1. Sakamichi no Apollon - Wybór pierwszego miejsca był dla mnie z góry raczej oczywisty. Sakamichi jest perfekcyjnym przedstawicielem gatunku pod każdym względem; idealny balans okruchów życia, nutki komedii, dramatu i romansu. Wszystkiego w doskonałych proporcjach, show przygrywa wyśmienita muzyka pani Yoko Kano - jazz spokojniejszy i nieco bardziej skoczny, kilka nowych aranżacji klasycznych utworów, ale i mnóstwo własnych kawałków. Przyjaźń, miłość, dorastanie, szukanie swojego miejsca na ziemi; historia z początkiem i słodko-gorzkim zakończeniem. Najpiękniejszy ending roku 2012. Forsuję, gdy tylko mogę, nie waham się zrobić tego i teraz - to trzeba zobaczyć.
2. Eikoku Koi Monogatari Emma - Czyż wiktoriański romans ślicznej pokojówki z wysoko usytuowanym szlachcicem nie brzmi jak najnudniejsza i najbardziej przewidywalna rzecz na świecie? I taka też Emma nie jest. Oprócz czynników raczej trywialnych, jak cudowny soundtrack i dopracowana grafika, Emma zachwyca spokojnym, odprężającą atmosferą, elegancją, dojrzałością bohaterów i fabuły czy unikalnym klimatem. Jest jak perłowa bransoletka na aksamitnej poduszeczce, wytworna, delikatnie błyszcząca, skromna, acz piękna, bez niepotrzebnych ozdóbek, idealna sama w sobie. Prosta, niewydumana, a przy tym zachwycająca historia miłosna. Polecam zapoznać się zarówno z anime, jak i mangowym pierwowzorem, wydawanym w ojczystym języku nakładem Studia JG.

3. Nana - Niemal czterdzieści odcinków bajki, którą równie dobrze można podsumować krótkim zdaniem - dwie imienniczki, będące swoimi przeciwieństwami spotykają się, zostają przyjaciółkami na dobre i złe oraz mają Życiowe Kłopoty. Seems legit? Choć Nana ma wielu oddanych fanów, jedno musi zostać powiedziane; owszem, z tak prostego scenariusza utkano pasjonującą opowieść o prawdziwym, realistycznym aż do bólu, dorosłym życiu. Bohaterom nieobce są pokusy, problemy finansowe, niemożność podjęcia pracy w zawodzie, rozpady związków, zdrady, a nawet wpadki. Postacie są mieszaniną osobowości, każdy ma swój unikatowy charakter, który zdarza im się rozwijać, zauważać własną głupotę, przyznać do błędu. Bonus? To anime muzyczne, z protagonistką o niebiańskim głosie! Moje nadzieje są raczej złudne, acz dałabym wiele, by pani Aizawa dokończyła historię, dając jej wspaniały finał, na jaki zdecydowanie zasługuje. Idealna pozycja dla dojrzalszego odbiorcy, spragnionego realistycznego romansu.

4. Millenium Actress - Kolejną pozycją na mojej liście jest jedna z czterech kinówek Satoshiego Kona, prawdziwego mistrza w swoim fachu, gone2soon - kto wie, jak wyglądałyby jego kolejne dzieła. Wracając jednak do omawianego filmu, który zdecydowanie różni się klimatem od pozostałych produkcji autora, czego bynajmniej nie uznałabym za wadę. Krótka, acz niezwykle wymowna, klasyczna, spokojna, a za razem interesująca historia życia emerytowanej aktorki, prowadzona w zawiły, dodający całości wspomnianej już unikatowości, sposób, umożliwiający również zgrabne przedstawienie wydarzeń na przestrzeni kilkunastu, a wręcz kilkudziesięciu lat. Zachwycające scenerie, piękny soundtrack oraz nutka melancholii - must watch dla każdego.

5. Spice & Wolf - W połowie zestawienia umieszczam uniwersum, którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Rezolutna wilczyca Horo podbija serca wielu od swojego ekranowego debiutu cztery lata temu. Nie gorzej prezentuje się jej partner w podróży, kupiec Lawrence Craft. Razem są kopalnią błyskotliwych dialogów i kojących serce scen. Ekonomia w połączeniu z fantasy i romansem - yis, it does work. Nie liczyłabym specjalnie na trzeci sezon, jednakże mamy jeszcze nowelkę, zdecydowanie lepszą od niemrawej mangi i nieznacznie przewyższającą poziom anime.
6. Kanon (2006) - Produkcje od Key'a są takie, jak każdy widzi; łzawe, przerysowane, wypełnione kawajaśnymi dziewczątkami z Wielkimi Problemami, nic zaskakującego. A jednak, chociaż Kanon ewidentnie zawiera wszystkie ww elementy, posiada coś jeszcze - fabułę oraz bohaterów. Historie dziewcząt, choć niezaprzeczalnie ocierające się o supernatural są interesujące oraz dopracowane, a co najważniejsze - autentycznie wzruszają, a nie powodują gwałtowne uniesienie brwi. Pewnie, to nie jest perfekcyjna bajka. Da się ją po prostu lubić, wraz z postaciami, protagonistą na czele, nawet pomimo ich pozornie sztampowych charakterów. Seria idealnie ukazuje przemianę nastolatka w dorosłego, przedstawiając zmiany w ich zachowaniach. A na samo wspomnienie soundtraku się rozpływam.

PS Omawiam wyłącznie remake, nie odpowiadając za pierwszą serię, której nie oglądałam (i nie zamierzam, bowiem wystarczająco nasłuchałam się narzekań. Zresztą, wystarczy spojrzeć na tę grafikę.)

PS 2 Najlepsza dziewczynka wygrywa!

7. ef - a Tale of Memories/Melodies - Porządna seria z wątkiem romantycznym, niemieszcząca się w uniwersum Monogatari od SHAFTu, istny ewenement. Lubię SHAFT, ale to nie zmienia faktu, że naprawdę nie umieją into dramy. Nie wierzyłam więc w Ef. A potem je obejrzałam. I byłam zachwycona. Nie, nie nazwałabym tej bajki najlepszą, jaką widziałam. Ani nawet drugą najlepszą. Nie mogę też odmówić jej niepowtarzalnego klimatu, czuć zbliżające się problemy, skupiono się wyłącznie na sferze uczuciowej, to relacje między postaciami grają pierwsze skrzypce. Zresztą, skrzypce, zachwycające skrzypce, przygrywają również w tle. Head tilty jeszcze nigdy nie były tak smutne.
8. Natsuyuki Rendezvous - historia prosta jak drut, on, ona i duch jej zmarłego męża, a ma swój klimat i przyciąga. Nie spodziewałam się tego po jedenastoodcinkowej bajce, ale moim największym zarzutem jest... długość. Gdyby zrobić z tego film lub OAV, Natsuyuki uplasowałoby się kilka miejsc wyżej. W każdym jednak razie, to i tak przyzwoite anime, opowiadające o niespecjalnie dorosłych, dorosłych ludziach, akceptowaniu przeszłości, ruszaniu na przód. Protagonistka to raczej nijaka kobieta, pałam natomiast mnóstwem sympatii do Hazukiego, jej młodego współpracownika. Przyjemna bajka do ciasteczka i kubka herbaty.

9. Ristorante Paradiso - o Ristorante Paradiso pisałam już całą recenzję. Zainteresowanych odsyłam więc do archiwum, aby nie powtarzać wspomnianych już zalet i wad omawianej serii.
A co tam, podrzucę nawet bezpośredniego linka:  http://hiyolandia.blogspot.co.uk/2014/01/spokojny-romans-w-tropikalnych-woszech.html

10. Sakurasou no Pet na Kanojo - gdyby nie Misaki i Jin oraz Ryuunosuke z Ritą, bohaterowie drugoplanowi, Sakurasou prawdopodobnie nie znalazłoby się w tym zestawieniu w ogóle, bowiem para protagonistów nie tworzy zbyt udanego związku - ba, wcale w nim nie jest. Nie zrozumcie mnie źle; to fantastyczna seria, jednak "najgłówniejszy" wątek romantyczny wypada dość blado na tle wyże wymienionych i gatunku w ogóle. Niemniej jednak, wszechobecne ciepło, humor, odprężająca atmosfera nadrabiają z nawiązką, czyniąc z Sakurasou naprawdę udane okruchy życia, choć niekoniecznie romansowe. Kupujcie blureje, a nuż zrobią nam drugi sezon.




Bonusowo, wstępna lista bajek, które planuję oglądać jesienią - może zwłoka z notką zostanie mi wybaczona.

-Terra Formars - czekam motzno.

-Denki-Gai non Hanya-san - postacie z plakatu przypominają mi bohaterki Joshiraku i chyba dlatego tak pozytywnie się na to nastawiam.

-Amagi Brilliant Park - I have strange feeling it's gonna be shit... cóż, w końcu KyoAni i haremowa nowelka. Oczekuję cukierka dla oczu, i tyle będzie more than enough.

-Selector Spread Wixoss - pierwszy sezon był całkiem śmiechowy, nie spodziewałam się, że ktokolwiek wpadnie na pomysł robienia drugiego.

-Log Horizon 2 - z jednej strony - jesus christ, więcej Log Horizona!1111, z drugiej - robi go DEEN, który zdążył już udowodnić, jak bardzo nie umie into robienie bajek... I'm kind off worried.

-Ushinawareta Mirai wo Motomete - opis brzmi wcale nieźle, ale adaptacja eroge i to fully CGI... obejrzym, zobaczym.

-Fate/Stay Night (2014) - o ile Shirou-People-Die-If-They-Are-Killed Emiya nie będzie protagonistą, potencjalny kandydat do drugiej najlepszej bajki sezonu (wszak Mushishi).

-Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo - mecha od Sunrise, czyli albo kolejna Gundamlike pozycja, albo coś ciekawego.

-World Trigger - nie będę się oszukiwać, to nie krótki opis przykuł  moją uwagę. Plakat jest świetny.

-Nanatsu no Taizai - słyszałam o mango sporo dobrego, ale shounen z narwanym protagiem...seems legit.

-Ookami Shoujo to Kuro Ouji - shoujo do zabicia kilku szarych komórek, ciekawe jak bardzo to będzie Ao Haru Ride.

-Gugure! Kokkuri-san - guilty pleasure I sense.

-Shingeki no Bahamut - Genesis - bajka na podstawie karcianki ze ślicznymi chara designami, bo czemu nie.

-Orenchi no Furo Jijou - guilty pleasure I sense once again.

-Inou Battle wa Nichijou-kei no Naka de - jestem ciekawa, co Trigger znowu zmaluje. Gdyby nie studio, rzekłabym, że kolejna gównoharemówka z przygłupim protagiem, zobaczymy więc.

-Akatsuki no Yona - z jednej strony, widzę reverse harem o samurajach, z drugiej...mango stoi naprawdę wysoko na MALowym rankingu. Moja ciekawość sięga zenitu.

-Kiseijuu - wciąż liczę na jakiś dobry horror w tym roku, srsly.

-Shirobako - mam cichą nadzieję, że P.A. Works pokarze w jaki sposób szympans którego zatrudnili specjalnie do produkcji Glasslipa pisze swoje scenariusze, a profesjonalni animatorzy rysują mu tła. Nie, szczerze powiedziawszy, po Glasslip nieprędko zaufam czemuś od studia, które niegdyś ceniłam.

-Sanzoku no Musume Ronja - zobaczmy, jak bardzo młody Miyazaki to skopie, shall we.

-Mushishi Zoku Shou 2 - MushishiMushishiMushishi ♥

-Donten ni Warau - nowość, na którą czekam prawdopodobnie najbardziej ze wszystkich, planuję również rzucić się na mango od Waneko.

-Danna ga Nani o Itteru ka Wakaranai ken - bajki o otakusach zawsze brzmią zabawnie.

-Psycho-pass 2 - nowy sezon Psycho-passsa, must watch.

-Shigatsu wa Kimi no Uso - kolejna pozycją, którą hypię już jakiś czas, wszak połączenie dramy, romansu oraz serii muzycznej.

24 pozycje + 4 leftovery,,, oh well, wish me luck.
1. Ghost Hunt - Jedyna chińska bajka, która sprawiła, iż podczas oglądania w przyciemnionym pokoju, nieomal śmiertelnie przeraził mnie dźwięk domofonu. Świetnie wykreowany klimat, dobrze dobrany setting, piękna, nastrojowa muzyka - choć na liście posiadam serie o wiele bardziej skomplikowane fabularnie, z głębszym przesłaniem, lepiej skonstruowanymi bohaterami, Ghost Hunt stanowi jedyny przykład autentycznego straszaka, a tutaj oceniam właśnie wpasowanie się w kategorię "horror". Świetna rozrywka na wolny wieczór, gratka dla fanów dreszczyku na plecach, z małym bonusem w postaci cokolwiek niezłego wątku romantycznego.  Osoby o słabych żołądkach mogą czuć się spokojne - seria udowadnia, że da się zrobić udany horror, bez wylewania wiader krwi tudzież przerzucania kilogramów flaków przez ekran. Pozycja obowiązkowa dla fanów kina grozy.

2. Mononoke - Miejsce drugie różni się od mojego namba łan w zasadzie wszystkim, prócz gatunku. Mononoke to zbiór wysublimowanych historii, stanowiących swoiste dzieło sztuki, albowiem wszystkie razem i każda z osobna zachwycą swoim stylem nawet najwybredniejszych krytyków. Nie odnoszę się wyłącznie do interesującej, niezwykle barwnej i starannej, oprawy graficznej,  ale również do wykwintnej atmosfery oraz pomysłowości przy ekranizowaniu kolejnych opowieści, dość luźno inspirowanych japońskim folklorem i kulturą. Cudownie błyszczący brylant, niestety, zakopany pod górą paskudnego mainstreamu. Jedna z tych bajek, którą prędzej czy później, każdy po prostu musi zobaczyć, a i warto taką pokazać sceptykowi japońskiej animacji.

3. Kara no Kyoukai - Podium zamyka pozycja z jeszcze innej beczki, seria siedmiu filmów, w bólach wychodząca przez dwa lata. Było jednak na co oczekiwać, a wysiłek włożony w przygotowanie każdej kinówki jest widoczny gołym okiem - zachwycająco szczegółowa animacja, troska o najmniejsze detale, tła, mimikę twarzy, wybitny soundtrack Yuki Kajiury. Brutalna, bezwzględna, czasem dramatyczna i smutna opowieść o miłości, która pozornie nie miała racji bytu. Cons? Nierówny poziom. O ile pierwszy, drugi i siódmy film, to istne masterpieces, nie mogę użyć równie pochlebnych słów w stosunku do chociażby piątego (chyba z winy protagonisty a'la Shirou-People-Die-If-They-Are-Killed Emiyi). Ale cóż, w tym przypadku, nie umiem być obiektywna. Naprawdę polecam zapoznać się z całym uniwersum.

4. Shiki - Wampiry, którym na szczęście daleko do sparklowania, polemiki na temat "zła" i "dobra", poruszające studium zdradliwej i niestabilnej natury człowieka, a to wszystko tylko zalążek iście filozoficznej historii, w której dobitnie dowiadujemy się, że nic nie jest tylko białe lub czarne. Smutnie realistyczna bajka, z góry skazana na brak happy endu. Wystarczy przebrnąć przez nieco nudniejsze, pierwsze dziesięć odcinków, aby dosięgnąć do istnego cudeńka. Klimat adekwatny do horroru, choć nie oszukujmy się, tu najważniejszy jest dramat. Niemniej jednak, nie wyobrażam sobie tej listy bez Shiki.



5. Higurashi no Naku Koro ni - Moje ulubione anime wszech czasów, obiektywnie umieszczone w połowie zestawienia, głównie z powodu niewielkiej ilości elementów typowych dla horroru, raczej nie potrzebuje przedstawienia lub zarysu fabuły - Higurashi zna praktycznie każdy i bardzo dobrze. Nie będę mówić nic, to jedna z tych bajek, o których lepiej wiedzieć jak najmniej. Niezaznajomionym z uniwersum, choć śmiem powątpiewać, jakoby znaleźli się tacy, poleciłabym po prostu obejrzeć, wszak cholernie warto.




6. Ayakashi: Japanese Classic Horror - Prequel do Mononoke, nieznacznie od swojego następnika słabszy, acz wciąż warty uwagi. Od perfekcyjnej historii z Bakeneko, przez solidną opowieść o odizolowanej od świata księżniczce, po nieco nudną adaptację japońskiej sztuki, innymi słowy - jak w przypadku Kary no Kyoukai, poziom jest po prostu nierówny. Najmocniejszymi stronami Ayakashi są zdecydowanie soundtrack (ciekawa mieszanka rapu, elektroniki, fortepianu i melancholijnego popu), śliczna grafika, o której mogę powiedzieć w zasadzie tyle samo, co o Mononoke, niepowtarzalny klimat i luźne nawiązania do kultury oraz folkloru Japonii, które dzięki dobrej narracji, zrozumieją nawet laicy w tej dziedzinie.


7. Petshop of Horrors - Chiński hrabia, prowadzący sklep z osobliwymi zwierzętami w nowojorskim chinatown - brzmi ciekawie? I takie też jest. A największa wada? Długość. Tak fantastyczna manga (którą, co niezwykle mnie raduje, wydaje u nas Taiga) zasługuje na pełną adaptację. Niestety, zekranizowano jedne z mniej interesujących historii, co nie zmienia faktu, iż mamy do czynienia z porządnym, klimatycznym serialem. Lekko archaiczna kreska, która w mandze prezentowała się prześlicznie, w anime zdecydowanie została poddana deformacji ze względów cięć budżetowych, acz zachowano oryginalne projekty postaci. Reasumując - dobra OAV na rozpoczęcie przygody z charyzmatycznym Hrabią. Mimo wszystko, manga >>> anime.


8. Ghost Hound - Tak, owszem, spokojnie - zdaję sobie sprawę, iż Ghost Hound stricte horrorem nie jest, aczkolwiek klimat utrzymujący się gdzieś do okolic odcinka dziesiątego utwierdzał mnie w przekonaniu, że tak tę serię powinno się traktować (i lepiej by całość wyszła, gdyby w podobny sposób została poprowadzona do końca, ale to już inna sprawa). Z pierwszą pozycją na mojej liście, omawianej bajki nie łączy jedynie podobny tytuł, a duchowa tematyka, tym razem podana w naukowy sposób. I wiecie co? To właśnie jej największa wada. Fabuła jest naprawdę interesująca, warstwa psychologiczna dobrze rozwinięta, bohaterowie idealnie pasują do settingu, skądinąd sztampowego (mała, odizolowana miejscowość, w której mieszkańcy Plotkują), lecz mającego jakieś logiczne wytłumaczenie, a gęsty, ciężki klimat można by nożem kroić, na szczególną pochwałę zasługuje również grafika oraz cudowny opening, co psują nudne, książkowe wykłady, próbujące objaśnić obecność wszystkich zjawisk nadprzyrodzonych - dla jednych może to być jednakże zaletą. Polecam po prostu przekonać się samemu.

9. Kemonozume - Coś zdecydowanie dla starszego widza, seria przepełniona potworną (metaforycznie i dosłownie) brutalnością, czarnym, rzeźnickim humorem, nagością, erotyką, eksperymentująca z grafiką i konwencją. Szalone, groteskowe, ale i bardzo ciekawe, niewychodzące jednak niestety poza takie ramy, acz wyraźnie próbujące się im wymknąć. Fabuła prosta jak drut, luźno nawiązująca do wspominanego już "człowieka w potworze, i potwora w człowieku", lekko nieskładna i dziurawa, nieskomplikowani, acz...cóż, "sympatyczni" to bynajmniej nie jest odpowiednie słowo, bardziej dający się lubić, bohaterowie, soundtrack równie osobliwy, a i w swojej dziwaczności zaskakująco udany. Zdecydowanie nie dla każdego, aczkolwiek wielu ten eksperyment powinien przypaść do gustu.

10. Cossette no Shouzou - Last but not least, krótkie, trzyodcinkowe OAV, mieszające elementy kina grozy nieco bardziej gore, dramatu oraz romansu. Można by rzec, kolejna opowiastka, o tragicznej miłości skazanej na niepowodzenie i choć pałam sympatią do omawianego tytułu... nie umiem się z tym nie zgodzić. Abstrahując od niewątpliwie przepięknej strony audiowizualnej (Yuki Kajiura, co tu dużo mówić, nieznane mi z nazwy studio Doumu, definitywnie przyłożyło się do grafiki, która jest wręcz zachwycająca), anime okazało się niestety za krótkie, by w pełni rozwinąć oraz wyjaśnić dość skomplikowaną intrygę. Rekomenduję z lekkim dystansem, nie bez powodu wszakże umieściłam Cossettte jako ostatnią pozycję na liście.

Czas: odległa przyszłość. Miejsce: Ataraxia, ludzka kolonia na jednej z mniejszych planet. Wiele lat temu, poprzez własną głupotę i niedbalstwo, ludzkość doprowadziła do zniszczenia Ziemi i została tym samym zmuszona do ewakuacji. Nasz gatunek osiedlił się na wielu planetach, wprowadzając system kontrolujący rozmnażanie się. W ten sposób pary wychowywały dzieci niezwiązane z nimi krwią, do czasu, gdy ich adoptowane potomstwo nie osiągało czternastego roku życia (postrzeganego jako pełnoletność). Wtedy to pretendent do nowego, dojrzałego obywatela, przechodził tak zwany "Test dorosłości", oraz związane z nim pranie mózgu, podczas którego zostawała mu usunięta znaczna część wspomnień, aby ułatwić rozstanie się z domem rodzinnym i pozostawionymi tam przyjaciółmi. Następnie młodzież przechodziła wieloletni trening, mający przygotować ją do funkcjonowania w takim społeczeństwie. Wraz z jego zakończeniem, przed dwudziestoparoletnimi już ludźmi, rozchodziły się dwie ścieżki - służba w imieniu Matki Elizy, superkomputera kontrolującego cały ten system bądź powrót na rodzimą ziemię oraz prowadzenie normalnego życia. Naszego protagonistę, energicznego blondyna zwanego Jomy Marquis Shin, poznajemy w przeddzień jego czternastych urodzin. Oczywiście, chłopak jest niezwykle podekscytowany niechybnie zbliżającą się dorosłością, co częściowo przysłania nawet jego smutek związany z pozostawieniem rodziców i przyjaciół na Ataraxii. Czas jednak na akcję właściwą i pierwszy plottwist - okazuje się bowiem, iż Jomy przynależy do rasy Mu, zmutowanych ludzi, obdarzonych zdolnościami parapsychicznymi i właśnie dlatego, wyklętych oraz zmuszonych do tułania się po Galaktyce, przez swoich prekursorów. Choć na początku odrzuca swoje prawdziwe pochodzenie, szybko przekonuje się, że na Ataraxii nie ma już dla niego miejsca i postanawia dołączyć do długiej, długiej wędrówki swoich pobratymców, którzy witają go z otwartymi ramionami. Wielką, międzyplanetarną i międzygatunkową wojnę, w której polegnie wielu, czas zacząć!

Terra e... jest drugą (i zdecydowanie o wiele bardziej udaną) adaptacją mangi z roku 1976 o tym samym tytule. Dwadzieścia sześć odcinków to przemyślana w każdym calu, skomplikowana, niezwykle dopracowana oraz zwyczajnie emanująca epickością historia, przedstawiająca wątpliwe zalety bycia odmieńcem. Odwieczny konflikt pomiędzy Mu, a ludźmi, zdaje się być niemożliwym do zażegnania. Celem rasy odmieńców jest dostanie się do ich upragnionego raju, porzuconej przed laty Terry, czyli po prostu Ziemi. Cechuje ich spokój, wytrwałe dążenie do obranego sobie celu, dobroć serca oraz gotowość do pomocy pobratymcom. W kontraście, ludzie są zawistni i bliżej niezrozumiale, dążą do pozbycia się wszystkich istniejących Mu. Przez ten raczej niedługi czas ekranowy, dobrze poznajemy obie strony, co jest definitywnie zrozumiałe, biorąc pod uwagę, iż w świecie bohaterów mija przynajmniej dwadzieścia lat. Rozmieszczenie akcji na tak długi okres wiąże się z ogromnym ryzykiem - Terra e... zdaje jednak egzamin śpiewająco, bowiem pacing jest idealny, informacje zostają dozowane stopniowo, ale koniec końców dowiadujemy się wszystkiego, zakończenie nie pozostawia żadnych niedomówień. Jest czas na walki, swoje momenty dostały również dialogi pomiędzy bohaterami, ich osobiste rozmyślenia, rozterki, nie ma za to absolutnie żadnych wstawek komediowych czy luźniejszych chwil, co dla niektórych może stanowić wadę, inni właśnie za to tę bajkę pokochają. Osobiście muszę przyznać, iż momentami podniosła i stuprocentowo poważna atmosfera mnie męczyła, czasem jednak oglądałam sześć odcinków pod rząd, nie mogąc się doczekać dalszego ciągu. Fabuła nie zawiera żadnych dziur, wszystko zostaje logicznie wyjaśnione, a pojedyncze wątki doprowadzone do końca. Składna, sensowna, a przede wszystkim, cholernie wciągająca, porusza temat natury "ludzkości", rozprawia nad przekleństwem bycia odmiennym, stawia w wątpliwość idealność systemu - wszystko to można z łatwością odnieść do naszego współczesnego świata, wszak nieobce są w nim wyżej wspominane sprawy. 

Bardzo rozległy komplet bohaterów, otwiera wspomniany już Jomy Marquis Shin. Poznajemy go jako dziecko i przez całą serię obserwujemy jego drogę przez życie. Zmiany, jakie zachodzą w jego światopoglądzie, są wprost niewiarygodne, bowiem kończy jako zupełnie inny człowiek, aczkolwiek w dobrym sensie tego stwierdzenia. Nietrudno zauważyć, jaki wpływ mają na niego kolejne wydarzenia, które na pewno miałyby podobny na każdą inną osobę. Z beztroskiego chłopca, zmienia się w łagodnego, acz zdecydowanego i zdeterminowanego, przywódcę, gotowego oddać życie za przedstawiciela swojej rasy, rasy, którą kiedyś jawnie gardził - ciężko mu się jednak dziwić, gdyż tak został po prostu wychowany. Jak stwierdziłam już w pierwszym zdaniu, postaci jest wiele, postaram się więc omówić tylko te istotne dla fabuły. Z Ataraxii do statku Mu, Jomiemu pomaga się dostać niejaki Soldier Blue, ówczesny przywódca grupy, stojący na jej czele od przeszło trzystu lat, o którym dowiadujemy się stosunkowo niewiele (i któremu głos użycza, fantastyczny as ever, Tomokazu Sugita). Mamy również niewidomą wieszczkę, niespecjalnie dającą się lubić, gdyż jej rola ograniczała się do powtarzania przydomka Blue w nieskończoność, Physis, głównego wroga Mu, poznanego dopiero w połowie serii, Keitha Anyan, dziecko Mu, wychowywane przez niczego nieświadomych rodziców, Shiroe Seki Ray, młodzieńcze zauroczenie Jomiego, Swenę Dalton, jego starego przyjaciela Sama Huston i cały statek młodszych i starszych Mu. Poziom pod tym względem jest co prawda bardzo rozbieżny, jednak doskonała kreacja protagonisty, Keitha Anyana, Toniego (chłopca urodzonego naturalnie, czyli stanowiącego wyjątek pod tym względem) oraz Shiroe, zasługują na bardzo wysoką notę.

Zupełnie subiektywnie - jestem zachwycona stroną wizualną. Oryginalne projekty postaci, rysowane w charakterystyczny dla lat 70 sposób, zmodernizowano, pozostawiając jednocześnie pierwotny zamysł rysowników. Oczy bohaterów, zarówno męskich i żeńskich, okalają długie rzęsy, włosy bywają różnokolorowe i rhomantycznie rozwiane (patrz: czupryna Toniego), rysy twarzy są raczej delikatne, wiele postaci cierpi na wczesne objawy anoreksji, choć ciężko tu mówić o typowych, długorękich i długonogich bizonach. Zarówno Mu, jak i ludzie, noszą fantazyjne mundury, których peleryny furkoczą na wietrze. Graficznych fajerwerków może i nie ma, przy walkach nie stawiano na efekciarstwo, a staranność i anatomiczną poprawność. Animacja nie straszy przesadnym użyciem CGI, nieliczne wstawki dobrze komponują się z chara designami. Walkom towarzyszą podniosłe, skrzypcowe utwory, soundtrack obfituje również w nieco spokojniejsze kawałki, w których słychać flet, harfę, fortepian czy chórki, do kontrastu wrzucono również interesującą elektronikę. Muzyka jest niezwykle udana i stosowana z wyczuciem. Pochwalić muszę również fenomenalny, pompatyczny, pierwszy opening, drugi spodobał mi się nieco mniej, natomiast kompletnie nie poczułam obydwu endingów, brzmiących dość kiczowato. 

Dochodząc do konkluzji prawdopodobnie najpoważniejszej (nie byłabym w stanie napisać inaczej o serii z podobnym klimatem) recenzji na moim blogasku, wypadałoby jakoś zebrać wszystkie myśli i wybrać docelowego odbiorcę. Zdecydowanie wskazałabym na dojrzalszego widza, szukający lekkiej rozrywki mogą się srodze zawieść. Połączenie space opery i sci-fi nie było i pewnie nie będzie moją broszką, niemniej jednak, Terra e... przekonała mnie do gatunku i utwierdziła w przekonaniu, iż warto czasem otworzyć się na nieznane. Epicki rozmach, piękna grafika, cudowny soundtrack, wciągająca do cna fabuła - anime niemal perfekcyjne. Słowo "polecam" wydaje mi się tu zbędne. Po prostu sami to zobaczcie.

Bohaterowie - 9/10
Fabuła - 10/10
Grafika - 8/10
Muzyka - 9/10
Całokształt - 9/10
Po powrocie z cokolwiek udanych wakacji, wracam na blogaska z entuzjazmem nieco większym, niż przy ponownym zetknięciu z szarą rzeczywistością. Już od jakiegoś czasu planowałam skonstruować grafik dla usprawnienia publikacji notek (deadline ciążący nad głową potrafi zmotywować mnie do zabrania się za klawiaturę) oraz wprowadzić nową ich formę - zestawienie najlepszych dziesięciu (w mojej subiektywnej opinii, zaznaczam, mojej własnej opinii, która może różnić się od zdania Czytelnika, co nie znaczy, że w jakikolwiek sposób staram się ubliżyć czy znieważyć tytuły niewymienione - nie widziałam absolutnie wszystkiego, ale i niekoniecznie dzielimy gusta, po prostu respektujmy wzajemną opinię) seriom, czy to w gatunku, czy w roku, czy w jakikolwiek inny sposób powiązanych ze sobą serii. Na dole postu przedstawiam wstępną wersję i pierwsze top 10; zdecydowałam się zacząć od połączenia romansu i komedii, czyli mojego czarnego konia, wszak właśnie w tych klimatach jestem najbardziej rozeznana.  Chciałabym również dodać iż miejsca nie mają zbyt głębokiego znaczenia, od siebie polecam wszystkie wymienione serie i z bólem serca szeregowałam je w jakiejś kolejności. Nie przedłużając, just enjoy it.

1. Toradora! - "Shoujo dekady", "mesjasz gatunku", "najlepszy rom-com wszech czasów" to jedne z licznych epitetów, które można usłyszeć na temat Toradory. Stawiana na piedestale przez wielu, znajduje się na nim również na mojej liście. Czyżby moja dusza hipstera mnie zawodziła? Niestety, a może właśnie stety, Tora to jeden z chlubnych wyjątków bajek, które faktycznie są tak wyborne, "jak wszyscy mówią". Mogłabym pisać poematy o mojej miłości do Ryuujiego, protagonisty, rozpływać się nad fantastycznym korzystaniem z utartych schematów, dalej tworząc niezwykle udaną i nieprzewidywalną serię, chwalić dobrze przemyślane i storyline, ogromny chara development, czy chociażby tak po plebejsku pochwalić śliczne openingi, jednak powiem tylko tyle - absolutny must watch dla każdego fana gatunku, jeśli nie miłośnika chińskich bajek w ogóle.


2. Nodame Cantabile - Choć długo wahałam się nad dwoma pierwszymi miejscami, drugą, acz wcale nie odstępującą mocno od pierwszej, pozycję, przyznaję dla odmiany joseiowi. Nodame Cantabile jest przeuroczą opowieścią, pełną ciepła i humoru, obierającą za miejsce akcji szkołę muzyczną, a za protagonistów - roztrzepaną Megumi (tytułowa Nodame, od Noda Megumi) i wybranka jej serca (z początku nijak niepodzielającego tego uczucia), Chiaki Shinchiego. Dwa słowa - muzyka klasyczna. Wszystkie trzy sezony obfitują w zachwycające kawałki fortepianowe, skrzypcowe, oraz grane przez całą operę, często będące kompozycjami od znamienitych kompozytorów, jak Chopin, Beethoven, Brahms czy Bach. Bliska ideałowi perełka, zdecydowanie zasługująca na dużo większy rozgłos.


3. Chobits - Cofając się do lat 90 i jeszcze raz, targetowej widowni - shoujo. Co prawda manga nakładem JPFu została wydana nawet w naszej Cebulandii, myślę jednak, że Chobits nie cieszy się specjalnym zainteresowaniem, co jest mi kompletnie niezrozumiałe. Przy tak znamienitym humorze, niezwykle uroczym i niewinnym wątku romantycznym oraz sporej ilości pytań z rodzaju "ile z człowieka kryje się w maszynie, a ile bezlitosnej maszyny...w człowieku", nie powinno przeszkadzać nawet delikatne ecchi - nic ponad "normę", ot kilka dyskretnych ujęć na piersi Chii czy nielicznych pantyshotów tejże bohaterki, okazjonalne, "majtkowe żarty". Pokuszę się o stwierdzenie, że dla niektórych będzie to wręcz stanowiło atut. W każdym razie - czy to ze zdrowego rozsądku, czy może raczej głębokiej, subiektywnej sympatii oraz sentymentu, Chobits zamyka podium i jak w powyższych przypadkach, zdecydowanie polecam.


4. Ouran High School Host Club - mainstream znowu, hipster we mnie krzyczy i błaga o powrót do zmysłów, jednakże Ouran jest po prostu zbyt dobry, by zostać pominięty tudzież zepchnięty w głąb mojej listy. Panie, panowie i cała reszta, oto reverse harem, w którym główna bohaterka umie tupnąć nogą, a otaczający ją bishouneni naprawdę posiadają jakąś osobowość i mają w życiu inne problemy, aniżeli nieodwzajemnione uczucia heroiny. Dobre wyważenie pomiędzy romansem, a skądinąd naprawdę udaną komedią, zapewnia Ouranowi miejsce tuż po podium - po zakończeniu niezwykle udanej serii, polecam również sięgnąć po bodaj jeszcze lepszy, mangowy pierwowzór, wydany na naszej ziemi w całości przez JPF.


5. Suzumiya Haruhi no Yuutsu - Przez Haruiistów prawdopodobnie zostanę zjedzona za tak "niską" pozycję w rankingu, znajdą się i pewnie tacy (...mam nadzieję, że jednak nie), którzy wizerunki członków Brygady SOS widzą po raz pierwszy. Spiesząc z wyjaśnieniem - gdyby wyciąć przedrostek "romance", Haruhi plasowałaby się nawet na podium. Choć serii zdecydowanie nie można odmówić genialnego humoru, bohaterom, szczególnie niezastąpionemu Kyonowi, Itsukiemu czy samej protagonistce, wielkiej charyzmy, pod względem romansowym wypada dość baldo w porównaniu do konkurentów, co nie znaczy jednak, że taki wątek jest kompletnie nieobecny tudzież nieudany. Niemniej jednak, splendor i chwała, w jakiej pławi się uniwersum Haruhi, są kompletnie zasłużone (co tyczy się szczególnie perfekcyjnej kinówki), stąd wszyscy nieobeznani powinni natychmiast naprawić swój błąd i już w tym momencie ściągać pierwszy sezon.

6. Kamisama Hajimemashita - Najnowsza pozycja z listy, która szturmem wdarła się do moich skrytych ulubieńców zaledwie dwa lata temu. Panie i panowie - mamy pełnokrwiste shoujo z bohaterką poskalaną rozumem i biszem, którego cechuje coś oprócz ładnej buzi! Krótkie, zdecydowanie za krótkie, herbacianej opatrzności dzięki za zapowiedź drugiego sezonu, trzynaście odcinków to świetnie poprowadzony wątek romantyczny, garść świetnych gagów i szczypta poruszenia.  Oprócz liczby odcinków, jestem w stanie pokręcić nosem jeszcze tylko na stronę graficzną, która niekoniecznie przypadła mi do gustu (nie umiem nazwać się fanką anorektycznych kończyn czy oczu niczym spodki). Mam szczerą nadzieję, że kontynuacja mnie nie zawiedzie i dowiemy się jeszcze więcej o związku Tomoe z Nanmi oraz ich backstories. Kamisama nokautem wygrywa z dwoma shoujo wychodzącymi w tym samym sezonie, Tonari no Kaibutsu-kun oraz Sukitte linayo, które, nie wiedzieć czemu, zdają się cieszyć o wiele bardziej pochlebną opinią.

7. Seto no Hanayome - Heroicznie wypowiedzi, wielkie zapewnienia, przy akompaniamencie kwiatów wiśni, sparklujący ochroniarz w okularach przeciwsłonecznych czy do bólu przeciętny protagonista, raczej fartem, niż ze zdrowego rozsądku, zaręczający się z syrenią pięknością, żoną idealną... Czy to aby nie brzmi jak schemat na schemacie, popędzany schematem? A właśnie! Seto no Hanayome chwyta najpodlejszą ze sztampy i parodiuje ją w każdym calu. Przesadnie pompatyczne sceny, bohaterowie pozornie przewidywalni i odrysowani ze starych szablonów, wszystko to wyciągnięte do granic możliwości, ocierając się o absurd.  Po raz kolejny, jako fanka romansu faktycznie znajdującego się w romansie, muszę pokręcić nosem na ten właśnie wątek. Moim drugim zarzutem jest długość, dwa coury, jak na komedię, to czasem już za długo, a "Nagasumi-san!" słyszane średnio czterdzieści dwa razy na odcinek, zaczyna doskwierać po jakichś piętnastu. Nie mogę być jednak krytyczna w stosunku do całej reszty - swoją rolę Seto no Hanayome spełnia znakomicie i zdecydowanie zasługuje na uwagę; salwy dzikiego śmiechu gwarantowane.

8. Kareshi Kanojo no Jijou - Niemal legendarne shoujo od Gainaxu, o dziwo, niewyróżniające się od innych przedstawicieli gatunku niczym, prócz dość eksperymentalnej strony graficznej oraz na całe szczęście - niesztampowością. Jedną z największych zalet KaneKano jest nieprzeciąganie statusu quo w nieskończoność, bohaterowie schodzą się dość szybko i równie prędko w ich związku rozpoczynają się schody. Nie zaserwowano nam jednak typowej, przesadzonej dramy, zakochanych małolatów, ich problemy są raczej codzienne i adekwatne do wieku. Mamy jednak do czynienia z rom-comem, pojawia się więcej i humor, którego trochę ubywa pod koniec, bowiem ustępuje kilku poważniejszym wątkom, gagi bardzo często odnoszą się do dwulicowości głównej parki. Fetyszyści moeblobów z ubiegłych lat mogą zostać odstraszeni lekko archaiczną już grafiką, wszak serii bliżej do dwudziestki, niźli dziesiątki, choć może to i dobrze, osoba oceniająca serię tylko i wyłącznie przez pryzmat grafiki, najprawdopodobniej i tak cierpi na raka gustu. Naturalnie, polecam.

9. School Rumble - uczuciowy galimatias grupki skrajnie różnych osobowości, a to wszystko obficie polane absurdalnym humorem i niespodziewanymi plottwistami. Choć kontynuacje nie trzymają poziomu tak wysokiego, jak sezon pierwszy, School Rumble dalej jest jedną z najlepszych komedii romantycznych, jakie przyszło mi obejrzeć, co w ogromnej mierze zawdzięcza humorowi oraz przesympatycznym, acz często zachowującym się jak małe dzieci, bohaterom (piję tu szczególnie do "najgłówniejszej" trójcy). Ich niezdecydowanie może miejscami drażnić, jednak mój fangirlizm w tym przypadku nie pozwala mi na umieszczenie tej pozycji niżej, co tu mówić o kompletnym jej pominięciu. Oglądać, a nuż Harima i Tenma zdobędą kilkoro kolejnych fanów, na co zdecydowanie zasługują.


10. Kuragehime - o Mniszkach i ich życiowych potyczkach z zewnętrznym światem pisałam już całą recenzję, pozwolę sobie jednak wytłumaczyć miejsce na liście. O ile Kuragehime jest genialną komedią, wątek romantyczny zostaje w anime brutalnie ucięty (tak jak zresztą cała seria). Mimo wszystko, to w dalszym ciągu jedna z moich ulubionych serii w ogóle, nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko polecić seans, oraz zabranie się za wciąż publikowaną mangę.





Grafik
W każdy piątek - top 10/krótsza notka.
Pierwsza niedziela każdego miesiąca - recenzja.
Co półtora miesiąca - półmetek/podsumowanie sezonu.
Co dwa miesiące - dłuższy felieton/poradnik cosplayowy/apdejt kolekcji.
W życiu każdego fana chińskich bajek i mongolskich kolorowanek przychodzi dzień, kiedy zupełnie niespodziewanie, znikąd i tak po prostu, ujawnia się przed nimi tytuł specjalny. Seria na tyle wyjątkowa, by spędzała nam sen z powiek, nie dawała wytrwać w oczekiwaniu na kolejny odcinek. Sezon wiosenny 2014 przyniósł ze sobą jedną z omawianych pozycji - anime pod każdym względem unikatowe i zasługujące na podziw. Pozwolę sobie przedstawić Gokukoku no Brynhildr.

Wszystko zaczęło się ...kiedyś. Pełen młodzieńczego optymizmu, nasz ówcześnie...ówcześnie...tej tajemnicy nigdy nam nie wyjawiono, ale ówcześnie kilkuletni protagonista, Murakami Ryouta i jego koleżanka, pseudonim: Kuroneko, cieszyli się upragnionym wolnym. Ich sielanka nie trwała jednak długo, bowiem pewnego tragicznego dnia, Kuroneko, szczerze wierząca w kosmitów, postanowiła udowodnić koledze ich istnienie. Choć kreowany na ponadprzeciętnie inteligentnego, nie zważając na późną porę, Ryouta nie wahał się długo z podjęciem decyzji o jej towarzyszeniu. Mimo, iż na początku wszystko szło jak po maśle, plan spalił na panewce, dziewczynka spadła z klifu, poniosła śmierć na miejscu, a zszokowany Murakami dowiedział się o tym dopiero po kilku dniach rekonwalescencji w szpitalu, co oczywiście na zawsze zmieniło jego światopogląd i sprawiło, iż chłopiec zamknął się w sobie. Cicho, przecież nie spoileruję. To tylko retrospekcja z pierwszego odcinka. W każdym razie, życie toczyło się dalej. Właściwa akcja serialu rozpoczyna się w momencie, gdy główny bohater znudzony obserwuje otoczenie za oknem podczas lekcji, a do klasy wchodzi nowa uczennica, Kuroha Neko (zbieżność osób, nazwisk i miejsc jest przypadkowa), której aparycja do złudzenia przypomina przyjaciółkę z dziecięcych lat Murakamiego. "To przecież niemożliwe, wszakże Kuroneko wącha kwiaty od spodu!" wykrzykuje zdezorientowany chłopak, jednak postanawia przezornie utwierdzić się w swoim przekonaniu, poprzez zmacanie Kurohowej pachy. Nie znajduje pieprzyków, które cechowały jego koleżankę, za to dość słusznie obrywa w palnik, po czym opuszcza salę i zaszywa się w szkolnym obserwatorium. Oczywiście, drogi tej dwójki skrzyżują się jeszcze niejednokrotnie, a w sumie już po zakończeniu zajęć, gdy Neko postanawia poobserwować gwiazdy i przy okazji ostrzec Ryoutę o czyhającym na niego niebezpieczeństwie. Jakiś czas później, niemal ginie on przygnieciony głazem, co poprzedza seria wydarzeń utwierdzająca nas w przekonaniu, iż Kuroha to kompletna idiotka i definitywnie użyła swoich wdzięków aby dostać się do ekskluzywnej placówki, za jaką podaje się ich szkoła. Ale wracając do umierania. Niestet- Na całe szczęście, z odsieczą w ostatnim momencie przybywa Neko, chcąc nie chcąc, wyjawiając Murakamiemu prawdę o swojej tożsamości - jest zbiegłą z Tajemnego Laboratorium wiedźmą -, aczkolwiek teraz, czyli zaraz po tym, jak uratowała jego życie, musi go zabić, bowiem istnieją ku temu Powody, które i tak nie zaprzątały głowy naszego bohatera, wgapiającego się w pachę swojej zbawczyni. Koniec końców, nikt nie ginie, ale to dopiero pierwszy odcinek!

Fabuła jakoś się toczy...wlecze...a czasem nawet pełza. Mamy Złą Organizację poszukującą zbiegłych wiedźm, są i jej Źli Członkowie, główny bohater odczuwa przesadny pociąg do szerzenia Dobra i Moralności, bezinteresownie pomagając cokolwiek podejrzanie prezentującym się dziewczętom (ale za to jak pięknie obdarzonym przez naturę!), cenzura wkrada się w większość krwawych scen, wszystko to polane bardzo obfitą porcją Dramatu, Tragizmu, Nieuchronnego Przeznaczenia oraz zwyczajnego patosu. Przez trzynaście odcinków toczy się banalnie prostym schematem - bohaterowie się spotykają -> bohaterowie postanawiają się przeciwstawić -> dochodzi do starcia. Każdy odcinek prezentuje najprostsze możliwe rozwiązania, trzeba być albo zupełnym świeżakiem w chińskich bajkach, albo kompletnym idiotą, żeby nie przewidzieć, co się za chwilę wydarzy, a osoby z doświadczeniem po innej (nie)sławnej pracy autora serii, Elfen Lied, będą w stanie zawyrokować, co się może stać za kilka odcinków, bez większych problemów. Ale spokojnie, przecież istnieją serie dość schematyczne, jednak wciąż sympatyczne i przyjemne w odbiorze. Czy Gokukoku no Brynhildr zalicza się do ich grona? Bynajmniej! Głupota bohaterów i scenariusza z czasem przestaje być już nawet zabawna, a zaczyna drażnić. Skoro laboratorium jest tak doskonale monitorowane, jakim cudem grupka wątpliwie bystrych dziewcząt z łatwością je opuszcza? Jak weszły w posiadanie pigułek podtrzymujących je przy życiu, nielogicznym byłoby rozdawać je wiedźmom w dużych ilościach, na przykład przy okazji ucieczki właśnie. Z jakiej racji w obrożach, które każda wiedźma ma wczepione w kark, nie zamontowano żadnych lokalizatorów? Czemu na poszukiwania wysłano tak niekompetentnych i nieskutecznych ludzi, w tym inne wiedźmy, które dokonywały również masowych mordów (których nikt oczywiście nie zauważył)? I najważniejsze ze wszystkich pytań - jakim cudem, do jasnej ciasnej, magiczne pudełko, przez które ze światem porozumiewa się sparaliżowana Kana, potrafi szeptać?!

Absurdy można mnożyć i mnożyć. Ślepa fascynacja pachą Kurohy, popycha Murakamiego do niebezpiecznego angażowania się w pomoc wiedźmom. Sam bohater reprezentuje sobą kompletne zero, jest wypruty z jakichkolwiek ludzkich odruchów (wyłączając fakt, iż od jakiejś połowy, nieustannie płacze), na każdym kroku bezmyślnie ryzykuje własnym życiem, kurczowo czepiając się na poczekaniu wymyślonych teorii i planów bez podparcia, wygłasza heroiczne przemowy, które oczywiście od razu topią serca nawet najzagorzalszych wrogów. Równie nijaką bohaterką jest Kuroha, typowa protagonistka tego rodzaju serii, wyidealizowana do granic możliwości. Kolejna z ekipy to Tachibana Kana, wspomniana już goth loli na wózku inwalidzkim, ukrywająca jakąś supermoc (którą zaprezentowała widzom w ostatnim odcinku), oprócz tego, nieznośna tsundere. Wspomniałam już, że wszystkie dziewczęta podkochują się w Murakamim? Chyba nie musiałam, to wydaje się oczywiste. Następnie mamy Schlierenzauer Kazumi, genialną hackerkę z niemożliwym do wymówienia nazwiskiem i przerażającą chęcią oddania swojego dziewictwa Ryoucie. Początkową ekipę zamyka Takatori Kotori, nic innego, jak cycat- pocieszny element fanserwisu. Zero naturalności, zero character developmentu, bohaterowie poświęcają się dla kompletnie nieznajomych osób i giną w heroiczny sposób, nie da się polubić żadnego z nich - kompletne nill. Aha, zapomniałam o przedstawionej w ostatnich kilku odcinkach Nanami, bez wahania pokazującej biust swojemu współpracownikowi, która następnie przewala zarobione w ten sposób pieniądze na cukierki. Taka tam próbka wybornego humoru Brynhildra.

Zdecydowanie najmocniejszą, i jednocześnie jedyną zaletą tej serii, jest oprawa graficzna. Jak bardzo by nie być krytycznym przez pryzmat całej reszty, projekty postaci są niezwykle schludne, nie dochodzi do deformacji na dalszych planach, pomieszczenia faktycznie wyglądają na używane, a tła nie straszą pustką. Fajerwerków jednak nie ma, a budżet postanowiono wykorzystać na dwa openingi. O ile pierwszy brzmiał intrygująco, screamo rozpoczynające drugi zwyczajnie mnie odrzuca. Reszta soundtracku to mieszanina elektryki, techno, metalu i rocka, czasem nawet fortepianu. Sama w sobie poprawna, ale pompatyczne battle ost, jak chociażby Tactics, skądinąd całkiem udane, brzmiało niezwykle karykaturalnie w połączeniu z żałosną akcją na ekranie.

Wykorzystywanie najwięcej jak to tylko możliwe scen do fanserwisowych ujęć, zupełnie płaski i czasem wręcz niesmaczny humor-ecchi, a do tego patos, krew i poświęcenie w imię przyjaźni na pewno nie stanowi receptury na sukces. Wypisawszy istny referat, nie jestem w stanie znaleźć w Gokukoku no Brynhildr ani jednej sceny oraz ani jednego bohatera, które uznałabym w jakikolwiek sposób za interesujące. Mimo wszystko, tylko tutaj magiczne pudełka szepczą, skąpo ubrane zakonnice z wielkimi spluwami szukają wiedźm, licealiści bez problemu wkradają się do pilnie strzeżonego przed światem zewnętrznym laboratorium, przecięcie w pół nie jest śmiertelną "dolegliwością", ludzie nie poznają w tylko nieznacznie zdeformowanych zwłokach człowieka, a czarne dziury pochłaniają wspomnienia. Z popcornem, colą i notesem na złote myśli bohaterów - idealny odmóżdżacz. Miłośnikom mrocznych i inteligentnych intryg polecam każdy inny tytuł, ale od Brynhildy trzymać się z daleka.

Bohaterowie - 0/10
Fabuła - 1/10
Grafika - 7/10
Muzyka - 5/10
Całokształt - 2/10 (za enjoyment niezwykły)
Mając aparat pod ręką, postanowiłam podzielić się z Wami aktualizacją mojej mangowej kolekcji, powiększonej o kilka okazów po ostatniej wizycie na rodzimej ziemi. Enjoy.

Do kolekcji gejporno dołączyły dwa nowe okazy (niezwykle udane okazy, muszę nadpomnieć), do tego Kwiaty Grzechu mam już skompletowane niemal w połowie, niestety, nie nadarzyła się okazja, abym dokupiła pozostałe dwa tomy 6000 oraz Savage Garden 2, co zamierzam nadrobić w najbliższym zamówieniu - póki co, klepię biedę. 

Do nadrobienia mam również Acid Town (tom 2 i 3) oraz Pandorę (tomy 10-12), skompletowałam jednak świetne Beast Master (definitywnie potrzebujemy więcej pozycji od pani Motomi na naszym ryneczku!).

W mojej kolekcji anime nie widzę większych zmian.

Angielskie wydania powiększyły się o kolejne trzy tomy Ao no Exorcist, nie planuję jednak kupować nic więcej, brak obwolut i żółty papier nie są warte pieniędzy, jakie życzą sobie wydawnictwa.

Większość fejwritów w jednym miejscu, Otoyomegatari, Emma (I kno, right, brakuje mi trójki, nie znalazłam jej w Matrasach, a Empiki sprzedawały już tom czwarty), cudowna Muzyka Marie oraz już niemal zakończone Battle Royale - nawet Another, jedna z bardzo nielicznych, udanych adaptacji light novel, oraz Dynia z Majonezem, to naprawdę ciekawe pozycje i cieszę się, że posiadam je na swojej półeczce.

Z Dogsami sytuacja prezentuje się właściwie podobnie, jak w przypadku Emmy, nie chcąc robić sobie jeszcze większych zaległości, od razu wzięłam tom siódmy. Z Kuroszem jestem jednakowoż na bieżąco.

Po obejrzeniu o niebo lepszej, animowanej adaptacji nowelki, postanowiłam zakończyć kolekcjonowanie Spice and Wolfa i przeznaczyć pieniądze na ciekawsze pozycje. Od ostatniej notki, zdołałam zebrać wszystkie tomy genialnego Prophecy, dokupić kolejne dwa Dengeki Daisy oraz Kaiczoła.

W tym miejscu chyba nie nastąpiły żadne zmiany, wciąż gotówka nie swędziała mnie na tyle, aby uzupełnić brakujące tomy szojców z dolnej półki.

Martwię się mocno o przyszłość Petshopa od Taigi, śmiem powątpiewać, jakby stanowił jeden z lepiej sprzedających się tytułów, a na tom czwarty czekamy już od wielu miesięcy. Trzymam kciuki, by wyszedł jak najszybciej, wszak to jedna z najlepszych pozycji na naszym rynku - zdecydowanie najlepsza historia grozy.

I na koniec, cztery Mega Mangi od JPFu, mój kochany Ludwik, niepozornie wyglądające Duds Hunt, oraz tytuł, który był jednym z moich must get podczas ostatnich zakupów, Przekleństwo siedemnastej wiosny, pozycja niezwykle underrated, zasługująca w Polszy na wiele większy rozgłos.

Dobry. Poniższy poradnik, oczywiście, mojego autorstwa, został opublikowany już pod innym adresem (http://zapytaj.onet.pl/Category/028,009/2,25957942,Jak_wykonac_dobry_cosplay.html), aczkolwiek nie widzę przeciwwskazań, aby nie podzielić się nim również tutaj. Do wszystkich, potencjalnie zarzucającym mi kradzież tekstu - chill out, ja jestem autorką oryginału i wystawiam sobie zezwolenie na rozpowszechnianie go gdzie tylko zapragnę (ale tylko i wyłącznie mi, obviously).

With those things sorted, rozpocznijmy od definicji.

"Cosplay (costume playing – przebieranie) – znajdujące korzenie w japońskiej kulturze przebieranie się za postacie z mangi, anime, gier komputerowych i filmów. W wielu krajach odbywają się konwenty fanów mangi oraz anime oraz festiwale z konkursami na cosplayowe kostiumy."

Będąc pewnym tematu poradnika, możemy przejść do konkretów.

1. Wybór odpowiedniej postaci.
"To przecież banał", zapewne zakrzyknie niejedno z Was. Nic bardziej mylnego. Niejednokrotnie widuje się cosplayerów wybierających postać tylko ze względu na sympatię. Pamiętajmy, że lustro ani kalendarz z reguły nie kłamią. Będąc niską dwunastolatką, o wątłej posturze, będziemy zabawnie wyglądać przebierając się za wysoką, dorosłą kobietę przy kości. Oczywiście, inny kolor oczu czy włosów możemy uzyskać dzięki soczewkom lub perukom, jednak aparycji reszty ciała nijak nie zmienimy. Lekarze nie zalecają również bandażowania biustu, w celu pomniejszenia klatki piersiowej. Istnieją co prawda specjalne biustonosze, jednak cudów nie zdziałamy - ze stu centymetrów obwodu, nagle nie zrobi nam się siedemdziesiąt. Wracając do osobistych odczuć, oczywiście, najlepiej wybrać bohatera, którego lubimy i będziemy w stanie się w niego wczuć. Ważna jest również ocena własnych umiejętności, aby nie porywać się z motyką na słońce. Jeżeli planujemy skomplikowany strój, a do maszyny czy igły mamy dwie lewe ręce, na "gotowca" nas nie stać", znajomy krawiec albo nie istnieje, albo nie dopomoże, najlepiej sobie odpuścić i poszukać innej postaci. Znalazłeś Tą Jedyną Postać? Gratulacje, możesz zacząć myśleć o szyciu.

2. Materiały.
Nie każdego stać na najlepszej jakości materiały, prosto ze sklepowej półki. Serdecznie zachęcam do przeszukiwania lumpeksów i wyprzedażowych koszy w marketach, można znaleźć tam prawdziwe cuda, za niewielką kwotę. I tutaj nie należy jednak zapominać, że nie otrzymamy idealnego kostiumu z jedynie przerobionych ubrań. Mając ograniczony budżet, najlepiej rozplanować sobie zakupy i tworzyć nasz strój fazowo. Przed kupnem czegokolwiek, warto zrobić listę, aby straty i wydatki były jak najmniejsze. Pamiętajmy - dobre materiały kosztują. Nie uzyskamy wspaniałego efektu niskim kosztem, to niemal niemożliwe.

Przykłady materiałów:
Bawełna 100% - nie rozciąga się, łatwo gniecie, przewiewna, dość droga, wymaga wykończenia brzegów (cienkie okrycia wierzchnie, suknie, luźne spodnie, niektóre okrycia głowy).
Polycotton - połączenie poliestru i bawełny, podobne właściwości, tańszy, lżejszy i delikatniejszy w dotyku (jw).
Bawełna z lycrą - rozciąga się, przewiewna, raczej niedroga, nie wymaga wykończenia brzegów, często wystarcza zaprasowanie (koszulki, topy, wszystko, co powinno się rozciągać).
Len - nie rozciąga się, chropowata powierzchnia, przewiewny, dość drogi, raczej ciężki (suknie, cienkie palta, kurtki, dobrze wygląda w mundurach).
Szyfon - cienki, półprzeźroczysty, łatwo się gniecie, wymaga wykończenia brzegów, zwiewny, bardzo lekki, wymaga podszewki przy głównych formach, aby zapobiec przeźroczystości (zwiewne suknie, spódnice szale)
Poliester - cienki, nie rozciąga się, jeśli nie ma dodatku elastanu lub lycry, lekko błyszczący, tani, wymaga wykończenia brzegów, niezbyt wytrzymały (podszewki, spódniczki, rzadziej sukienki, wygląda na taki, jaki jest, czyli tani, lepiej, by pozostał niewidoczny).
Dżersej - bardzo podobny do bawełny, acz trochę bardziej chropowaty w dotyku, cięższy i często nieznacznie droższy.
Aksamit - błyszczący, drogi, gładki w dotyku, nie rozciąga się, ciężki (drogo wyglądające marynarki i suknie).
Skaj - po prostu sztuczna skóra, nie rozciąga się, dość drogi, ciężki, nie wymaga wykończenia brzegów (kurtki, maski, kombinezony, spodnie, topy).
Tiul - chropowaty, sztywny, nie wymaga wykończenia brzegów, dość tani (halki i woalki).

3. Peruka i szkła kontaktowe.
Temat-rzeka. Niemal codziennie widuję pytania typu "Czy mogę zrobić cosplay bez peruki?". Odpowiedź brzmi: oczywiście, że możesz. Niemniej jednak, pozwolę sobie wymienić niewątpliwe plusy posiadania takowej. Po pierwsze, i najważniejsze, wygląda o niebo lepiej, niż zwykłe włosy. Zazwyczaj jest od nich gęstsza i łatwiejsza do ułożenia, w dodatku nadaje nam, tak bardzo pożądany przez każdego cosplayera, mniej realistyczny wygląd. Kupując perukę, mamy dużo większe pole do popisu, gdyż nie musimy się martwić o długość czy gęstość włosów. Ceny wahają się w granicach kilkudziesięciu, do kilkuset złotych. Jestem pewna, że nie wydasz więcej niż 80-150 złotych, a otrzymasz wspaniały efekt na zdjęciach i/lub konwencie. Warto jednak pamiętać, że większość peruk wymaga nieznacznego podcięcia i stylizacji z użyciem lakieru, aby lepiej przypominać fryzurę wybranego bohatera. Sprzedający często dorzucają do peruk bardzo użyteczny dodatek, w postaci siateczki na włosy. Jeżeli nie masz takiej, weź starą, elastyczną pończochę, naciągnij na głowę, schowaj wszystkie włosy, a następnie odetnij końcówkę. Trzyma nawet lepiej, niż "profesjonalne" siatki. Mając długie włosy, nie wystarczy jedynie upiąć ich w kucyk czy koka i nałożyć siatkę, gdyż rozłożą się nierównomiernie i peruka będzie krzywo leżała. Podobnie sprawa ma się ze szkłami kontaktowymi, jednak w tym wypadku naturalny kolor oczu nie zrobi wielkiej różnicy, jeżeli jest podobny do tego cosplayowanej postaci. Jeżeli jest kompletnie inny, i tu warto wydać te +/- 100 zł. Oprócz makijażu, który opiszę poniżej, "odrealnią" nas również soczewki powiększające, łatwo je znaleźć na allegro, e-bayu, amazonie czy innych portalach aukcyjnych lub sklepach internetowych. W ostateczności możemy spróbować zmienić swój kolor oczu grafiką komputerową, co nie sprawdzi się jednak na konwencie.

4. Makijaż.
Bardzo, bardzo wielu początkujących cosplayerów, zapomina o tym naprawdę ważnym punkcie. Czy Twoje oczy zajmują pół twarzy? Cera jest gładka i idealnie czysta, bez żadnej skazy? Nosek to malutka, ledwie zauważalna kuleczka? Nie? Uwierz mi albo nie - ja też tak nie wyglądam. Tak jak w przypadku peruki czy szkieł, makijaż przybliża nas do pożądanego wyglądu. Trochę podkładu, eye-linera i sztucznych rzęs, mogą zdziałać cuda. W przypadku, gdy nasz bohater raczej zwykłego człowieka nie przypomina, tudzież nosi niezwykły makijaż, dobrze jest się dokładnie przypatrzeć i dokładnie to odwzorować. Użyteczną będzie farba lub kredki do ciała, które nie podrażnią naszej skóry. I tak, musi on zostać wykonany przez zarówno damskich, jak i męskich cosplayerów. Na youtube można znaleźć mnóstwo tutoriali i rad odnośnie cosplayowego makijażu.

5. Strój.
Wielu z Was pewnie nawet nie spodziewało się, jak wiele trzeba do cosplayu, oprócz samego stroju oczywiście. Jeżeli wytrwaliście do tego momentu, albo zwyczajnie przeskoczyliście kilka paragrafów - zapraszam do lektury.
Opcje są właściwie trzy. Kupić, zrobić, częściowo zrobić i kupić. Jak już wspomniałam, do zrobienia stroju, przydadzą się jakiekolwiek umiejętności manualne pod tym względem. Rozumiem, że nie każdy urodził się z igłą w ręku, aczkolwiek warto poćwiczyć przed rozpoczęciem właściwego kostiumu. W przypadku strojów bardziej skomplikowanych, a w sumie niemal wszystkich, ekstremalnie użyteczna jest maszyna do szycia. Nie dość, że praca idzie znacznie szybciej, to materiał jest zszyty dokładniej i mocniej, co zapobiega zniszczeniu stroju, aczkolwiek nie ma nic złego w szyciu ręcznym (przy tylu wydatkach, niewielu osobom uśmiecha się wyłożyć kolejnych kilkaset złotych na maszynę, choć zawsze można pożyczyć tą od mamy czy babci, jeżeli posiadają), szczególnie jeśli chodzi o małe elementy. Przed rozpoczęciem jakiejkolwiek pracy, niezbędnym jest zrobienie dokładnego projektu i wykrojów. Wykroje często można znaleźć w sieci, choć stworzenie własnego daje nam gwarancję, że strój będzie pasował idealnie i tak też się prezentował. Zapisz swoje wymiary, pamiętając, iż nie każdy kostium ma być idealnie obcisły. Weź pod uwagę siłę grawitacji i wagę materiałów. Częstym błędem jest również zapominanie o halkach do rozłożystych sukienek - efekt może być niezwykle smutny i rujnować całość, nawet, gdy reszta elementów jest pieczołowicie dopracowana. Takie cudeńka można zakupić za raczej niewielkie pieniądze, ewentualnie wykonać samemu z pociętych kawałków tiulu i gumki. Nie umiesz przyszyć guzika do kurtki, jednak zamarzył Ci się cosplay? Nic straconego, wszak zawsze można zamówić. Takie usługi oferują zarówno sklepy internetowe, jak i krawcowe. W tym drugim przypadku, wystarczy wydrukować zdjęcia postaci w wybranym stroju (najlepiej, jak najwięcej, pod różnymi kątami, aby krawiec mógł go idealnie odwzorować). Zapytaj też o cenę usługi, coby nie świecić oczami przy odbieraniu zamówienia. Pamiętaj - możesz odwiedzić każdy konwent, mając na sobie kupny strój, jednak do większości konkursów, trzeba przygotować własnoręcznie robiony, a już na pewno konkursów pokroju EuroCosplay.

6. Broń i dodatki.
Chcesz iść o krok dalej? Świetnie, cosplayowa broń zazwyczaj prezentuje się wspaniale i dodaje dużo uroku. Powtórzę się - jeżeli masz dwie lewe ręce, raczej nie dotykaj pianki czy drewna. Zostań przy samym kostiumie, poproś o pomoc, albo zamów "gotowca". I tutaj można się nieźle wykosztować, szczególnie na farby, jednak uwierz mi - warto! Zanim zaczniesz cokolwiek tworzyć, tak jak w przypadku stroju, zrób dokładny projekt oraz szablon, od którego odrysujesz wzór na materiale. Polecam zainwestować w pistolet do kleju na gorąco, ratuje życie w niejednej sytuacji, a nie kosztuje wiele. Z kawałka sklejki, pianki, styropianu czy w niektórych przypadkach kartonu, wyczarujesz najgroźniej wyglądające bronie. Gałąź na łuk znajdziesz w pobliskim lesie, do kosy przyda się rura PCV, którą spokojnie dostaniesz w każdym markecie z artykułami budowlanymi. To prawdziwy skarb, jej cena nie przekracza kilku złotych, a można ją ciąć czy wyginać w dowolny sposób (zrobisz to łatwo z użyciem suszarki i piasku), idealnie pomalujesz niemal każdą farbą. Skoro o malowaniu mowa, każde swoje dzieło polecam na koniec przykryć warstwą papier mache, czyli po prostu gazety zamoczonej w kleju. Po zostawieniu na noc, nie dość, że łatwo pokryjesz je farbą, to papier utwardzi i złączy wszystkie elementy. W przypadku większych broni, najlepiej sprawdza się dosyć droga farba w spreju. Do mniejszych, i dodatków, polecam użyć farby akrylowej. Nierówną strukturę uzyskasz używając gąbeczki. Jeżeli jednak chodzi o broń, istnieją rygorystyczne zasady nałożone na konwenty. Atrapy muszą być wykonane z miękkich materiałów i niemogące zrobić komukolwiek krzywdy. Cięciwa łuku nie może być mocno napięta. Nie przynoś również prawdziwych noży czy mieczy. Pamiętajmy, że broń wygląda ślicznie na zdjęciu, jednak podczas całodziennego maratonu na konwencie, może być uciążliwa. Postarajmy się więc użyć jak najlżejszych materiałów lub zwyczajnie zostawmy ją w domu. Przy pracy, bądź kreatywny. Jeśli masz problem - poproś o pomoc albo poszukaj jej w internecie, tutoriali czy gotowych szablonów w nim nie brak. Dodatki są niemal równie ważne, co strój. Jeśli postać nosi opaskę, zrób lub kup tę opaskę. Nie pomijaj żadnych szczegółów. Kolejnym, wielkim grzechem cosplayerów, jest zapominanie o obuwiu. Moi drodzy - nawet, jeśli macie na sobie długą suknię, nie łudźcie się, że nikt nie zauważy Waszych butów. Zauważą. Należy poświęcić im uwagę równie dużą, co reszcie kostiumu.

Kilka przykładów dodatków oraz możliwego materiału:
Kosa - pianka/styropian, usztywnienie w postaci kartonu/płyty PCV, rura PCV.
Miecz - pianka/styropian/paper board/płyta PCV/paper clay/sklejka.
Kapelusz - cienka (0.5 - 1.5 mm) płyta PCV/craft foam.
Maska - paper clay/papier mache/tkanina/skóra (sztuczna)/cienka (0.5 - 1.5 mm) płyta PCV.
Łuk - drewno/rura PCV, żyłka.
Broń palna - sklejka/grubsza płyta PCV (w zależności od potrzeby/pianka.
Pika - rura PCV, płyta PCV.
Opaska z kwiatkami - opaska/tkanina, craft foam/sztuczne kwiaty.


7. Zdjęcia.
Punktem kulminacyjnym są zdjęcia. Jeżeli pieniądze wciąż swędzą Cię w kieszeni, zainwestuj w sesję fotograficzną u profesjonalnego fotografa. Jeżeli nie, cóż, wystarczy poprosić o pomoc znajomego czy członka rodziny, interesującego się fotografią lub chociażby będącego w stanie wcisnąć spust aparatu. Wybierz odpowiednią scenerię, zapozuj, delikatnie obrób zdjęcie komputerowo i pochwal się nim w internetowym portfolio (np. tu: http://www.cosplay.com/). Będąc poproszonym o zdjęcie na konwencie - pozuj. Zrób cokolwiek, oprócz stania jak słup soli. Uśmiechnij się, połóż rękę na biodrze, rzuć zalotne albo poirytowane spojrzenie. Staraj się wczuć w swoją postać tak bardzo, jak to tylko możliwe.

Wszystkim cosplayerom życzę powodzenia w pracy. Pamiętajmy, że cosplayujemy dla przyjemności i to tylko zabawa - nawet, jeśli nasz pierwszy strój nie wygląda idealnie, nie znaczy to, że musimy się poddać. Nie róbmy nic na pół gwizdka, dopóki wkładamy w cosplay całe serce, efekt i tak będzie dla nas zadowalający. Dziękuję za lekturę poradnika.
Poradnik pisany w oparciu o własne doświadczenia i wiedzę. Źródło tekstu w cudzysłowie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Cosplay
Podczas mojej wizyty na rodzimej ziemi, przechodziwszy się po moim ulubionym empiku, jedna z ekspedientek, targając ze sobą gigantyczny wózek, przypominający nieco regał na kółkach, dołożyła do mangowej półeczki kilka tomów nowości z serii jednotomówek Waneko - z racji przypływu gotówki i planowanych wczasów, postanowiłam zakupić oraz zobaczyć, co kryje się za enigmatycznie brzmiącym tytułem - Kwiat i Gwiazda (org. Hana to Hoshi) autorstwa Kario Suzukin. Szanowni państwo, zapraszam na pierwszą recenzję mongolskiej kolorowanki, połączoną z opinią o polskim wydaniu tejże, mojego blogaska.

Hanai Sawako, nasza standardowa, niczym niewyróżniająca się protagonistka, rozpoczyna właśnie naukę w pierwszej klasie liceum Tsubomi. Już podczas inauguracji rozpoczęcia roku szkolnego, natyka się na rywalkę z dawnych lat, Hoshino Shiori, przez którą niegdyś była regularnie miażdżona w meczach ping ponga. Obie zrezygnowały z uprawiania sportu, jednak Hanai nie zamierza dać za wygraną i postanawia się odegrać na Hoshino za liczne upokorzenia z jej strony. Scenariusz, to znaczy, los sprawia, iż ich drogi jeszcze niejednokrotnie będą miały się okazję skrzyżować. Brzmi okrutnie schematycznie i prostolinijnie? Cóż, tak też w istocie jest.

Wygłupiłabym się twierdząc, iż moim największym zarzutem wobec tej mangi jest słabo rozbudowana linia fabularna, wszak nikt nie spodziewałby się wielowątkowości na miarę Rewolucjonistki Uteny po dwutomowym, utrzymanym w klimacie okruchów życia, shoujo-ai. O fabule jednak nie sposób jest powiedzieć wiele, bez niepotrzebnego rzucania spoilerem. Ot, dziewczęta zaczynają naukę w jednej klasie, gołym okiem można zauważyć, iż Hoshino widzi w Hanai więcej, niż koleżankę ze szkolnej ławy, gdzieś w tle przewija się rywal (skądinąd, niewnoszący do historii absolutnie nic) oraz rywalka, pomagająca nam zrozumieć Shiori w umiarkowanym stopniu, rozegrane zostają dwa mecze w ping ponga, występuje nawet pocałunek, na cóż jednak to wszystko, skoro wyszedł ni pies, ni wydra? Z nienaturalnym rozwojem relacji pomiędzy bohaterkami, bowiem Hoshino darzy swoją koleżankę głębokim uczuciem, na dobrą sprawę, jeszcze zanim ją poznaje, a ta druga nie potrzebuje długo czasu, by je odwzajemnić (przed czego przyznaniem broni się rękami i nogami), nie stanowi dobrego romansu damsko-damskiego, kilka wspominek o ping pongu nie czyni z niej również sportówki. Zachichotawszy może trzy razy, nie umiem też zaliczyć jej do udanej komedii. Sztampa goni sztampę, schemat pogania schemat - historia miewa sympatycznie momenty, jednakże braki przeważają.

Równie nieciekawie prezentują się bohaterki (bo "bohaterowie" to za dużo powiedziane). Hanai, bystra jak woda w klozecie, to kolejna, nijaka główna bohaterka, zupełnie niezauważająca oczywistych zalotów swojej dawnej rywalki. Dużo gorzej prezentuje się natomiast Hoshino, której zachowania nie byłam w stanie zrozumieć przez większość poświęconego jej miejsca na kartach tomów. Najwięcej, co umiem o niej bez wahania napisać, to "irracjonalnie i bezsprzecznie zakochana w Sawako" oraz "nieco danderowata". Oprócz głównej parki, poznajemy przyjaciółkę z dzieciństwa Shiori, Funami Chikę, wspomnianą już rywalkę, mocno zdesperowaną w celu zwrócenia na siebie uwagi ukochanej, zaborczą i często zazdrosną o relacje bohaterek, ukrywającą się pod nieschodzącym z jej twarzy uśmiechem oraz Ogawę, chłopaka z klasy głównych, który pewnego razu wyznaje Hanai uczucia i tyle go w sumie widzieliśmy.

Czy łaskawsza będę przy ocenie grafiki? Uwierzcie mi, chciałabym, choć i tutaj jestem zmuszona rzucić tradycyjnym "lol, nope". Hana to Hoshi, będąca debiutem autorki, nie prezentuje się pod tym względem najgorzej, aczkolwiek dawno nie miałam niewątpliwej nieprzyjemności spotkać się z bohaterką tak szkaradną, jak Hoshino. Lepiej wypada natomiast Hanai, Funami byłabym w stanie nazwać nawet ładną. Tła straszą pustkami, postacie, jak to w szkole, widujemy zawsze w tych samych mundurkach, widać jednak staranność w rysowaniu poszczególnych kadrach, te oddalone nie straszą dziwnymi deformacjami.

A jak więc prezentuje się rodzime wydanie? Panie i panowie, cud właśnie nastał, na chwilę przestanę być uszczypliwa jak polskie mohery. Otóż, muszę przyznać, cokolwiek nieźle. Może i znowu następuje kompletnie niepotrzebna numeracja stron, występująca zaledwie na kilku, kadry bywają zdeczka wycięte, a drukowi zdarza się okazjonalnie prześwitywać, ale porównując oryginalne i polskie tomy, muszę szczerze pochwalić Waneko za schludną obwolutkę, klasycznie przedstawiającą tytuł w prawym, dolnym rogu i jeszcze prostszy, a w swojej klasie niezwykle udany grzbiecik, śnieżnobiały papier, dwie, śliczne kolorowe strony, zawierające spisy treści, w tym jedną separującą tom pierwszy od drugiego oraz raczej udane tłumaczenie. Za te wszystkie dobroci, wydawnictwo życzy sobie jedyne 24,99 zł, co jest bardzo przystępną ceną za 292 strony porządnego wydania.

Cóż nam jednak po tym, skoro zawartość ewidentnie nie utrzymuje poziomu polskiego wydania? Zdesperowani fani shoujo-ai będą prawdopodobnie ukontentowani - mnie, nawet jako wielbicielki gatunku, historia raczej nie kupiła.

Bohaterowie (bohaterki?) - 3/10
Fabuła - 4/10
Grafika - 5/10
Polskie wydanie - 8/10
Całokształt - 4/10
Dzień dobry, cześć i czołem. Na wstępie - tak, wiem, jestem niedobra, matka się za mnie wstydzi, na pewno nie dostanę prezentu od Mikołaja oraz muszę mieć tupet, że piszę po takim czasie. Niemniej jednak, owszem, tupet zawsze miałam, bardzo w moim stylu będzie więc powrócić ot tak, teraz, ponieważ why the hell not. Choć bardzo bym chciała, aby było inaczej, niestety, na czas mojej nieobecności nie expiłam bajek jak szalona. Najpierw przyszło mi zakuwać do egzaminów, potem przez tydzień pociłam się w salach egzaminacyjnych, natomiast już po wszystkim, odpoczywałam dobre dwa tygodnie. Uznałam również, że bez najmniejszego przypływu weny, nie ma sensu silić się na recenzje czy chociażby kolejne zestawienia, zresztą sezon wiosenny był tak niemiłosiernie słaby i rozczarowujący pod każdym aspektem, iż do dziś wzdrygam się na samą myśl. Nevertheless, z racji zbliżających się urlopów, nie będę w stanie zrobić letniego półmetku gdy ten też faktycznie nie nastanie, stąd, such a rebel I am, zrobię to teraz. I tak przy okazji, gdy mam już niewątpliwą przyjemność pisać ten przydługawy wstęp, planuję również wziąć zad w troki i skrobnąć recenzje do kilku tytułów (póki co, rozpatruję Hataraki Man, Ben-to, Kaiba, Ghost Hound oraz Sora no Manimani). Już chyba nie jest tajemnicą, że mam tendencję do nadmiernego rozpisywania się, jednakże uprzejmie ostrzegam - z racji wielu oglądanych tytułów oraz mojego powyżej przytoczonego defektu, to może być niezwykle obszerna notka. All right, let's get started.

Akame ga Kill! - niezwykle żem rada, iż mogę zacząć od tego tytułu. Gdzie nie patrzę, tam opluwany jadem. A ja się z tym kompletnie nie zgadzam! Zachwycił mnie już pierwszy odcinek, sielankowy początek przepięknie kontrastował z ostrym plottwiistem pod koniec odcinka. Choć byłam pełna obaw, czy to czasem nie był jednorazowy wypadek przy pracy, a wyręczanie się sytuacyjną groteską stanowiło jedynego asa w rękawie studia, muszę przyznać, że następne epizody naprawdę dobrze budują świat przedstawiony. MC nie jest typowym wymoczkiem bez przyrodzenia, reszta obsady nie wzbudza skrajnych emocji w żadną stronę. Solidna pod względem technicznym, seria naprawdę zasługuje na lepszą opinię. Obawia mnie tylko długość, nie wiem, czy tak prostą oś fabularną można wyciągnąć na dwa coury. Well, we will see.

Aldnoah.Zero - najnowsze dziecko Urobutchera, z niecierpliwością wyczekiwane przeze mnie od miesięcy, pseudonim: Aldona. I'm honestly not gonna lie, pokochałam Aldonę całym moim fangirlowym serduszkiem. Nie musieliśmy czekać na rozwój akcji przez piętnaście odcinków, drodzy państwo, tak właśnie zaczyna się jedno courowe serie, z przytupem, logicznie, ale i wartko, po cóż czekać, zacznijmy Wielką Wojnę Międzyplanetarną od razu. Opening od Kalafiny to klasa sama w sobie, grafika, a szczególnie krajobrazy (zwróciliście uwagę na San Francisco pod koniec pierwszego odcinka? zarzucę screenem jeśli znajdę w razie, gdyby nie), no i soundtrack od pana Sawano Hiroyukiego, tak, to ten sam, co zajmował się OST z Kill la Kill oraz SnK - jedna z lepszych pozycji sezonu, jeśli nie roku.
Let justice be done, though the heavens fall.

Ao Haru Ride - jako osoba znająca mangę (i niecierpiąca jej), zaczęłam serię chyba tylko i wyłącznie z ciekawości, co też zaserwują nam w animacji. I w sumie znalazłam coś, w czym bajka niewątpliwie przeważa nad pierwowzorem - soundtrack oraz akwarelkowe tła. Nie, serio, kompletnie nie przemawiają do mnie puste oczy Futaby a'la spodki, tsunderowany Kou, ptasi móżdżek naszej bohaterki ("koleżanki bezpodstawnie oskarżają mnie o kradzież, but that's ok, jesteśmy przecież koleżankami", "jestem zbyt piękna, muszę się zbrzydzić, bo inaczej laski będą o mnie zazdrosne", "co z tego, że wyglądają jak bliźniaki i mają tak samo na nazwisko, są braćmi, cóż za szok!"). Nah, podziękuję, tak jak w przypadku Sukitte linayo, co za dużo, to niezdrowo, nawet, gdyby zdrapać tę całą lukrową polewę, to i tak byłoby miernie.

Barakamon - okruchy życia sezonu, Naru rulez, to jest absolutnie genialne, uwielbiam, tak, trzy razy tak. Bałam się powtórki z rozrywki po Gin no Saji, wszak tematyka podobna, nietrudno zrobić plagiat, ale Barakamon klimatem o wiele bardziej przywodzi mi na myśl np. Yotsubę. Co prawda, mamy bardziej komedię z okruchami życia, niźli komediowe okruchy, ale humor stoi na tak wysokim poziomie, iż jest to zdecydowanie zaletą.

DRAMAtical Murder
Kolorowi panowie
W szaroburym mieście
Na których czają się Tajemniczej Organizacji członkowie
Ale w końcu wreszcie
Pociąg stanie w rowie.

Dobrych gejporno gier nie adaptuje się w ten sposób. Może lepiej w ogóle ich nie adaptować...

Fate/kaleid liner Prisma Illya 2wei! - pomimo szczerej nienawiści do serii pierwszej, postanowiłam zabrać się za drugi sezon - a nuż będzie lepiej, może humor wróci do poziomu z początkowych odcinków (a nawiązania do uniwersum Fate bywały akurat całkiem zabawne). How foolish my decision was. Przepraszam, lubię loli i lubię yuri, ale wiem już jedno - loli yuri fanserwis to coś obrzydliwego. Ale czego się nie robi dla cennego munny.

Free!: Eternal Summer - *wstaw pisk zafascynowanej fangirl za 3...2...1...!* Hell yes, jakie to jest niemiłosiernie dobre! KyoAni nie postanowiło wprowadzać większych zmian do klimatu serii, za co jestem im dozgonnie wdzięczna. To wciąż ta sama ciepła, zabawna i mocno fanserwiśna opowieść, o bezsutkowych bizonach, namiętnie pluskających się w wodach szkolnych basenów. Takie lato naprawdę mogłoby trwać wiecznie. Udana kontynuacja bardzo udanego tytułu.

Gekkan Shoujo Nozaki-kun - znacie to uczucie, kiedy przeglądacie zapowiedzi na nowy sezon, widzicie adaptację 4komy o wątpliwie inteligentnie brzmiącym opisie, i już wiecie, że będzie hit? No właśnie, ja też nie. Stąd moje bezgraniczne (i bardzo pozytywne!) zaskoczenie, gdy włączywszy pierwszy odcinek, otrzymałam iście przezabawną historyjkę dwójki przesympatycznych bohaterów. Mówię poważnie, to anime jest dla mnie jedną z perełek sezonu - zasługuje na gigantyczne uznanie chociażby za nietypowe przedstawienie pozornie typowych typów postaci. Mamy więc mruka-autora mangi shoujo o niebywałej wyobraźni, Bohaterkę-Taką-Jak-Ty o sporym samozaparciu i dużej odwadze, szkolnego idola-przystojniaka, będącego w istocie nieśmiałym gościem, butnego "księcia" w spódnicy czy chłopczycę o ostrym języku i kompletnym braku taktu. Choć niestety, pewnie niewielu się ze mną zgodzi - to właśnie Gekkan Shoujo, a nie Ao Haru Ride, jest romansowym hitem tego lata.

Glasslip - P.A Works y u do dis. Ja wiem, oni nie zawsze robią dobry stuff, ale przenoszenie się w czasie za pomocą wisiorka (?) to już jakiś żart. Nawet przepiękne tła nie ratują tego koszmarka. Nie pamiętam, kiedy tak mocno nie rozumiałam motywów absolutnie każdego z bohaterów. Ich zachowania są tak irracjonalne, że to już nie mieści mi się w głowie. Okrutne rozczarowanie.

Himegoto - nienienie, dlaczego, why was I so stupid to watch this...
O rany boskie, kolejna bajka, której zamysłu po prostu nie rozumiem. Ni ładnych dziewczynek, ni ładnych chłopców. Do kogo to więc targetowane?

Jinsei - dwa odcinki za mną i choć widzę, że wyemitowali już trzeci, ja chyba podziękuję. Seria kompletnie nijaka pod każdym względem, już chyba wolę skrajności w "złą stronę". Z seansu pamiętam parę cycków w liczbie jeden oraz bohaterkę niebezpiecznie przypominającą mi Chii. Czy to miała być komedia? Romans może? We shall find out one day.

Kuroshitsuji: Book of Circus - tak. Wbrew temu, co zarzekłam w notce wstępnej, lubię Kurosza. No, dla precyzji, naprawdę przyjemnie czyta mi się mangę. Szczyt szczęścia osiągnęłam więc, gdy dowiedziałam się, iż postanowiono zekranizować najlepszy jej arc. Potem był czas na lekkie wątpliwości, wszak popełniono już dwie, delikatnie mówiąc, niespecjalnie udane adaptacje, wolałam uniknąć kolejnego rozczarowania, rozważałam nawet nieoglądanie, póki nie zostaną wyemitowane wszystkie odcinki. Pierwszy epizod, choć fillerowy, wypadł wspaniale, esencja tej serii, trochę sebastianowego fanserwisu, trochę mhroku, trochę gagów, mnóstwo pięknej animacji. Fortunately, odcinki z cyrkiem to kropka w kropkę historia z mangi, doprawiona cudną kolorystyką i wyborną muzyką, flety, skrzypce, dzwoneczki, bajka. Zapowiada się najlepsze anime z uniwersum, co niezwykle mnie cieszy.

Love Stage!! - #TypoweYaoi for you.
Ultramęski seme, z początku nieakceptujący swojej orientacji? Jest.
Dziewczęcy do granic możliwości uke, podający się za ostoję męstwa? Obecny.
Pierwszy pocałunek, który sprawia, że bohaterowie po raz pierwszy podają w wątpliwość swój heteroseksualizm? Zaliczone.
#yaoichins and #yaoihands? Yup!
Oh well, ja tam się bawię przednio.

Psycho-Pass New Edition - remake nie tak starego, acz zdecydowanie bardzo dobrego Psycho-Passa, wzbogacony o dosłownie kilka dodatkowych scen na początku każdego odcinka. Przyjemnie odświeżyć sobie całą historię przed drugą serią, zapowiedzianą na jesień.

Rail Wars! - nirwana dla otaku pociągów, but not for me. Ani to zabawne, ani ciekawe fabularnie, właściwie opening jest lepszy od całego show.

Re:_Hamatora - więcej Hamatory, więcej tajemniczych zgonów (albo i nie!). Niczym w Anotherze, już nie wiadomo, kto żyje, a kto nie, mam dziwne wrażenie, że na to pytanie nie umieją sobie odpowiedzieć nawet twórcy. Nieznacznie lepsze graficznie, dalej mocno ssie pod względem fabularnym czy chociażby character developmentu.

Shounen Hollywood: Holly Stage for 49 - umpf, "nie tak złe, jak wszyscy sądzili, że będzie" ale dalej "niewyróżniające się kompletnie niczym". Mogę zaliczyć na plus minimalny realizm, seria dość dobrze podejmuje temat światku japońskich idoli, jednak strona audiowizualna oraz niezwykle drażniący bohaterowie strasznie mnie bolą. Zabrałam się za seans z zamiarem pośmiania się z naiwności serii, póki co, przysypiam z nudów. Już chyba wolałabym gniota again.

Space Dandy 2nd Season - Space Dandy is about a dandy in a space. Kolejne historie z udziałem Kosmicznego Dandysa, którego, nawiasem mówiąc, uwielbiam. Całości dalej przygrywa wyborna muzyka dzieła samej Yoko Kano. Zdecydowanie nie dla oczekujących kolejnego Bebopa, to kompletnie różne serie, które łączy jedynie autor i tematyka podróży. Dandy oglądany z takim podejściem, bynajmniej nie przyniesie rozczarowania.

Sword Art Online II - ojezu SAO 2, omg, asuna, koryto, imouto, upside down silica, sinon, duże spluwy, duże traumy, nah. Moje brwi dalej nie opadły po obejrzeniu odcinka z historią Shino. Oh well, przynajmniej soundtrack trzyma poziom.

Tokyo ESP - wyemitowano już trzy odcinki, jednakże mi dane było obejrzeć jedynie pierwszy, toteż pozwolę się wstrzymać z opinią, rzucając tylko iż byłam po nim raczej pozytywnie nastawiona.

Tokyo Ghoul - "ALE TAK NIE BYŁO W MANDZE" hurr durr, a co nas to obchodzi, skoro bajka jest świetna? Odstępstwa od oryginału czasem wychodzą na dobre, deal with this guys. Studio Pierrot podjęło to wyzwanie, za co jestem wdzięczna, bo efekt wyszedł cokolwiek zadowalający. Produkt dopracowany pod każdym względem, wciągający, logiczny, bardzo staranny graficznie i świetnie udźwiękowiony, zachowujący wstęp i rozwinięcie, nie wiem, jak będzie z zakończeniem i to właściwie moja jedyna obawa względem serii. Póki co, kolejna perełka sezonu.

Yama no Susume: Second Season - cute girls, climbing cute mountains: wydanie drugie. Odprężające, acz niespecjalnie odkrywcze. Tylko dla fanów serii pierwszej.

Zankyou no Terror - i na sam koniec, last but definitely not least, mój osobisty faworyt do zajęcia zaszczytnego miejsca na podium tego lata. Dojrzały, poważny i inteligentny kryminał, swoiste połączenie Death Note oraz Prophecy, niebędące na szczęście plagiatem żadnego z nich. Nie mogę się przestać napawać cudowną grafiką. Gdy już piałam z zachwytu słuchając openingu, nadszedł czas na ending, a po mojej twarzy niemal płynęły łzy wzruszenia, nie jestem w stanie przyjąć tyle epickości jednocześnie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak zaintrygowała mnie jakaś sezonówka - cóż jednak dziwnego, skoro zajmuje się nią mistrzowski duet, Shinchiro Watanabe i Yoko Kano. Tak, dołączam się grona fanów. Definitywnie.

A teraz tylko czekamy na Hanamonogatari z Kanbaru i jej wielkie...przygody.
Następny PostNowsze posty Poprzedni postStarsze posty Strona główna