy, mocne 6/10, przyjemne toto w odbiorze, zapewnia mi dwadzieścia minut rozrywki tygodniowo, a to wszystko, czego od tego anime wymagałam.

Golden Time
To było... Okrutne. Zapytać możecie "to na cholerę, masochistko jedna, oglądałaś?". Otóż odpowiedź jest prosta - byłam niezmiernie ciekawa absurdów, jakie zaserwują nam twórcy w kolejnych epizodach. Poziom głupoty i wszechobecnego bezsensu w prowadzeniu fabuły, jej rozwoju oraz zachowaniach postaci, wzrastał z odcinka na odcinek. Oficjalnie obwieszczam Koko najbardziej irytującą postacią roku 2013, a na drugim miejscu stawiam Banriego. Niby dorośli ludzie, a zachowywali się gorzej, niźli wielu nastolatków w seriach szkolnych. Umiejscowienie akcji na studiach dało mi płonne nadzieje na coś mniej sztampowego i chyba przez to moje rozczarowanie było tak wielkie. Muzyka... Cóż, myślę, że lepiej byłoby, gdyby w ogóle się nie pojawiła, bowiem moje uszy niemiłosiernie krwawiły słysząc obydwa openingi i endingi. Nie wiem czemu, może za Lindę, może za buźkę Mitsuo, a może za całkiem przyzwoity humor w początkowych odcinkach - 3/10. A może ja naprawdę jestem masochistką.





Kill la Kill
Coming soon, mam za dużo do napisania na temat tej serii, aby nudzić Was tymi wypocinami w tym momencie. Chyba pokuszę się o pełną recenzję. Bo przecież czemu nie.
8/10












Kuroko no Basuke 2nd Season
Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby połączyć Dragon Balla, Naruto, Toaru Majutsu no Index, Fairy Tail i zrobić z tego serię o...koszykówce? Jak bardzo nie pałałabym gorącym uczuciem do pierwszej serii, poziom supermocy i nakama power po prostu mnie w nowym Kurobasu przerósł. I choć gagi w dalszym ciągu pozostawały całkiem zabawne, to stężenie nudy, spowodowane przeciąganiem niemal wszystkich meczy w nieskończoność, zabiło we mnie resztki subiektywności. Świetny początek obiecywał godną kontynuację dobrej serii, niestety, im dalej w las, tym gorzej. A co mi tam, 6/10. Trzymam kciuki, aby przy ewentualnym trzecim sezonie, twórcy wyciągnęli jakieś wnioski z popełnionych błędów. A jeśli tak było w mandze - cóż, I guess, niewiele da się zrobić.





Log Horizon
Oglądając trailer, plakaty czy nawet czytając opisy, nie sposób było nie skojarzyć Log Horizon z (nie)sławnym SAO (aka SSAŁO). Pełna uprzedzeń, z niepokojem zabrałam się za pierwszy odcinek i wyłączyłam go po zakończonym seansie z uśmiechem na ustach. Zamiast patosu, heroicznie wygłaszanych przemów, niepotrzebnych walk i całego tego plastiku, którym SAO raczyło nas w każdym odcinku, dostaliśmy rozgarniętego protagonistę oraz spokojną, przemyślaną opowieść. W miejsce krzyków i płaczów wstawiono wspólne przyrządzanie hamburgerów. Urzekła mnie ciepła atmosfera, aczkolwiek to nie było wybitne anime, które utknęłoby w mojej głowie na dłuższy czas. Czekam na zapowiedzianą już kontynuuację - 7/10.





Nagi no Asukara
Jak po P.A Works można się było spodziewać, już od pierwszego odcinka szczodrze raczono nas pięknymi krajobrazami. Niestety, cudowna grafika była jedynym, mocnym punktem serii, pełnej mankamentów. Większość czternastoletnich bohaterów doprowadzała do szału swoim niezdecydowaniem i infantylnością. Na dobre zdecydowanie wyszedł twist fabularny w połowie serialu, pozwolił on rozwinąć wątki intrygujące widza od początku i przedstawić nam kilka w miarę logicznych wyjaśnień. Klimat bijący od każdego odcinka był wręcz magiczny i muszę przyznać, trochę rozproszył mój sceptyzm.
6/10




Tokyo Ravens
Kolejne, nieco przeciągnięte urban fantasy, w którym grupka nastolatków heroicznie ratuje świat, albo przynajmniej sporą jego część. Oprócz akcji, która z początku wlokła się jak sparaliżowany żółw, irytowała mnie znaczna ilość postaci, w tym, a jakże, wyidealizowani protagonista i protagonistka, wiecznie ryczące kawaii panienki na każdym kroku, ogólna sztampa w prowadzeniu ich charakterów. Jedynie Touji, ten typ chyba po prostu tak ma, z głównej czwórki (piątki?) wyróżniał się w sposób pozytywny. Z drugiej strony, rozwlekanie poniektórych wątków pozwoliło zżyć się z bohaterami oraz wyjaśnić wszelkie nieścisłości czy tajemnice, którymi owiana była prawie każda postać oraz sama Akademia Onmyou. Niestety, gdy już wszystko jako-tako zaczęło się rozkręcać, a całość dążyła ku niezwykle dramatycznej, aczkolwiek zaskakującej końcówce, oczywiście musieliśmy otrzymać klasyczne zakończenie typu "zabili go i uciekł". Walczenia siłą miłości i przyjaźni nie skomentuję, to nigdy jeszcze nie wypadło dobrze, Tokyo Ravens niestety nie jest wyjątkiem w tej sprawie. Harutora zdecydowanie za często był ratowany w kluczowym momencie, ponadto on sam otrzymywał nienaturalne power-upy, jednak w ostatecznym rozrachunku, wydał mi się całkiem sympatycznym, choć nieco przygłupim (Bakatora pasowało do niego jak ulał!) gościem. Nie umiem nie wspomnieć o grafice, tej przepaskudnej grafice, która raziła po oczach brakiem proporcji, niestaranną animacją, a co najgorsze mnóstwem (MNÓSTWEM) 3D, które to wyglądało wręcz karykaturalnie w połączeniu z dość klasycznymi projektami postaci. Nic odkrywczego, nic ponadprzeciętnego, prawdopodobnie drugi raz bym nie obejrzała, seria miewała gorsze i lepsze momenty. Gdyby stanowczo wyciąć odcinki spędzone na gadaniu i rumienieniu się niewiast na szkolnych korytarzach, a właściwie...większość odcinków szkolnych, mogłoby być całkiem dobrze. Plus za przedstawienie historii każdego bohatera, to sporo wyjaśniło. 6/10, soundtrack był naprawdę w porządku, szczególnie spora część z battle ost wpadła mi w ucho.
-----
To chyba było na tyle. Meh, czas na świeże mięsko, prosto z 2014.



Chuunibyou demo koi ga Shitai! Ren
Kolejny sezon przygód twardo stąpającego po ziemi Yuuty i nieskalanej rozumem Rikki. Słodko jak w poprzedniej serii, ale czy ten dodatek naprawdę był konieczny? Jak obawiałam się pojawienia rywalki, to Shichimiya wypadła niesamowicie barwnie, motywując dotychczas bierną Rikkę i jej chłopaka do popchnięcia ich związku do przodu. Bywały momenty mocno przedramatyzowane i przesadzone, ponadto niewiele się od rozpoczęcia emisji w relacji głównych bohaterów koniec końców  zmieniło. Z całej sympatii i można nawet powiedzieć, pewnego sentymentu do poprzedniczki - 6/10, czuję się lekko zawiedziona. KyoAni, oczywiście, stanęło na wysokości zadania i grafikę utrzymano na najwyższym poziomie, ale przecież piękną wydmuszką się jeszcze nikt nie najadł.




Gin no Saji 2nd Season
Bezapelacyjnie - anime sezonu! Pomimo niewielkiej przerwy pomiędzy dwoma sezonami, zdążyłam się już stęsknić za fantastycznymi bohaterami, toteż z wielką radością zabrałam się za seans. Moje wielkie oczekiwania zostały jak najbardziej spełnione. Choć humor jest równie świeży i autentycznie bawiący, tak, jak w części pierwszej, to całość otrzymała nieco poważniejszy wydźwięk, bowiem skupiono się na aspektach dojrzewania oraz poszukiwania własnej drogi w życiu, co zostało nam przedstawione, ale nie rozwinięte w poprzednim sezonie. Ending uważam za jeden z najładniejszych (zarówno wizualnie, jak i muzycznie), z jakimi miałam przyjemność się spotkać w ogóle. Z niecierpliwością wyczekuję na dalsze losy Hachikena i spółki! Mocne 9/10.



Hamatora the Animation
Myśląc o Hamatorze, pierwszym, co przychodzi mi do głowy to "kicz". Może to przez tę szatę graficzną, może przez niesamowicie brzydki (wizualnie) ending, może przez rażącą w oczy nieudolność w prowadzeniu fabuły i brak oryginalnych założeń tejże (moce bohaterów, a raczej sam pomysł na nie, jest dla mnie zwykłą zżynką z DnB, do którego nawet nie śmiem przyrównywać tej żenady). No tak, ale są jeszcze bohaterowie. Akurat pod tym względem nie jest aż tak źle i częściowo ratują oni żałosne "zagadki", jednak o większości można powiedzieć tylko tyle, że gdzieś tam... są. Kolejnym,  mocnym punktem jest udźwiękowienie, obsada składa się z kilku bardzo rozpoznawalnych i cenionych seiyuu (Fukuyama Jun czy Kamiya Hiroshi). Najgorszy był za to fakt, iż od początku do samego końca nie miałam pojęcia, gdzie to wszystko, do licha ciężkiego, w ogóle zmierza? Hojne 4/10, uśmiechnęłam się ze dwa razy oraz przejawiam dziwną słabość do Arta. Niezła dupa z twarzy z niego była. No i plus za zaskakujące zakończenie.


Mahou Sensou
Hej, hej. Głównymi bohaterami są Lelouch z jakimś gorszym Geassem, głupsza wersja Gilgamesha, bardziej narwana Homura z Madoki oraz hojniej obdarzona przez naturę Saber. Od samego początku nie mogłam powstrzymać skojarzeń z tymi też  bohaterami, co niezwykle mnie na każdym kroku drażniło. Kompletny brak oryginalności i pomysłu, zerowa ewolucja postaci. Jeśli szukasz dobrej serii o wojnach magów czy coś w ten deser, obejrzyj Fate/Zero. Jeżeli masz już za sobą, to obejrzyj jeszcze raz, ale nie trać swojego cennego czasu na tę, delikatnie rzecz ujmując, dość nieudaną serię. Ostatecznie obczaj Tokijskie Kruki, o których już wcześniej wspominałam. Ending był spoko, thus 2/10.






Nobunagun
Zapowiadało się ciekawie i oryginalnie (widać inspirację stylem KlK, aczkolwiek to jednak nie "to"), niestety, wyszło do bólu przeciętnie. Podobały mi się za to kolory, bardzo soczyste i szczodrze użyte w tłach. I co, znowu to samo? "Muzyka ok, grafika ok, postacie ok, fabuła ok, ale tak w sumie, to było średnie". To mnie też nie chce się silić na oryginalność i wymyślać czegoś innego. Za miesiąc już prawdopodobnie nie będę o tej serii pamiętać. 5/10






Noragami
Jak pewnie my wszyscy, naprawdę uwielbiam moment, w którym pełna sceptyzmu, zaczynam przeciętnie zapowiadającą się serię, a pod koniec odcinka już nie mogę doczekać się kolejnego. Ku mojej ogromnej radości, Noragami okazało się jedną z takich perełek. Co ja się będę dużo rozpisywać - kompletnie kupiła mnie niegłupia historia Yato, Hiyori i spółki. Dwanaście odcinków śmiechu, akcji, a nawet wzruszeń. Z niecierpliwością wyczekuję na drugi sezon, tym bardziej, że seria trzymała wysoki poziom również pod względem audiowizualnym. Wystarczy obejrzeć trailer, opening czy choćby spojrzeć na bardzo imponującą listę seiyuu (na której znalaźli się m.in. Kamiya Hiroshi, Kaji Yuki, Sawashiro Miyuki, Rie Kugumiya, Ono Daisuke, Sakurai Takahiro, Imai Asami i wielu, wielu więcej). 8/10, to była doskonała rozrywka i sama przyjemność.



 





Pupa
Nielogiczne, paskudnie narysowane i udźwiękowione, za krótkie (a może i w sumie dobrze, że takie to było króciutkie), głupawe, nudne i kompletnie niestraszne. Dno i pięć metrów mułu. Czuję się mentalnie zgwałcona. Gorzej niż po Diaboliku. Ewenement.
1/10











Sakura Trick
Yuri bez większej ilości yuri, o ile pocałunki bohaterek w pierwszym odcinku doprowadziły mnie do spazmatycznych wymiotów tęczą, to powtarzane w absolutnie każdym odcinku po kilka razy zwyczajnie nudziły. Związek głównych bohaterek nijak się nie rozwijał, brakowało mi jakiegoś konkretniejszego bodźca od którejś ze stron. Koleżanki od całusów i nic więcej. Bywało zabawnie, bywało uroczo, tylko że przez większość czasu antenowego, niesamowicie nudno i przewidywalnie.  Może gdyby odcinki były dwa razy krótsze albo było ich dwa razy mniej,całość okazałaby się lepsza. 5/10










Sekai Seifuku: Bourykau no Zvezda
Szalone i nieprzewidywalne, często niesłychanie absurdalne, inne, wyróżniające się na tle podobnych, bardzo barwne i sympatyczne w odbiorze. Prosta historyjka, podana w interesującej formie. No i loli. Protagonistką była loli. 6/10, bez większego powodu, ale podobało mi się.












Strange +
Może seans kompletnie mnie ogłupił i pozbawił resztek szarych komórek, ale... W tej całej głupocie, kilka razy się nawet uśmiechnęłam. Za świetną obsadę (a właściwie za Jun-tana, eargasm tak bardzo)- 3/10.











Toaru Hikuushi e no Koiuta
Bardzo, bardzo urocza historia, czasami aż do porzygu, niestety. Główny bohater, choć miewał lepsze przebłyski, wydał mi się kolejnym idealistą, który siłą miłości zwalczał zło tego świata, pozostając nieśmiertelnym (wszak chroniła go święta moc scenariusza) do samiutkiego końca. Na początku - przyjemne w odbiorze, obiecujące powiew świeżości w gatunku. Spora dawka dramatyzmu pod koniec serii nie zaszkodziła, ani specjalnie jej nie pomogła, pasował mi taki punkt zwrotny. Śliczne krajobrazy, bardzo fajny klimat. Kibicowałam głównym bohaterom, choć nikogo specjalnie nie polubiłam. Płomienne przemowy i obietnice pod koniec jakoś mnie zraziły. 6/10




Wake Up, Girls!
Oczekując niezobowiązujących slajsoflajfów, wypełnionych po przegi moeblobami oraz serii tylko udającej, że jest o muzyce (czyli mówiąc prościej, czegoś pokroju K-on!), zostałam mile zaskoczona, gdy bohaterki już w pierwszym odcinku wyrażały się o przemyśle muzycznym i swojej planowanej karierze w dość dojrzały sposób, sugerujący, iż naprawdę myślą o tym na poważnie. Im dalej w las, tym gorzej. Wieczne, wyimaginowane rozterki, płacze, siła miłości i przyjaźni (na bór zielony, czy na jeden sezon nie powinni czasem ograniczać zasobów tychże sił?), próba wmówienia nam, że życie idolek jest thrudne oraz my, plebejusze nigdy nie zrozumiemy ich bólu (oglądając Nanę czy Beck może faktycznie mogłam w to uwierzyć, ale naprawdę nie rozumiem, czemu rozebranie się do stroju kąpielowego popchnęło kilka dziewcząt na skraj załamania nerwowego). Bohaterki były zwyczajnie przezroczyste, po dwunastu odcinkach nie pamiętam z imienia czy chociażby twarzy ani jednej. Muzyka, jak muzyka, za to opening był zwyczajnie przebrzydki. Pomysł i tematyka dobre, szkoda, że z realizacją już gorzej. 4/10





Witch Craft Works
Niczego się po tym tytule nie spodziewałam i nic też nie dostałam. Nielogiczne walki bez wyjaśnień, kompletnie bezsensowna fabuła, grafika pełna nieudanych efektów 3D i monstrualne cycki Kagari. Bawił mnie chyba tylko fakt, że ktokolwiek odważył się wyprodukować takiego gniota zupełnie na poważnie. Zasłużone 2/10.






Nisekoi
Będąc ogromną fanką mangi, wpadłam w stan absolutnej ekstazy gdy dowiedziałam się, iż zekranizuje ją sam SHAFT. Jak zwykle (prawie, Sasami-san to jeden z niechlubnych wyjątków od tego studia), nie zostałam rozczarowana. Surrealistyczne wręcz tła, pełne kolorowych detali pięknie kontrastują z klasycznymi projektami postaci, które tylko zyskały na urodzie w kolorze. Mamy klasyczne "head tilty" czy nietypowe prowadzenie kamery, co po raz kolejny zrobiło na mnie porażające wrażenie. Co tu dużo mówić, Nisekoi to bardzo porządne rom-com, jedno z najlepszych ostatnich miesięcy. Dwadzieścia zapowiedzianych odcinków wydaje mi się optymalną ilością i choć jestem pewna, że rozwiązanie będzie wymysłem twórców, wszak manga od przesadnie długiej ilości czasu wciąż jest kontynuowana, nie wiążę z nim większych obaw. Mam tylko nadzieję, że SHAFT zdecyduje się ominąć tudzież maksymalnie skrócić najnudniejszą część mangi, czyli tą, w której wokół Raku zaczyna tworzyć się harem. Póki co - well done, SHAFT, keep it up! 7.5/10, aspirujące do bycia ósemką.



Space Dandy
Skręcają mi się kiszki za każdym razem, gdy czytam infantylne hejty pod adresem Space Dandy, zarzucające tej serii głównie to, iż nie dorównuje ona poziomowi Cowboya Bebopa. Guys, a któż Wam obiecywał drugiego Bebopa? Miała być szalona, niesztampowa komedia ze świetnym soundtrackiem i animacją, a dokładnie to dostaliśmy! Mnie Space Dandy kupił w całości i już teraz zapisuję się do fanclubu protagonisty. Niestety, moje drogie, to nie kolejny moe chłopiec (który to tylko ciało ma chłopięce, z twarzą, a co tu mówić o osobowości, już niestety ciężej), a dorosły facet. Pan Watanabe po raz kolejny odwalił kawał dobrej roboty. I w tym przypadku niezwykle ucieszyła mnie wieść o kolejnym sezonie. 7/10






Seitokai Yakuindomo 2
Drodzy fani SYD, jeśli jeszcze nie oglądaliście kontynuacji, nie traćcie czasu i biegnijcie już teraz.Cała reszto - do Was adresuję takie same słowa, tak świetnej komedii, pełnej niedwuznacznych i niewybrednych żartów, niebędącej jednocześnie ecchi i niepokazującej nagości w najmniejszym stopniu, to ze świecą szukać.
8/10!







I na koniec ciche podziękowanie dla wszystkich, którym udało się przebrnąć przez tę ścianę tekstu - nawet ja miałam z tym problem. Naturalnie, życzę Wam i sobie, nawet bardziej udanego i obfitującego w ciekawe tytuły, sezonu wiosennego!

PS Coby ułatwić życie nieco mniejszym entuzjastom czytania, podkreśliłam tytuły, które od siebie szczerze polecam. Enjoy.
Życie nigdy nie było dla nastoletniej Matsumae Ohany specjalnie proste. Jej ekscentryczna matka, Satsuki, już od czasów maleńkości swojej córki nie szczędziła sobie przyjemności w postaci imprez czy mężczyzn. I choć Satsuki, mimo wszystko, ciężko pracowała na utrzymanie Ohany, to na dziewczynkę spadały wszelkie obowiązki domowe, to ona zawsze sprzątała i gotowała. Niespodziewanie, pewnego dnia, Ohana zostaje postawiona przed faktem dokonanym - rodzicielka wraz z jej nowym chłopakiem uciekają w obawie przed ścigającymi ich pożyczkodawcami. Na wielkie ucieczki nie zabiera się przecież ze sobą dziatwy, toteż młoda Matsumae na pewien okres czasu zamieszka z babcią, w jej rodzinnym pensjonacie. Co prawdopodobnie zszokuje Was równie mocno, jak mnie, na wieść o wyprowadzce, nasza bohaterka bynajmniej się nie zasmuca. Faktem jest bowiem, iż od jakiegoś czasu, nudziło już ją monotonne życie w Tokio, dziewczyna pragnęła jakiejś zmiany, a wyjazd na wieś wydaje się jej idealnym pretekstem do odpoczęcia od stolicowego zgiełku. Jakby emocji było mało, na dzień przed odjazdem Ohany, na odwagę zbiera się jej przyjaciel z dzieciństwa, Kouchi, który informuje ją o swoich długo skrywanych uczuciach. Nieco rozbita, pozostawia chłopaka w niepewności i wyjeżdża. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej na miejscu, gdyż rzeczywistość okazuje się bardzo daleka od sielskiego życia, jakie wyobrażała sobie Ohana. Szybko przekonuje się, iż praca w pensjonacie do najłatwiejszych nie należy, a na każdym kroku towarzyszy jej stres, związany z początkowym brakiem akceptacji ze strony współpracowników i zmianą szkoły.

Pierwszy odcinek jest szklanką zimnej wody, zarówno dla Ohany, jak i dla widza. Realia anime przyzwyczaiły nas do niezłamanych protagonistek, pięknych, idealnych początków i jeszcze lepszych zakończeń. Oczywiście, bywają chlubne wyjątki od tej reguły i ku mojemu miłemu zaskoczeniu, Hanasaku Iroha to grona tychże wyjątków zdecydowanie należy. Choć naszej bohaterce chartu ducha na pewno nie brakuje, miewa ona z początku chwile zwątpienia i załamania. Nauka zawodu idzie jej dość topornie, nie pomaga brak wsparcia ze strony otaczających ją ludzi. Ale nie od razu Kraków zbudowano, prawda? Pewnie! Z czasem, a konkretniej, z odcinka na odcinek, Ohanie idzie coraz lepiej, aż w końcu praca pochłania ją doszczętnie, pozostawiając samą przyjemność z wykonywanego zawodu. Oczywiście, że dalej są chwile lepsze i gorsze, jednak poprawiają się również jej relacje z dziewczętami pracującymi wraz z nią w Kissuiso, pensjonacie babki Ohany oraz resztą pracowników. Powoli obserwujemy ścieżkę dziewczyny prowadzącą przez kolejne trudności, nie ma czasu na nudę, ale akcja nie pędzi jak szalona - wszak mamy do czynienia z okruchami życia, a nie kinem akcji! Jest sympatycznie, czasem słodko, czasem gorzko, tak, jak bywa w prawdziwym życiu. Tak, to przede wszystkim realizm wyróżnia serię z nawału podobnych, a reszta tylko dodaje do całości.

Ohana z początku może wydawać się kolejną, energiczną idealistką i w sumie...dużo od tego opisu nie odbiega. Dziewczyna jest rezolutna, twarda, zdecydowana i charyzmatyczna, nie można odmówić jej uroku, który zjednał sobie moje serce. Dużo mniej ciekawie prezentują się jej koleżanki, typowa tsundere, Minko oraz spokojna, małomówna Nako. Oprócz tej trójki, otrzymujemy również szereg mniej lub bardziej schematycznych postaci, na przykład surowego-choć-wyrozumiałego, młodego kucharza, Tohru, kelnerkę, będąca bodaj na zawsze niezamężną (i mocno ubolewającą z tego powodu) Tomoe czy wujka-popyhadło, Enishiego. Na słowa wspomnienia zasługują za to mama i babcia Ohany. Satsuki szybko okazuje się kimś zdecydowanie innym, niźli niedbającą o córkę, matką-alkoholiczką, jej postać wypadała naprawdę ciekawie, czyniąc ją moją zdecydowaną faworytką. To właśnie jej stanowczość pozwalała na chamowanie charakternej Ohany i coraz to nowszych jej pomysłów, dzięki niej, protagonistce udało się zrozumieć kilka jej błędów i nieprzemyślanych działań. Choć na początku kobiety wydają się zgoła inne, obie prezentują podobne podejście do wnuczki prezentuje również Sui. Babcia okazała się jednak zdecydowanie bardziej surowa i opanowana, niż jej rozrywkowa córka, dla niej zawsze priorytet stanowił pensjonat oraz jego goście. Obie zgrywały się idealnie, tworząc bardzo interesujący i niebanalny duet.

Grafika... No cóż ja mogę rzec. Jest cudowna, ale czegóż innego spodziewać się było można po P.A. Works! Tła, pejzaże, krajobrazy, ni mniej, ni więcej, jak po prostu porażają szczegółowością i swoim pięknem. Projekty postaci cieszą oko schludnością, to samo tyczy się bardzo płynnej i dopracowanej animacji - gołym okiem widać ogrom gotówki włożonej w stronę wizualną, ale myślę, że dla takiego efektu, warto było. Muzyka za to nie wyróżnia się niczym specjalnym, choć dostarczono nam kilka naprawdę ładnych kawałków przewijających się w tle. Obydwa openingi są słodziutkie, wręcz mdlące, spodobał mi się za to pierwszy ending. Na soundtrack składa się mieszanina fletu, gitary, skrzypiec i pianina, czasem bardziej, czasem mniej udana, brakowało mi czegoś wpadającego w ucho, utworu, który pamiętałabym nawet po zakończeniu serii, bez potrzeby ponownego przesłuchiwania OST.

Hanasaku Iroha to wysokiej jakości seria obyczajowa, opływająca w wątki komediowe, dramatyczne, a nawet romantyczne. Mnie seans pochłonął bez reszty, wciągnęły mnie potyczyki Ohany na jej drodze do dorosłego życia. Nietypowa, jak na standardy przyjęte w anime, tematyka, okazała się bardzo trafnym i udanym eksperymentem. Fani gatunku (i nie tylko!) na pewno nie będą zawiedzeni.

Grafika - 10/10
Muzyka - 6/10
Bohaterowie - 7/10
Fabuła - 8/10
Całokształt - 8/10
Po takim catchy tytule, spodziewać się można wszystkiego, ale na pewno nie byle czego. Nie przeciągając dłużej tego iście bezsensownego posta - Yuru Yuri dostało nową serię/ovkę/film/who knows! Autorka mangi poinformowała o tym wspaniałym fakcie fanów na jej prywatnym Twitterze, nie podając przy okazji absolutnie żadnych, innych informacji. Kogo to z resztą obchodzi! Po dwóch sezonach dalej chciałam więcej, toteż dość by rzec, iż wiadomość o nowym projekcie niezmiernie mnie ucieszyła. Więcej Kyouko, więcej Akari, więcej Yui, więcej Chitose, więcej loli, więcej lesbijek, więcej tego charakterystycznego humoru!!!!oneoneoneonoe
Tak bardzo tenskniuam.
Czekamy <333333

A tak z nudnych spraw technicznych, to wybywam sobie na tygodiowy szoping do Polski. A właściwie, to ośmiodniowy, a potem prawdopodobnie będę w depresji poszopingowej, expić hińskie bajki porno. Muszę Was zmartwić, bowiem nie będziecie katowani moimi wypocinami przynajmniej do 24 lutego. A teraz idę upajać się wspaniałością serii zapowiedzianych na ten rok. Albo przynajmniej w tym roku. I tak, mam tu na myśli głównie nowy sezon Mushishi.
Yuuichi Ezaki, znudzony światem licealista, przechodzi właśnie rekonwalescencję po wirusowym zapaleniu wątroby. Los sprawia, iż w tym samym czasie, w tym samym szpitalu, terapię odbywa śliczna Rika Akiba, cierpiąca na Straszną i Skomplikowaną Wadę Serca, Której Nazwy Nikt Nie Pamięta. Niestety, tym razem nie mam dla Was szokujących wieści - tak, to takie proste i sztampowe jak się wydaje, ale czy koniecznie "nieskomplikowane" jest równoznaczne ze "złe"?

Mając do czynienia z serią zaledwie sześcioodcinkową, raczej nie spodziewamy się przesadnie skomplikowanej fabuły. Linia fabularna jest więc rozgałęziona niczym linia metra w Warszawie, jednak w tym wypadku, nie uznaję tego za wadę. Przez sześć odcinków obserwujemy początek i rozwój relacji głównej pary i uwierzcie albo nie, tyle naprawdę wystarczyło aby opowiedzieć zgrabną, dobrze przemyślaną historię. Jest dramat, mamy i Tragiczną Przeszłość™, są mniejsze oraz większe dylematy. Czy tym razem nie wyszło to tak plastikowo, jak zwykle? Cóż, kończą się dobrocie, albowiem nie. Tak, wszyscy wiemy, twórcy chcieli dobrze, ale niestety, historia uderzyła mnie brakiem realizmu, który w każdej produkcji, nie tylko animowanej, cenię sobie ponad wszystko. Całość wydała mi się cokolwiek podkolorozywana i mocno przesłodzona, nie zabrakło typowych, dhramatycznych zwrotów akcji, które niestety wypadły bardzo wymuszenie. Każda scena miała na celu zmuszenie widza do płaczu, i choć oglądałam już serie, którym wychodziło to wybitnie dobrze, tutaj ani na chwilę nie czułam się choćby delikatnie wzruszona. Na całe szczęście, znalazło się również kilka chwil na momenty nieco mniej poważne, które znacznie podnosiły poziom całości - gdyby wyjąć nieustającą gadaninę o zbliżającej się śmierci i nieustępliwe wykrzykiwanie swoich imion w wykonaniu bohaterów (ale muszę przyznać, pod tym drugim względem, HanTsuki nie udało się pobić Tsubasa Chronicle), otrzymalibyśmy całkiem przyjemne okruchy życia w romansowym sosie.

Show częściowo ratują i bohaterowie. Emo-tsundere, Rika, nie wypada wcale tak źle, bowiem zdarzy się jej odpyskować Yuuichiemu czy dorzucić coś od siebie. Jej partner jest natomiast książkowym przykładem Protagonisty Takiego Jak Ty#123242, jednak co ciekawe, dodano mu kilka (niestety, tylko kilka), cech, które czynią go nieco bardziej wiarygodnym od reszty podobnych - jest przede wszystkim ludzki i ludzkie też miewa słabości. Reszta obsady nie zasługuje na słowa wspomnienia, powiem tylko, iż składają się na nią pielęgniarka, Akiko, sceptyczny lekarz, Goro, oraz kilku znajomych Yuuichiego. Zdecydowanie brakowało mi kogoś wyraźniejszego, kogoś, kogo można byłoby polubić, albo chociać zainteresować się jego osobą - postacie są raczej nudne, z drugiej strony, nie ma też elementu irytującego, toteż w tej kwestii pozostanę neutralna.

Proste, acz schludne projekty postaci nie robią większego wrażenia. Pejzaże są zwyczajnie poprawne, tła również, nie zauważyłam też większych spadków w jakości całkiem płynnej animacji. Niewiele mogę za to zarzucić ślicznemu soundtrackowi, obfitującemu w przejmujące i smutne utwory fortepianowe oraz skrzypcowe. Openingu nawet nie pamiętam, ale ending uważam za względnie udany, pasował on do całości i nadawał jej specyficznego klimatu.

Reasumując i to krótko - było nieźle, choć szału nie ma. Serię mogę polecić mało wymagającym miłośnikom nieskomplikowanych historyjek miłosnych, za to zdecydowanie odradzić sceptykom takowych tudzież osobom poszukującym realistycznego dramatu. Mnie historia Yuuichiego i Riki nie ujęła, jednak nie wspominam tego anime źle, wręcz przeciwnie, było ono miłym odmóżdżaczem, uroczą historyjką z początkiem i końcem.

Grafika - 6/10
Muzyka - 7/10
Bohaterowie - 5/10
Fabuła - 5/10
Całokształt - 6/10
W przypływie weny, która wystąpiła u mnie po przeczytaniu pewnego komentarza, złapałam za aparat i sfotografowałam porozrzucaną po kilku półkach kolekcję moich mang. Słowem objaśnienia, powstaje sobie w bólach już jakieś dwa-trzy lata i choć mieszkam za granicą, obfituje ona w polskie wydania - preferuję nasz format, jakość oraz cenę, poza tym, chyba warto czasem wesprzeć rodaków. Tak, nawet Yanka. Któż wie, może to on zrewolucjonizuje nasz ryneczek i wyda hucznie zapowiadane light novel. Oddałabym wszystkie pieniądze za takie Bakemono. Marzenia to piękna sprawa.

No aleale!

Tak, jak na osobę mieszkającą w Wielkiej Brytanii od kilku lat, to śmiesznie mały zbiór ich wydań. Ale ten cienki papier i brak obwolut są dla mnie nie do zniesienia. I tak, owszem, przy zakupie Biomegi 5 zupełnie z głowy wypadł mi fakt, iż najpierw wypadałoby nabyć tom czwarty. One day, I gunna get it.
Rezultat próby zebrania wszystkich Narutów. Szojce. I moje skarby od Lee Hyeon-Sook.
 

Kącik fejwritów.

Nie mam pojęcia czemu, ale przejawiam jakąś dziwną słabość w stosunku do mangowego Kuroszita. I Vassalorda. Obecność Pandory wydaje mi się jakoś bardziej uzasadniona.

Gejporno corner#1. No i szojce. I Spice and Wolf, którego muszę w końcu obejrzeć. I Prophecy, ostrzę pazurki na ostatni, długo wyczekiwany tom, przy najbliższej wizycie w Ojczyźnie. Psia mać, ucięło piątego Residenta.

Mój piękny Jeż, dorwany podczas Wanekowego czyszczenia magazynów. Niestety, niedługo po moim zakupie, skończył się im nakład tomu czwartego i piątego, co pozostawiło mnie z tym skromnym komplecikiem oraz zmusiło do przeczytania reszty historii (wraz z tomikami niewydanymi przez Waneko w ogóle) online. Było warto.

I więcej szojców.

Gejporno corner#2. Tom 1, 3 i 15 Marsa został pożyczony na wieczne nieoddanie. Szejm. Za to grzeję już miejsce na trzeci tomik Petshop of Horrors ♥

W bonusie dorzucam skromniutką kolekcję anime.

No i nie umiem nie pochwalić się moją perełką, upchaną pomiędzy zupełnie niezwiązane z tematem książki.
 
Ja wiem, wszystko wiem. Brak Hanami boli. Ale powolutku odkładam sobie na całego, dotychczas wydanego Pluta, który pewnego dnia dumnie stanie na specjalnie przygotowanej półce. Albo w gablocie. Pewnego dnia!
Yuki Sanada, aspołeczny i nieco samotny nastolatek, przeprowadza się wraz z babcią na małą, malowniczą wysepkę, zwaną Enoshima. Podejmuje tam naukę w jednej z lokalnych szkół. Niedługo później, do jego nowej klasy dołącza intrygująca i piękna nieznajoma, w której z miejsca... Ah, to szło inaczej. Do klasy Yukiego dołącza bowiem Haru, chłopak wyglądający i zachowujący się cokolwiek niecodziennie - przyznajmy szczerze, jednak nie spotykamy każdego dnia nastoletnich chłopców z akwarium na głowie, podających się za kosmitów, ponadto uzbrojonych w pistolet na wodę... Prawda? PRAWDA? No, w każdym razie, cóż za niezwykłe zaskoczenie, nowy uczeń wyraża osobliwe zainteresowanie naszym protagonistą, choć ten przecież nie wyróżnia się niczym specjalnym. Niestety moje drogie fanki hińskiego gejporno, anime nie postanawia podążyć tą ścieżką, a Haru jedyne, czego chce od Yukiego, to złapanie przezeń jednej ryby. Nie pytajcie mnie, na tym etapie udam, że ja również nie mam pojęcia, po co mu ta cholerna ryba i dlaczego nie może użyć swoich dwóch, sprawnych rąk by złapać ją samemu. Albo chociaż iść do sklepu i nabyć delikwenta. Historia powoli toczy się dalej, podczas gdy nasz duet powoli zaprzyjaźnia się ze sobą oraz kolejną dwójką, pardon, trójką - Usami Natsukim, który to uczy Yukiego (tak, nie wiedzieć czemu, niemal bez wahania zgodził się na prośbę Haru!) wędkarstwa, Yamada Akirą obserwującym "kosmitę" (choć obserwując tego dzieciaka nietrudno uwierzyć, że w istocie mamy do czyniania z prawdziwym kosmitą) i jego kaczką, Tapiocą. Jeżeli przybraliście teraz wyraz twarzy wyrażający bezgraniczne niezrozumienie, pozwolę sobie wręcz je pogłębić - przed państwem jest nie kryminał czy seria tworzona "na fazie", a ciepłe, przemyślane i przezabawne okruchy życia!

Dorastanie i nastoletnie przyjaźnie to temat poruszany w anime tak często, jak Smoleńsk w polskich mediach. Wszyscy znamy, niekoniecznie lubimy, bo ileż można słuchać o "nakama power!11oneone!". Mnie również ciężko zaliczyć do grona fanów tych pociesznych shounenów, toteż wiedząc, czego mam się spodziewać, z lekkim niepokojem zasiadałam do Tsuritamy. I choć z mocno ironicznego, może nawet sceptycznego wstępu, ciężko to wywnioskować, zostałam bardzo mile zaskoczona. Akcja w Tsuritamie toczy się powoli, swoim własnym tempem, a mimo to, widz ani na sekundę nie czuje się znudzony. Czuć ten klimat, ciepło i naturalizm bije wręcz z ekranu. Pytania z początku piętrzą się w niesamowitym tempie, ale lękajcie się - wszystkiego dowiadujemy się w swoim czasie, na wszystko znaleziono chwilę, każdy szczegół został wyjaśniony, nie pozostawiono irytujących niedopowiedzeń, a historię ładnie zamknięto. Nie dodawano na siłę wielkich dramatów ani zagadek - fabuła jest naprawdę prosta, ale to w jej prostocie tkwi siła.

Bohaterów Tsuritamy po prostu nie da się nie polubić. Yuki z początku sprawia wrażenie typowego, stereotypowego, jednak jest przy tym inteligentny i zwyczajnie sympatyczny, łatwy do zrozumienia, ciężko się z nim nie zżyć, a jest to rzadkością wśród protagonistów "tego typu", przynajmniej w moim przypadku. Mimo to, moje serce skradł szalony Haru, przeuroczy i niezwykle przekonujący w swoich czynach, aż zazdroszczę takiej charyzmy czy siły preswazji. I tu nie mamy do czynienia z bohaterem zupełnie typowym, bowiem to nie kolejny, "wesoły idiota", Haru ma łeb na karku i umie myśleć, o czym szybko się przekonujemy. Choć często spychany na drugi plan, w kaszę nie da sobie pluć i Natsuki, który jest zdecydowanie największym realistą z całej obsady, czego absolutnie nie uważam za wadę - często grał rolę "ojca" całej bandy, panując nad nimi i trzymając coraz to nowsze pomysły Haru w ryzach. Z początku enigmatyczny Akira, po poznaniu się z głównym trio, szybko zmienia swoją postawę, lecz na szczęście wypada to równie realistycznie, co cała reszta. Warto wspomnieć jeszcze o babci Yukiego, kobiecie przesympatycznej, inteligentnej i dojrzałej jednocześnie, mającej również całkiem spory wpływ na zachowanie swojego wnuka i jego przyszłe wybory.

Już w pierwszych minutach absolutnie zachwyciła mnie strona audiowizualna anime. Kolory są soczyste, wyraźne, nie żałowano ich w żadnej scenie, każdą scenę oglądałam z nieukrywaną przyjemnością - to był zdecydowanie najlepiej dobrany zabieg, bardzo podkreślający klimat całej serii. W odróżnieniu od tła, projekty postaci może i nie porażają szczegółowością, jednak są charakterystyczne, staranne i niezwykle udane, idealnie wpasowując się w całą resztę. Nieco mniej udanie wypadł soundtrack, jednak ogółem, fletowe i fortepianowe kawałki to kwintesentcja Tsuritamy, słucha się ich równie przyjemnie, jak ogląda całą resztę. Opening, choć ładny, nie zrobił na mnie większego wrażenia, za to pochwalić muszę cudowny ending, pozostawiający uczucie melancholii po obejrzeniu każdego odcinka.

I cóż ja mogę rzec? Tsuritama to wybitnie udana obyczajówka, zarówno bawiąca, jak i prowokująca do chwili nieco mniej poważnych rozważeń, bo może nie na temat celu istnienia, ale chociażby cenności młodzieńczych lat, które przemijają, zanim zdążymy się obejrzeć oraz przyjaźniach w nich zawartych. Idealna seria na poprawę humoru w trakcie chłodnych, zimowych wieczorów - czuć powiew lata i świeżości. Polecam. Tak, chyba wszystkim.

Grafika - 9/10
Muzyka - 7/10
Postacie - 9/10
Fabuła - 8/10
Całokształt - 8/10
"Wizja to nie wszystko; trzeba ją połączyć z działaniem. Nie wystarczy wpatrywać się w schody – musimy wspinać się po ich stopniach."
- Vaclav Havel

Świeżo upieczona licealistka, Chihaya Ayase, w swojej nowej szkole postanawia założyć klub karuty, toteż pierwszy dzień spędza na próbach zwerbowania członków. Niestety, nasza śliczna chłopczy- czekaj, klub czego? Ujmując krótko i prosto, karuta to japońska, turniejowa gra karciana, polegająca na zbijaniu kart w rytm wyczytywanych przez lektora poematów. Spokojnie, ogarniecie zasady w trakcie seansu. Wracając do recenzji właściwej, Chihaya nieco załamana opuszcza szkołę, tylko po to, by wnet spotkać przyjaciela z dzieciństwa, Taichiego Amano. Nieświadomie korzystając z uczucia, którym Taichi darzy protagonistkę, dziewczyna włącza go do swojego klubu, co motywuje ją do poszukiwania kolejnych osób. Wraz z rozpoczęciem anime, obserwujemy również serię retrospekcji, podczas której dowiadujemy się co nieco o przeszłości bohaterów i ich początków z karutą. Wszystko zaczęło się od nowo przeniesionego ucznia, Araty Wataya, który to zainspirował żyjącą dotychczas w cieniu siostry Chihayę do gry w karutę oraz to on zapoczątkował drzemiące w niej marzenie odnośnie zostania Królową, czyli osiągnięcia najwyższej rangi w hierarchii karuty. Do ich zespołu dołącza wspomniany wcześniej Taichi, a cała trójka zaprzyjaźnia się niezwykle szybko. Wesołe momenty jednak szybko przemijają - Arata wyjeżdża z powrotem w rodzinne strony, podczas gdy Chihaya i Taichi rozdzielają się z powodu rozpoczęcia nauki w innych gimnazjach. Trywialne, nudne? Ja też tak pomyślałam, bowiem nigdy nie sądziłam, jak taka prosta, urocza historyjka może wciągnąć i niemal uzależnić od siebie widza.

Zawsze popadam niemal w katakonię czytając recenzje do bólu subiektywne. Dopóki sama się tym nie zajęłam, nie wiedziałam, jak trudne jest zachowanie chłodnego obiektywizmu, szczególnie recenzując dzieła, które sami uwielbiamy. Choć dam z siebie wszystko, i ten tekst może zajechać fangirlizmem, za co z góry upraszam o wybaczenie. No, odłóżmy teraz na bok sprawy techniczne, mamy tu anime do zrecenzowania! Naprawdę niesamowitym jest, jak interesująco może wyjść seria, której tematem przewodnim jest gra karciana. Zanim się zorientujemy, zaczynamy z niecierpliwością oczekiwać kolejnego odcinka i wyników poszczególnych meczy, które trzymają w napięciu - twórcy nie szczędzą nam cliff-hangerów bądź twistów fabularnych (jeśli tak można nazwać niespodziewany przebieg meczu). Oprócz meczy, jak można spodziewać się po serii obyczajowych, możemy obserwować potyczki bohaterów w życiu codziennym, ich niesnaski czy troski. Wszystko to wyszło niezwykle realistycznie i przyjemnie, anime jest po prostu ciepłe, budujące, motywujące do znalezienia własnej pasji i kompletnego się jej poświęcenia, na wzór Chihayi. Nie twierdzę, że jest idealnie - czasem przeciągano poszczególne pojedynki
, czasem wiało przesadnym dramatyzmem, jednak w moim odczuciu, takie odbiegi nigdy nie przekroczyły "dopuszczalnej sfery".

Siłą napędową serii są zdecydowanie bohaterowie. Chihaya prezentuje typ narwanej i przesadnie energicznej entuzjastki, Taichi patrzy na świat nieco chłodniej, realistycznej, podczas gdy Arata to trochę stereotypowy, cichy okularnik. Z klubowych kolegów Taichiego i Chihayi dostajemy zakochaną w kimonach Kanade Oe, nieco złośliwego prześmiewcę, Nishida Yuuseia oraz Komano Tsutomu, ni mniej, ni więcej, jak z początku sceptycznie nastawionego do karuty kujona. Równie barwnie prezentują się postacie drugoplanowe, z których wyróżniają się trener Chihayi, Hideo Harada i obecna Królowa, Shinobu Wakamiya. Bohaterów jest oczywiście znacznie więcej, choć większość pojawia się raczej epizodicznie. Mamy ich więc od koloru, do wyboru, każdego nietrudno polubić, a i wczucie się w ich historie nie jest niczym niemożliwym. Choć i niektórzy wypadają nieco sztampowo, są przede wszystkim sympatyczni i naturalni w swoich czynach. Możemy więc obserwować rozwój głównej trójki, zmiany, jakie w nich zachodzą, są widoczne jak na dłoni. Wszytkim udaje się nieco dojrzeć przez całą serię, co mocno wpływa na moją wysoką ocenę tej kategorii.

Czas więc przejść do kwestii technicznych, zacznę może od grafiki. Projekty postaci są śliczne i proporcjonalne, naprawdę cieszą oko. Graficy postarali się o zestaw różnych ubrań dla każdego bohatera, toteż oprócz mundurków i yukat przywdziewanych na meczach, możemy podziwiać ich w różnych strojach - widać przy tym charakterystyczny gust modowy każdego z osobna. Staranne tła (które czasem jednak wyglądają na nieco puste, piję tu głównie do szkolnych pomieszczeń) i płynna animacja, widoczna szczególne podczas pojedynków, tylko dopałniają całości. Na soundtrack składają się niezwykle klimatyczne kawałki, fortepianowe, fletowe, znalazło się i kilka utworów skrzypcowych. Muzyka meczowa jest podniosła, momentami i dramatyczna, we wzruszających - poruszająca, a i podczas zwykłej lekcji w tle zawsze słychać coś ładnego. Zarówno czołówka, jak i ending (zaśpiewany przez niezrównaną seiyuu głównej bohaterki, Seto Asami) wypadły równie udanie.

Wypadałoby jakoś zgrabnie wszystko podsumować - Chihayafuru polecam przede wszystkim fanom serii sportowych, ale to absolutnie nie jest seria kierowana tylko dla nich. Są w niej momenty wzruszenia, jest śmiech, są emocje, a nawet trochę romansu. Jeżeli macie więc ochotę na odprężającą i ciepłą serię obyczajową, trafiliście idealnie. Kto wie, może i Wy skończycie wykrzykując rozemocjonowani "Do boju, Mizusawa!".

Grafika - 8/10
Muzyka - 8/10
Fabuła - 7/10
Bohaterowie - 8/10
Całokształt - 9/10
"Lecz zaklinam - niech żywi nie tracą nadziei
i przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec."

Przeznaczenie, zbiegi okoliczności. Jam skłonna uwierzyć w to pierwsze, bowiem żadne z wydarzeń życia codziennego nie wydaje mi się przypadkowe. To samo mogli powiedzieć chyba bohaterowie Bokurano, przynajmniej przez pewien okres czasu. Ale wracając do recenzji i standardowego wstępu. Pewnego przypadkowego dnia, grupa przypadkowych dzieciaków w ilości sztuk piętnaście, wybrała się na przypadkową plażę. Tam czystym przypadkiem zawędrowali do przypadkowej jaskini, w której to... Oh, miało być na poważnie. Przepraszam, przepraszam. Nasi bohaterowie spotykają tam podejrzanie wyglądającego mężczyznę otoczonego niemniej podejrzanym sprzętem i choć prawdodpobnie każde z nas na ich miejscu wiałoby gdzie pierz rośnie, dzieciaki wdają się z nim w konwersację. Zostają zaproszeni do gry, co prawda, niekonecznie wytłumaczono im na czym owa gra miałaby polegać, jednakże dziecięca ciekawość zwyciężyła i grupa decyduje się wziąć w niej udział. Każdy pokolei dotyka płytki podstawionej przez Kokopelliego (gdyż tak na imię ma mężczyzna) i... jak gdyby nic, chwilę potem budzi się na plaży. Zdezorientowane dzieci postanawiają zapomnieć o całym zdarzeniu po czym wracają do ośrodka, bagatelizując sprawę. Gdyby tylko wiedzieli, w co właśnie się wpakowali!

Marzę o posiadaniu umiejętności wprawnego streszczania anime. Nieważne ile razy, za każdym jednym wychodzi tak samo - niby coś powiedziałam, ale dalej nic nie wiadomo. Tak też jest chyba i w tym przypadku. Jeżeli więc pozwolicie, przejdę do mojej nieco lepiej opracowanej strategii i po prostu opiszę swoje uczucia (a tych jest naprawdę niemało!) względem Bokurano. Fabuła. Grupka nastolatków, ba, bliżej im do dzieci, ratująca świat z pomocą gigantycznego robota. Mało abmitny shounen? Nie, ponoć dramat i to wzruszający. Spodziewając się typowego wyciskacza łez, do którego fabuła jest właściwie niepotrzebna, byłam nieco zaskoczona jej skomplikowaniem, oczywiście, zaskoczona w sposób pozytywny. Fakty związane z grą, w którą "wrobieni" (teoretycznie sami wyrazili na nią zgodę) zostali bohaterowie, są pojedynczo odkrywane i wyjaśniane nam przez twórców w trakcie trwania całej serii. Na dobrą sprawę, wszystkie brudy wychodzą na wierzch dopiero pod koniec, co pozwala utrzymać widza w napięciu i podekscytowaniu oraz nie powoduje, iż seria sprawia wrażenie przesadnie uproszczonej. Nie mogę powiedzieć, że sam szkielet fabularny to szczyt oryginalności czy weny twórczej - wręcz przeciwnie, Bokurano udowania, iż z prostych założeń można wydobyć coś wartościowego, intrygującego oraz niezwykle poruszającego. Jak chyba w każdej mojej recenzji, preferuję pominąć użycie możliwie jak największej ilości faktów - odkrywanie ich samemu sprawia o wiele więcej przyjemności. Nie czytajcie innych recenzji czy nawet opisów często widniejących nad odcinkami, są one pełne spoilerów na które i ja się niestety natknęłam.

Najcięższym orzechem do zgryzienia są dla mnie bohaterowie, bowiem opisanie całej piętnastki (nie licząc postaci pobocznych, co daje nam prawie dwukrotnie większe grono) wydaje mi się zadaniem niemal niemożliwym, tym bardziej, iż wielu z nich nie dostało przesadnej ilości czasu antenowego. Bardzo uogólniając więc - bohaterowie Bokurano to komplet niezwykle zróżnicowany, każdy bohater jest zupełnie inny i równie też inne prezentuje podejście do życia czy samej gry. Są postacie bojaźliwe, są i odważne, mamy dziewczęta pełne kompleksów jak i bardzo pewne siebie, poważnych, lekkoduchów, uprzejmych i tych nieco mniej. Pod tym względem, nie umiem zarzucić Bokurano absolutnie nic. Każdą postać cechuje realizm, w krótkim czasie przechodzą one również rozwój wypadający bardzo naturalnie. Co prawda, to prawda, biorąc pod uwagę taki, a nie inny tok wydarzeń, ciężko się do kogokolwiek przywiązać, jestem jednak zupełnie pewna, iż historie większośći z dzieciaków (a szczególnie mojego faworyta, Daichiego) poruszą nawet najtwardsze serca.

O projekty postaci nie wprawiły mnie w zachwyt, animacja zdobyła moje uznanie niezwykłą płynnością. Twórcy nie zdecydowali się również na użycie 3D, za co jestem im niezwykle wdzięczna, bowiem ostatnimi czasu aż cierpię na sam widok zrobionych tą techniką mechów. Na soundtrack w tle, dobrany absolutnie perfekcyjnie, składają się prześliczne utwory fortepianowe i skrzypcowe, jednak to i tak nic w porównaniu z openingiem, będącym prawdopodobnie najbardziej przejmującym utworem, jaki kiedykolwiek słyszałam w jakimkolwiek anime. Równie udanie wypadły oba endingi, szczególnie drugi, jednocześnie niezwykle smutny i uspakajający.
Nie jestem w stanie skrytykować Bokurano pod żadnym względem - choć istniały mikroskopijne niedociągnięcia, moje pozytywne wspomnienia zdecydowanie przeważają. Nic tylko przygotować spore pudełko husteczek i zasiadać do seansu - rekomenduję szczególnie osobom poszukującym dramatu, niebędącego jedocześnie kolejnym, Clannadopodobnym tworem.

Grafika - 7/10
Muzyka - 9/10
Fabuła - 8/10
Bohaterowie - 10/10
Całokształt - 9/10

Zachęcam do przesłuchania openingu, Uninstall, a nuż zgarnie on kolejnego fana:
Następny PostNowsze posty Poprzedni postStarsze posty Strona główna