Z braku chęci do pisania pełnowymiarowej recenzji, a jednocześnie silnej potrzeby dorzucenia czegoś na ten smutny padół łez, zdecydowałam się na coś nowego. Choć tej liście zdarzało się diametralnie zmieniać, oto i nadchodzi - moje wielkie top 50 chińskich bajek. Kolejność zachowałam tylko powierzchownie, w moim mniemaniu nie ma specjalnej różnicy na przełomie dwóch czy trzech serii. Muszę również dodać, iż segregując, kieruję się bardziej osobistymi odczuciami, niźli zdrowym rozsądkiem - no, zostaliście ostrzeżeni. Jedziem z tym koksem.
*DANGER ALERT*
Mnóstwo literków!


1. Higurashi no Naku Koro ni - nie powiem, miałam mnóstwo trudności z wyznaczeniem pierwszego miejsca. Zdecydowałam się jednak na serię, którą kojarzę z moimi początkami w świecie anime, do dziś uznaję ją za wyznacznik połączenia dobrego kryminału i dramatu. Dwa pierwsze sezony, czyli historię właściwą, oglądałam z wypiekami na twarzy oraz głupawo rozwartymi ustami równo trzy razy i nie widzę przeszkód, aby nie odświeżyć sobie seansu w najbliższej przyszłości. Niezależnie od kolejnych tytułów, lepszych lub gorszych, Higurashi zawsze gościło w moim serduszku i nie sądzę, by miało się to zmienić.







 2. Sakamichi no Apollon - I tu zaskoczenie, anime niemające jeszcze nawet dwóch lat na karku. Pamiętam dzień, kiedy wyemitowano pierwszy odcinek - niczym nie zainteresował mnie plakat czy opis, postanowiłam nawet nie zaczynać. Zostałam skierowana na słuszną ścieżkę po usłyszeniu bardzo przychylnej opinii, bardzo wymagającego znajomego. I wpadłam po uszy.  Miłość, przyjaźń, no i jazz, prosto od samej Yoko Kanno i samego Shinchiro Watanabe.







 3. Gintama - ...to donikąd nie zmierza, co? Sama jestem dość zaskoczona, widząc rozbieżność w tematyce mojej top trójki. Ale do rzeczy. Tasiemiec, w dodatku shounen, kompletnie nie moja bajka. Mimo to, Gintama ma jedną, bardzo poważną zaletę - absolutnie arcygenialny humor! Oczywiście, nie każdemu on podpasuje, żarty są dosyć zróżnicowane, a niektóre tak zawiłe, że ponoć nawet japończycy mają problemy z ich zrozumieniem. Są i wątki poważniejsze, w większości doskonale poprowadzone, nawiązania do japońskiej popkultury w każdej scenie, dobrze wykreowani bohaterowie i naprawdę świetny soundtrack. Uwaga - należy siedzieć w bezpiecznej odległości od monitora i nie oglądać w nocy. Wspólokatorzy mogą wyrazić dezaprobatę, słysząc szaleńcze śmiechy.



 


4. Fullmetal Alchemist: Brotherhood - Dokładniejszą ekranizację wydarzeń z mangi widziałam stosunkowo niedawno i do dziś pluję sobie za to w brodę. To niesamowicej urody, zbalansowane połączenie dramatu, komedii, okruchów życia i serii przygodowej, wywoływało u mnie skrajne emocje. Tu rozpaczałam nad dramatem braci, tam gotowałam się ze złości, myśląc o bezduszności Tuckera. Podróż Elriców okazała się długa i niezwykle poruszająca - na pewno niejednokrotnie sobie o niej przypomnę.


5. Chihayafuru - jak już wspominałam w recenzji, jestem niezrównoważoną fanką przygód Chihayi i jej klubu karuty. Nawet, jeśli po KuroBasu wierzycie, że sportówki mogą być dobre, ale jakoś nie macie przekonania co do jakości anime traktującego, jakby na to nie patrzeć, o karciance, nie dajcie się temu zwieść. Wszystkich głębiej zainteresowanych tematem odsyłam do rezencji oraz oczywiście, przed ekrany, do seansu.


6. Steins;Gate - mado sajentisto Okarin, jego niezrównana asystentka Kuristina, rozkoszna Mayushii, cyniczny Daru, Ruka, którego płciowości chyba nikt, włącznie z nim samym, nie jest pewien, niepokojąco cicha Moeka, nyan nyan Feyris oraz tajemnicza Suzuha - takiego kompletu po prostu nie da się nie kochać. Podróże w czasie to w rzeczy samej temat bardzo oklepany, jednak twórcy wybrnęli z niego śpiewająco, wnosząc do gatunku powiew świeżości oraz tworząc udaną mieszaninę dramatu i akcji, ze szczyptą komedii. Gratka dla osób zainteresowanych efektem motyla i nie tylko!







7. Yojouhan Shinwa Taikei - zastanawialiście się kiedyś, czy Wasze wybory, nieważne jak pozornie nieistotne, mają wpływ na tok Waszego życia? Podobne rozważania nadeszły również protagonistę, niewymienionego z imienia aż do końca serii. Szalona, acz jak okazuje się na końcu, spójna i mająca głębszy sens, podróż bez trzymanki przez jedenaście odcinków spodobała mi się na tyle, by od dłuższego czasu utrzymywać się w mojej ścisłej top dziesiątce. Wyborny był zarówno seans, jak i jego oryginalna forma. Niespotykane, niegłupie i niesztampowe - uwaga, zawiera śladowe ilości czarnego humoru, szybkich monologów głównego bohatera oraz orzechów arachidowych.






8. Danshi Koukousei no Nichijou - co czysta komedia, nieskalana nawet najmniejszym zalążkiem fabuły, robi tak wysoko?! Prześmiewa schemat serii moe. Sięgam po Nichibros częściej, niż powinnam i za każdym razem wiję się ze śmiechu. Nie zliczę, ile razy obejrzałam odcinek, w którym bohaterowie zainscynowali scenę z RPGa tudzież Hidenori golił włosy na sutkach. Ewentualnie Tadakuni paradował w spódnicy. Rozrywkę dostarczono mi już w momencie emisji, dziś nie jest ona ani trochę mniejsza.









9. Kara no Kyoukai - choć filmy były gorsze i lepsze, do dnia dzisiejszego, myśląc o tej serii jako o ogóle, nie odczuwam nic innego, prócz czystego zachwytu. Mroczna, nieprzewidywalna, dość krwawa historia bezwarunkowej miłości, od początku skazanej na niepowodzenie. Kara no Kyoukai to również bodaj najpiękniejsze audiowizualnie anime, z jakim miałam niewątpliwą przyjemność się spotkać.











10. Bakemonogatari - seria, w której fanserwis wzrósł do rangi artyzmu. Nie do końca zwykłe przygody Araragiego i jego haremu to klasa sama w sobie. Zarówno Bakemono, jak i pozostałe serie z uniwersum Monogatari, wyróżnia oryginalne podejście do oklepanego tematu, głównie za sprawą eksperymentalnej grafiki, dodania wątku supernatural, a przede wszystkim, świetnie wykreowanych postaci.










11. Mushishi - gdybym miała wskazać anime idealne, bez wątpienia moim pierwszym typem byłoby Mushishi. Zaczynając od spokojnego protagonisty, Ginko, idąc przez grafikę pełną starannych detali i gry światłocieni, kończąc na poszczególnych historiach pełnych symbolizmu. Wyjątkowy, uspakajający i melancholijny klimat przykuwa widza od ekranu juz po pierwszych dźwiękach openingu.











12. Shoujo Kakumei Utena - a skoro o symboliźmie mowa, nie może zabraknąć samej Rewolucjonistki Uteny. Perfekcyjnie skomponowana opowieść, ukazująca ludzkie brudy, słabości i wszystkie możliwe zboczenia w bajkowy sposób. Pełne metaforyczności konwersacje, poszczególne elementy tła, najróżniejsze nawiązania. Trzydzieści siedem odcinków pięknej otoczki, dwa brutalne, kończące wszystkie wątki. Klasyka przez gigantyczne "K", choć zdecydowanie, nie dla każdego. Żyjmy heroicznie!









13. Durarara! - szalonej historii o dziwakach z Ikebukuro nie trzeba przedstawiać chyba nikomu. Nie muszę też pewnie tłumaczyć, czemu zawdzięcza tak wysoką pozycję na mojej liście. Jeśli z jakiegoś powodu nie masz za sobą DRRR! - czas to nadrobić i to w tym momencie!













14. Ghost Hunt - pierwszy i ostatni horror animowany, który wywołał u mnie dreszcze na plecach. Na szczęście nie mamy tu do czynienia z typowym straszakiem, a ze spójną opowieścią, będącą przy okazji połączeniem wstawek komediowych, wątku romantycznego i oczywiście horroru. Wybitnie udana mieszanka, oczarowująca gronem przesympatycznych bohaterów.












15. Eikoku Koi Emma Monogatari - skromna perła na jedwabnej poduszeczce. Prosta, acz dojrzała oraz wiarygodna opowieść, traktująca o miłości pokojówki i wysoko urodzonego szlachcica. Gwarantuję uczucie zachwytu nawet u najbardziej wymagających widzów - całości dopełnia bowiem wspaniała strona audiowizualna. Dla mojej anglosaskiej osoby, oba sezony były idealnym odprężeniem, z kubkiem herbaty w ręku.






16. Kuragehime
- myślę, że w recenzji przedstawiłam już wystarczającą ilość argumentów, tłumaczących moją miłość w stosunku do omawianego tytułu. Po raz kolejny, serdecznie zachęcam do zapoznania się!










17. Kyousougiga 2013 - kolejna świeżynka na liście, anime zaledwie sprzed kilku miesięcy. Choć całe uniwersum Kyoysougigi godne jest najwyższych pochwał, to właśnie seria telewizyjna skradła moje serce. Przygody Koto (której głosu użycza Rie Kugumiya, w jednej z jej najlepszych ról) w lustrzanym Kyoto zafundowały mi śmiech, wzruszenie i czystą rozrywkę. Kolorowy świat interesuje, a relacje pomiędzy bohaterami nurtują od pierwszego odcinka. Znajomość poprzednich części nie jest niezbędna, jednak wszystkie utrzymują wysoki poziom, toteż nie widzę powodu, dla którego miałoby się z nich rezygnować.







18. Michiko to Hatchin - zupełnie nietradycyjna historyjka o Kopciuszku i jej wybawicielce, przemierzających rozległe ulice Ameryki Południowej. Oprócz świetnie poprowadzonej akcji, otrzymujemy niespotykanie różnorodny soundtrack, będący istnym miodem dla uszu. Hana aka Hatchin nokautem wygrywa również miano najlepiej wykreowanej bohaterki dziecięcej, jaką miałam przyjemność w anime przyuważyć, tworząc przy tym z Michiko wyjątkowo udany duet. Wyborne kino sensacji i nie tylko.






19. Darker than Black - muszę się przyznać już na starcie, nigdy nie obejrzałam drugiego sezonu DtB i oglądać też nie zamierzam - słuchając się zaufanych głosów, nie chcę psuć bardzo pozytywnego uczucia pozostałego po seansie. Wyłamujących się ze sprawdzonych schematów serii sci-fi jest jednak mniej, niż mięsa w parówkach. Historia o Kontraktorach z pewnością zapadła mi w pamięć, tym bardziej, iż kojarzę ją z wybornym soudtrackiem, obecnym w każdym odcinku. Przedsmakiem całego jest przecież sam pierwszy opening, Howling. Uważam DtB za dzieło z początkiem i końcem, toteż nie odczuwam potrzeby zaznajomienia się z wymuszoną kontynuacją - po cóż niszczyć te dobre wrażenia.






20. Gin no Saji - pozycja niemająca nawet roku, jednak czuję się pewnie, umieszczając ją na tak wysokim miejscu. Niewątpliwie jestem fanką wszelakich okruchów życiu, a w tej serii dostałam je w najlepszym wykonaniu. Fantastyczny humor dobrze komponujący się z rolniczą tematyką i co najlepsze, genialne połączenie go z nieco poważniejszymi wątkami, najczęściej skupiającymi się na dorastaniu oraz wiążącej się z tym odpowiedzialności. Z niecierpliwością czekam na trzeci sezon, w którego pojawienie się raczej nie wątpię.


21. Toradora! - pierwszy i jedyny szojc na mojej liście. Torę obejrzałam kilkukrotnie, nawet po tym jej magia nie zgasła. Ze świecą szukać anime tak wciągającego, dojrzale podchodzącego do, jakby na to nie patrzeć, niezbyt dojrzałego tematu, jakim są licealne miłostki czy po prostu dobrze zrobionego. Pomimo niechęci do głównej bohaterki, nie miałam żadnych problemów z oglądaniem, głównie dlatego, iż z nawiązką wynagradzał mi to Ryuuji - jak już kiedyś komuś wspomniałam, gdybym spotkała delikwenta na ulicy, uprowadziłabym i już nigdy nie opuściłby progu mojego domu, tak przemiłego, uczynnego, a jednocześnie niepozbawionego kręgosłupa faceta ze świecą szukać. Nie będe oryginalna, w gatunku shoujo na piedestale stawiam Toradorę - tak właśnie powinno się robić tego typu anime.





22. Mahou Shoujo Madoka Magica - anime nazywane, często dość ironicznie, "Mesjaszem" gatunku mahou shoujo - nie wiem, jak to się ma do rzeczywistości, kolorowe dziewczęta, w spódnicach, które rzadko zasłaniają więcej, niż pośladki oraz przesłodzonej atmosferze, z heroicznymi okrzykami ratujące świat, to kompletnie nie moja bajka. Mimo to, pełna obaw, jako-tako rozwiewywanych przez Urobutchera, znajdującego się na liście twórców z podpisem "reżyser", zasiadłam do pierwszego odcinka. Pochłonęła mnie zarówno seria TV, jak i nakręcona kilka lat później kinówka, Rebellion - razem ze znaczną częścią fandomu, wpadłam w Madokowy szał. Historię uważam obecnie za zamkniętą, film kinowy doskonale udźwignął brzemię, z jakim związana była kontynuacja, jestem w pełni ukontentowana i pewnie niejednokrotnie odświeżę sobie dramatyczną historię niewinnej jak baranek Madoki.

23. Fate/Zero - obejrzenie Fate/Stay Night wywołało mnie falę niesmaku i głębokiego rozczarowania. Po wielu bardzo pochlebnych opiniach, spodziewałam się dobrze skonstruowanej, przemyślanej, oryginalnej, może nieco mrocznej, a przede wszytkim logicznej oraz wciągającej opowieści. Rzeczywistość okazała się diametralnie inna, dostałam grupkę infantylnych nastolatków, z Shirou "People die if they are killed" na czele. No, nie o tym miałam mówić - dobrych parę lat później, powstało przecież Fate/Zero, które wynagodziło mi wszystkie cierpienia. Nareszcie w grze brali udział dorośli ludzie, którzy wiedzieli, co robią, ich działania były przemyślane, a ukazanie więzi pomiędzy nimi, godne najwyższych pochwł. Zachwycają różnorodnością charakterów, często przynoszą zaskoczenie. Muzyka, tym razem Kajiury Yuki, a nie Kawai Kenjiego (który, notabene, stworzył soundtrack będącym bodaj jedynym, acz ogromnym plusem FS/N), jak na tę kompozytorkę przystało, zapiera dech w piersiach. Mam tylko nadzieję, że najnowsze Fate/Stay Night, zapowiedziane na jesień tego roku, podtrzyma wysoki poziom i tym razem, zagwarantuje nam wyborną rozrywkę.





24. Mononoke - perfekcyjnie skomponowana opowieść grozy, horror w połączeniu z japońskim folklorem w najlepszym wydaniu. Piękny pod każdym względem, poczynając od oryginalnej grafiki, pełnej kolorowych tekstur, a kończąc na fabule pojednyczych historii. No i jak tu nie uwielbiać tego Kusuriuriego?





25. Hanasaku Iroha - i tej serii popełniłam swego czasu recenzję, zaznaczając, iż opisuję tytuł, który zaliczam do grona swoich ulubieńców. Podtrzymuję swoją pozytywną opinię - chyba nie muszę po raz kolejny zapewniać o swojej rekomendacji?










26. Baccano! - alchemia, nieśmiertelność, gangi, seryjny morderca i czyste szaleństwo. Absolutnie idealnie poprowadzona akcja, przeplatając jednocześnie kilka linii czasowych, wyjaśniając pokolei powiązanie między poszczególnymi wydarzeniami. Brutalność łączy się z humorem, a całości przygrywa doskonała, jazzowa muzyka. Nie wiedzieć czemu, Baccano! osiągnęło w naszym fandomie popularność mniejszą niż Durarara!! popularność, jednak obie serie są w moim mniemaniu godne siebie nawzajem.







27. Kaiba - jedna z niewielu pozycji, która wzbudziła we mnie emocje tak silne, by na jakiś czas wstrzymać się z oglądaniem. Groteska, podsycana chociażby przez zieloną krew, robiącą piorunujące wrażenie, wzrastała z odcinka na odcinek. Dusząca atmosfera nadawała serii swoistego klimatu. Mimo wszystko, pod tą nieco odpychającą powłoką, nietypowa tematyka próbowała przekazać pewne wartości, adekwatne w dzisiejszym świecie. Nie starano się tego zrobić nachalnie, wmawiając nam swoje racje, a subtelnie poruszać temat wartości ludzkiej duszy, świadomości własnego "ja" czy sprowokować debatę na temat pochodzenia płci. Bardzo smakowity kąsek, raczej dla wyrobionego widza.







28. Kimi to Boku - bodaj najcieplejsze okruchy życia, z jakimi miałam niewątpliwą przyjemność się spotkać. Anime udawadniające, że da się zrobić dobrą i zabawną serię obyczajową o grupie przyjaciół, bez fanserwisu, bez slapstickowych czy niewybrednych żartów, grona oszałamiających biszów tuduzież sztucznego dramatu. Mam szczerą nadzieję, iż na dwóch sezonach się nie skończy i wkrótce ponownie zobaczymy całą paczkę na ekranach.



29. Nodame Cantabile - muzyka klasyczna oraz romans, a to wszystko w spokojnym joseiu - nie umiem sobie wymarzyć piękniejszego połączenia. Przezabawne przygody Chiakiego i Nodame, pełne wzlotów, jak i upadków, były dla mnie gratką, jako miłośniczki kina obyczajowego. Trzy sezony przedstawiły nam spójną historię, z początkiem i końcem - choć z bólem żegnałam się z przesympatycznymi bohaterami, końcówka nie pozostawia żadnych złudzeń oraz stanowi idealną konkluzję całości. Mukyaa!





30. Perfect Blue - sztandarowe dzieło jednego z wybitniejszych, japońskich reżyserów, samego Satoshiego Kona. Nie będę wiele tłumaczyć - po prostu musicie to zobaczyć.











31. Mawaru Penguindrum - najświeższa pozycja na mojej liście, która szturmem wdarła się niemal na sam szczyt. Naprawdę, byłam zachwycona już od pierwszego odcinka, ale moja ekscytacja i szalona sympatia do tytuły tylko wzrastała. Zdarza mi się oglądać wybitne anime, o których mam dobre zdanie, doceniam ich kunszt czy ambitność, lecz mimo wszystko, nie oglądam kolejnych odcinków z wypiekami na twarzy, nie mogąc doczekać się kolejnego spotkania z bohaterami. Mawaru bardzo mile mnie pod tym względem zaskoczyło, bowiem cała seria mi się przede wszystkim niesamowicie podobała. No ale odkładając na bok takie osobiste odczucia. Po autorze Uteny nie spodziewałam się niczego innego, niźli perfekcji i to też prawie dokładnie dostałam. Rozpoczynając od niewątpliwych plusów - bardzo bogata symbolika, którą wręcz uwielbiam w każdej serii. Jabłko, będące symbolem przeznaczenia (które też jest tematem przewodnim całej serii), z drugiej strony, można się również pokusić o odważniejszą interpretację i sięgnąć do biblijnych korzeni: jabłko było przecież symbolem pokusy, a naszych bohaterów niejednokrotnie kusiła chęć zmiany przeznaczenia. Przerażające miejsce zwane Child Broiler, symbolizujące problem odrzucenia przez społeczeństwo, do którego trafiały "niechciane" dzieci. O tak, na temat większości epizodów można by było prowadzić długie i natchnione dyskusje, a to przecież świadczy o jakości produktu. Mnie historia rodzeństwa, którmu zależało tylko na wzajemnym szczęściu, a byli zmuszeni do przeciwstawienia się tylu problemom, po prostu urzekła.


32. Dantalian no Shoka - zupełnie subiektywny wybór, jak w kilku innych przypadkach, bardziej szczegółowo objaśniony w recenzji, zamieszczonej na blogu zaledwie parę tygodnii temu.












33. Sayonara Zetsubou Sensei - saga o nauczycielu-samobójcy to jedno z bardziej rozpoznawanych dzieł SHAFTu. Zupełnie się temu nie dziwię - galeria przedziwnych bohaterów, a przede wszystkim, wysokie stężenie czarnego humoru to przecież klucz do sukcesu. Czekam na więcej Nozomu i jego nietypowej klasy!




34. Usagi Drop - wychowanie dziecka to z pewnością nie lada orzech do zgryzienia. Ale żeby od razu robić o tym anime...? Ktoś kiedyś wpadł na podobny sposób. Spróbował. I udało mu się to wybornie. Słodka, acz wciąż zjadliwa, ba, bardzo smaczna opowieść o samotnym "ojcu" wychowującym dość nietypową sześciolatkę. Z tego, co zaspoilerowano mi przez osoby znające mangę, jej zakończenie jest dość niesmaczne, toteż wolałabym, aby nigdy nie zostało zekranizowane - szkoda by było psuć tak pozytywne wrażenie, pozostałe po tych krótkich, jedenastu odinkach.







35. Nichijou - komedia bardziej, niż absurdalna. Przyprowadzanie kozy do szkoły, tsundere celująca pomiędzy oczy, dziewczyna z gigantycznym kluczem na plecach czy chociażby gadający kot to tutaj chleb powszechni. KyoAni nie tylko moe dziewczęta umie robić, a Nichijou jest tego najlepszym przykładem.



36. Black Lagoon - pościgi i wybuchy. Więcej pościgów i wybuchów. Trochę mafijnich potyczek, parę szokujących elementów i garść świetnych bohaterów. Podczas gdy "wszyscy" wydają się być w "klubie Revy", ja zawsze stałam za Balalaiką - to tak z personalnych refleksji. Choć stanowiące czystą rozrywkę, Black Lagoon wywiązuje się z tego zadania znakomicie i zapada w pamięć na dłuższy czas.









37. Gatchaman CROWDS - a co, gdyby stworzyć serię, w której płci żadnego z bohaterów nie można być do końca pewnym...? Cóż, jeśli dodamy do niej nieco supermocy, świetne OST, kolorową grafikę, mnóstwo nawiązań do starszego uniwersum, pod podobną nazwą oraz szczyptę szaleństwa, na pewno wyjdzie nam coś w stylu Gatchamana. Nie będę zdradzać nic więcej - przekonajcie się sami, jakie to było dobre.

38. Toaru Majutsu no Index - uniwersum Toaru ma lepsze i gorsze momenty, nie da się ukryć. Choć pierwszy Railgun nie powalił, seria S to prawdopodobnie najlepsza z dotychczasowych części. Ale rozpocznijmy od początku i od pierwszego sezonu Toaru, po dziś dzień mojej ulubionej części. Supermoce w środowisku szkolnym to temat oklepany, dużo ciężej jest natomiast wyciągnąć z niego coś przyzwoitego. Toaru ma w sobie coś, czego brakuje wielu podobnym anime - może chodzi o polot, może o humor, a może lekkość w prowadzeniu fabuły. Są i bohaterowie, każdy skrajnie inny, nietrudno ich jednak polubić. Z przyjemnością odrywałam się od szarej rzeczywistości, razem z protagonista przeżywając najróżniejsze przygody w Mieście Akademickim - czekamy na kolejne sezony, wszak Misaka Worst, Trzecia Wojna Światowa i cały wątek z Acceleratorem, same się nie zekranizują.



39. Tsuritama - i w tym przypadku już wystarczająco pozachwycałam się nad niewątpliwymi atutami Tsuritamy w swojej recenzji. E-NO-SHI-MA DON!













40. Level E - zaczyna się poważnie - kosmici, nieco patosu, intryga międzyplanetarna i pewnien rozkapryszony książe. Dramat obyczajowy w kosmosie? A skądże! Nie chcę psuć efektu niespodzianki, jednak poważny klimat zdecydowanie nie utrzyma się długo. Epizodyczna konstrukcja pozwala na niezobowiązujący, przyjemny seans, kolejno przedstawiając nam nowe postacie, zaskakując przy każdej, możliwej okazji.








41. Angel Beats! - choć początkowo wahałam się, czy umieścić tę pozycję na mojej liście, koniec końców Angel Beats! otrzymuje ode mnie zaszczytne, czterdzieste pierwsze miejsce. Przyznam się Wam szczerze - może i minęło od tego czasu już parę lat, ale przy końcówce płakałam jak bóbr. Opowieść o godzeniu się z własnym, często zbliżała się do cienkiej linii, pomiędzy "dramatem" a "melodramatem". Będąc zupełnie subiektywną, to nie było najlepsze anime, jakie widziałam, jednak wspominam je nad wyraz mile - na pewno ma swoich fanów, czemu trudno mi się dziwić.

42. Shiki - intryga rozgrywająca się w małej wiosce to popularny motyw wielu horrorów. Po serii inspirowanej Miasteczkiem Salem na samym początku nie spodziewałam się zbyt wiele, jednak zostałam bardzo szybko "rozczarowana". Warstwę psychologiczną wykreowano bezbłędnie, brak wielowątkowości wcale nie doskwiera, wręcz przeciwnie - dzięki temu, dużo łatwiej było się skupić na emocjach bohaterów, które przecież już w zamyśle miały być tu najważniejsze. Shiki jest na tyle popularne, bym nie musiała tej serii specjalnie opisywać, mimo wszystko, jeśli z jakichś powodów zwlekasz z seansem, masz moje pełne błogosławieństwo i krzyżyk na droge - to po prostu dobre anime jest.







43. Bokurano - o Bokurano umiałabym napisać wszystko, i nic. Choć podniosłość, patos, Wielkie Słowa ze Stosowną Muzyką czasem mnie przerastały, żywię do tego anime sporo ciepłych uczuć, czemu upust dałam w jednej z moich recenzji - zapraszam do lektury oraz seansu.











44. Kure-nai - i teraz nie chcę się specjalnie powtarzać, bodaj pierwszą recenzję na moim blogasku poświęciłam Kure-nai, toteż zainteresowanych zapraszam we właściwą kartę. Samo przez się rozumię, iż serię bezsprzecznie polecam.


45. Katanagatari - tytuł traktuje o opowieści na temat pewnych mieczy, a co kryje zawartość? Na pewno przepiękną grafikę oraz oszałamiająco urodziwy soundtrack, a to tylko wierzchołek góry dobroci. Przygody Shichiki i Togame w ich podróży oraz spotkania z kolejnymi bohaterami, z którymi to przyjdzie im walczyć w boju o posiadany przez nich miecz, to perfekcyjnie przemyślana opowieść, spokojna, a jednocześnie wciągająca - dwanaście niemal godzinnych odcinków pochłonęłam szybciej, niż niejedną serię regularnej długości. Istne arcydzieło, godne polecenia każdemu bez wyjątku. Cheerio!







46. Mouryou no Hako - o Pudle Goblinów pisałam długo i wylewnie, naturalnie, w recenzji. Poraz kolejny, pozwolę sobie wyrazić kompletną rekomendację oraz skierować do wspomnianej recki, w celu poznania mojej nieco lepiej wytłumaczonej opinii.


47. Suzumiya Haruhi no Yuutsu - kogo jak kogo, ale samej Haruhi nie muszę przedstawiać nikomu. Fenomen tej seri nie gaśnie już od lat, dosięgnął i mnie. Wybitna wariacja na temat komedii szkolnej, do dziś wychwalana za oryginalność oraz wyjątkowo zdystansowane podejście do tematu. Brygada SOS, z Kyonem na czele, to szalenie sympatyczna grupa. Nie umiem nie wspomnieć również o filmie kinowym, będący jednym z najlepszych dodatków, jakie kiedykolwiek nakręcono, przewyższającym nawet poziom serii TV.









48. Binbougami ga! - kolejny przedstawiciel jednego z moich ulubionych gatunków, czyli szalona komedia, pełna nawiązań do najróżniejszych elementów japońskiej popkultury, głównie serii shounen, pokroju JoJo, Dragon Ball, One Piece czy Bleach, co czyni ją podwójnie zabawną, przy znajomoścy tychże anime. W głębi ducha liczę na ciąg dalszy, z tej konwencji można jeszcze sporo wyciągnąć, a ja naprawdę nie obraziłabym się za nawet większą dawkę humoru proponowanego przez naszą Boginię Nieszczęść oraz pazerną Ichiko.





49. Dennnou Coil - na Dennou Coil trafiłam czystym przypadkiem, szukając zupełnie innego anime. Czyżby przeznaczenie? Kto tam wie. Pewne jest natomiast to, iż wpadłam w sidła uroku tej serii już po pierwszych kilku odcinkach. Oryginalność świata przedstawionego, mistrzowsko dopracowana strona audiowizualna czy doskonałe wybrnięcie z umieszczenia dzieci w rolach protagonistów to jedne z wielu jej zalet. Nie zostało mi nic innego, jak tylko polecić ją wszystkim miłośnikom sci-fi z nutką dramatu.

50. Yuru Yuri - last, but not least. Nie, to niestety nie jest dżołk. Ten całkiem zabawny akcent kończy już moją listę, jednak wprost nie umiałam się powstrzymać od umieszczenia tu Yuru Yuri. Ja wiem, że nie powinno mi się to podobać. Mam żal sama do siebie, z powodu mojego zamiłowania do tak nieambitnej serii. Ale mimo wszystko, uwielbiam te dziewczyny całym serduszkiem, żarty o niewidzialności Akari, zboczenie Kyouko czy chociażby gagi z Chitose w roli głównej. Gdy tylko nachodzi mnie chandra, odpalam randomowy odcinek i już po chwili śmieję się jak głupi do sera. A chyba właśnie o przyjemność z oglądania chodzi, prawda? C:






I tak oto wspólnie dotarliśmy do tego powstającego w męczeńskich bólach przez długie dni, mocno przydługawego posta. Moim zamysłem było przedstawienie ulubionych serii, w celu rekomendacji tytułów, które imho jak najbardziej na nią zasługują, bez pisania tragicznie długich recenzji. Serdeczne podziękowania dla wszystkich, którym udało się przebrnąć do samego końca. Niech moc herbatki będzie z Wami!
Uprzejmuję informuję, iż poniższa recenzja będzie absolutnie subiektywna i kompletnie wyprana z resztek chociażby obiektywizmu. Chociaż obiecuję powściągnąć siedzącą we mnie psychofankę tytułu, nie biorę odpowiedzialności za konsekwencje. Zostaliście ostrzeżeni. I, raz, dwa, trzy...

Jak powiadają, każda dziewczynka marzy o byciu księżniczką. Nie inaczej było w przypadku
Tsukimi Kurashity. Od małego wierzyła, iż pewnego dnia rozwinie skrzydła niczym piękny motyl, porażając świat swoim wdziękiem i blaskiem. Niestety, coś po drodze nie wyszło, a naszej bohaterce przeszedł trochę zapał. Nigdy za to nie porzuciła miłości do meduz, odziedziczonej po swojej zmarłaj matce. I w tym miejscu bajka się kończy, a zaczyna szarawa, choć może nie aż tak rzeczywistość. Osiemnastoletnia Tsukimi zamieszkuje bowiem w bardzo nietypowej posiadłości, zwanej Amamizu-kan. Nie, niestety, nie stała się panią haremu. Nie mieszka również w szpitalu psychiatrycznym, jednak do tego zdecydowanie jej lokum bliżej. Otóż wśród jej wspólkolatorek znajdziemy okazy wybitnie zdziwaczałe, piątkę kobiet-otaku (określających się mianem Mniszek), z czego każda zafascynowana jest czymś zgoła jednym, a łączą je dwie rzeczy: szczera nienawiść do mężczyzn oraz niemożność wpasowania się w standardy świata zewnętrznego. Oczywiście, musimy pamiętać, iż znajdujemy się w świecie anime, toteż życie naszych bohaterek w żadnym razie nie może być takie beztroskie. O nie, potrzebujemy tu jakiegoś punktu zwrotnego. Spokojnie, Brains Base nie każe nam długo na niego czekać - już w pierwszym odcinku, młoda miłośniczka meduz wyrusza na nocną wycieczkę, podczas której spotyka zachwycającą piękność - meduzę z gatunku Mastigias papua, którą z miejsca nazywa Clarą. Ku jej rozpaczy, właściciel sklepu zoologicznego stanowczo odmawia sprzedaży o tak nieludzkiej porze i po kilku płomiennych próbach negocjacji, Tsukimi postanawia udać się z powrotem do domu. Wten, niczym rycerz na białym koniu, zjawia się kolejna istota wyjątkowej urody, szybko zakfalifikowana przez protagonistkę jako "modna osoba". Nieznajoma kobieta, używając swoich wdzięków, przekonuje krnąbrnego sprzedawcę do dokonania transakcji. Chcąc nie chcąc, Kurashita wraca do Amamizu-kan wraz z nowym zwierzątkiem oraz gościem, który mimo jej głośnych protestów, zasypia na podłodze. Następnego ranka, Tsukimi leniwie przeciera oczy, tylko po to, by przy oknie, w swoim własnym pokoju, w którym nigdy nie postała noga mężczyzny, siedzi półnagi facet. I co, co dalej, jaki facet, co z kobietą, o co chodzi, aaaa... ja zjadłbym frytki...? Nie zdradzę nic więcej, przekonacie się sami!

Po przydługim, acz obfitującym w wymyślne epitety opisie, przydałyby się jakieś konkrety, wszak to akurat każdy widzi i słyszy. Już chyba tradycyjnie, pozwolę sobie wyrazić swoją opinię na temat prowadzenia fabuły i tak dalej. Żeby nie było, że zaślepia mnie dzika i bezwarunkowa miłość do tego tytułu - posiada on jedną, acz bardzo poważną wadę. Kuragehime jest w istocie reklamówką mangi, bezczelnie urwaną w istotnym momencie, kiedy to sprawy dopiero zaczynają nabierać tempa. Całość prowadzono bardzo zgrabnie, pokolei przestawiając coraz to nowsze wydarzenia, pytania, a nawet tajemnice się piętrzyły, widz siedział już jak z pełnym pęcherzem, a tu suprise! Ostatni odcinek. Tak się po prostu nie robi, nie daje się  komuś ciastka, patrzy, jak ten powoli oblizuje lukier, dobiera się do wnętrza, a potem je wyrywa, gdy ten próbuje sięgnąć po nadzienie. Mimo wszystko, ogrom plusów zdecydowanie przeważa i to na nich wolę się skupić. Przede wszystkim - humor! Obecny od pierwszej sceny, perfekcyjnie przeniesiony z kart mangi. Nareszcie coś bez seksualnych nawiązań w każdej scenie, fanserwisu, slapsticku czy po prostu jednej wielkiej sztampy i powtarzalności. Gagi są świeże i autentycznie bawiące, wytykają, ale nie brutalnie prześmiewają poczynania bohaterów. Owszem, pojawia się trochę scen, gdy postacie przybierają formę super deformed, oszczędzono nam standardowego trzepania gazetą po głowach i tak dalej. Występuje sporo nawiązań do japońskiej popkultury oraz nietypowych zainteresowań kobiet z Amamizu-kan. Nie zawsze jest aż tak wesoło, bowiem seria skupia się również na dorastaniu i problemie radzenia sobie z odpowiedzialnością, jaka się z tym wiążę. Na próżno jednak szukać wstawek dramatycznych, całość utrzymuję się w ryzach okruchów życia. Oprócz tego, wprowadzono delikatny wątek romantyczny, powoli rozwijający się już od początkowych odcinków.

Chyba mogę przejść do wisienki na torcie i nareszcie zdradzić Wam, czym takim interesują się bohaterki. Skoro to nietypowa recenzja, niech i format będzie nietypowy, a każda z postaci dostanie trochę więcej niż zazwyczaj miejsca.




Tsukimi Kurashita
Protagonistka, zapalona miłośniczka meduz i rysowniczka tychże. Od dziecka jej największą inspiracją oraz modelem idealnego człowieka była młodo zmarła matka, po której pozostały tylko wspomnienia ze wspólnych wypadów do oceanarium. Najmłodsza z mniszek.







Kuranosuke Koibuchi
Syn polityka, "po godzinach" przebierający się za kobietę. Okazuje w ten sposób rebelię przeciwko sztywnym zasadom i nieuchronnemu przeznaczeniu, jakie zgotował mu los. "Modny człowiek", rozchwytywany i bardzo urodziwy chłopak. Swoją płeć, za radą Tsukimi, trzyma w sekrecie przed Mniszkami.






Chieko
Córka właścicielki Amamizu-kan, swoista przywódczyni Mniszek i najstarsza z nich. Jej pasją są kimona, które własnoręcznie szyje i którymi też przystraja lalki zamieszkujące jej pokój. Stanowcza, acz sympatyczna i wyrozumiała, odgrywająca rolę "matki" kobiet.







Jiji
Jedna ze starszych, prawdopodobnie najstarsza zaraz po Chieko, Mniszka. Obsesyjnie interesuje się starszymi mężczyznami, których może obserwować całymi dniami. Spokoja i nieco nieśmiała, oddana swoim przyjaciółkom z Amamizu-kan.







Banba
Tajemnicza wielbicielka pociągów, wiecznie skrywająca się za bujną czupryną, która, jak przekonuje, jest stuprocentowo naturalna. Tak, to naprawdę jest kobieta. Cicha, lecz często cyniczna, wykazująca się sarkastycznym poczuciem humoru.


Mayaya
Prawdopodobnie rówieśniczka Tsukimi, bodaj najbardziej szalona i nieprzewidywalna mniszka, zafascynowana Sanguo Zhi, kolekcjunojąca wszystko, co z tą Kroniką związane. Powierniczka Tsukimi, gotowa służyć dobrą radą.






Shuu Koibuchi
Starszy brat Kuranosuke, wydający się przejawiać ciepłe uczucia w stosunku do Tsukimi. Nieporadny i w niczym niepodobny do swojego braciszka, nazywany zresztą przez niego "wiecznym prawiczkiem". Co tu dużo mówić, w wieku trzydziestu lat, dalej mieszka z ojcem.




Czas nieco spoważnieć i przejść do kwestii technicznych. Projekty postaci zostały wiernie przeniesione z mangowego pierwowzoru, nie różniąc się do tegoż niemal niczym. Zachowano rozsądek w proporcjach oraz przy rysowaniu ich twarzy czy odzienia, gołym okiem widać różnicę pomiędzy tymi mniej i bardziej obdarzonymi urodą. Kuranosuke w istocie jest tak piękny, jak wszyscy wokół niego twierdzą, a Tsukimi rzeczywiście sporo zyskuje w stosowniejszej fryzurze, ubraniach czy makijażu. Miło również patrzeć na wymyślne stroje cross dressera, zmieniające się w każdym odcinku, a nawet scenie. Tła są schludne, bywają za to przesadnie puste lub sterylne. Jak można się spodziewać po serii obyczajowej, muzyka w tle niestety nie zwala z nóg różnorodnością, aczkolwiek bardzo nadrabia to czołówka i piosenka towarzysząca napisom końcowym, zarówno muzycznie, jak i graficznie. Na dodatkowe słowa wspomniena zasługuje właśnie ending, bardzo przemujący oraz poruszający, w którym podmiot liryczny próbuje uświadomić ukochanej, jaka jest piękna, co dobrze nawiązuje do całej serii.

Już wiecie, komu polecam, prawda? Wszystkim, bez wyjątku. Nie widzę konkretnej grupy osób, którym mogłaby nie przypaść do gustu tak naturalnie ciepła i przezabawna seria, poruszająca kilka istotnych w dzisiejszych czasach problemów, co uprzednio już wyjaśniłam. Gorąco rekomenduję również mangę, kontynującą losy naszych bohaterów, nie ustępująca (cóż, raczej anime nie ustępuje mandze) serialowi pod żadnym względem.

Fabuła - 8/10
Bohaterowie - 10/10
Grafika - 7/10
Muzyka - 7/10
Całokształt - 9/10
Lato 2011. Jeżeli ktokolwiek z Was, drodzy czytelnicy, śledził omawiany sezon wydawniczy na bieżąco, za co go pamięta? Obstawiam Mayo Chiki!, No.6, Usagi Drop, UtaPrinsy, Yuru Yuri czy nawet Mawaru Penguindrum, (nie)sławne Blood-C tudzież Natsume Yuujinchou San. Mało kto pewnie wie, iż w tym samym czasie emitowano również najnowszą ówcześnie pozycję od samego Gainaxu, Dantalian no Shoka. Dziś zmienię ten stan rzeczy. Przenieśmy się więc w czasy nieco mniej współczesne. Anglia, dwudziesty wiek, zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Anthony Hugh Disward, emerytowany pilot (co nie znaczy, iż za protagonistę dostaliśmy starszego pana, skąd, to by się nie sprzedało) dziedziczy po swoim zmarłym dziadku posiadłość. Był to raczej nieoczekiwany dar, gdyż Huey (tak nakazuje na siebie mówić) nigdy nie utrzymywał bliższego kontaktu z tymże członkiem rodziny. Kiedy nasz zmęczony podróżnik przybywa na rzeczone miejsce i otwiera wrota pięknej willi, postanawia uciąć sobie przerwę na herbatkę oraz zwiedzić swój nowy dom. Odkrywając coraz to nowsze pomieszczenia, dociera w końcu do biblioteki, pięknej, pełnej rzadko spotykanych ksiąg i bardzo zadbanej. Czas na plottwist! W bibilotece siedzi bowiem loli. Kiedy otrzecie już opluty ekran i przejdą Wam szaleńcze spazmy śmiechu, kontynuujcie, proszę, czytanie.  Nasza urocza loli przedstawia się jako Dalian i szybko dowiadujemy się, iż nie była nieślubną córką, albo jeszcze lepiej, młodą kochanką dziadka Anthony'ego, a jak sama tłumaczy, Kuro Yomihime, czyli Czarną Księżniczką. Sielanka spędzona na podgryzaniu ciastek przez główną parkę szybko się kończy - zostają zaatakowani przez bliżej nieokreśloną postać. Dalian, zmuszona do szybkiego wytłumaczenia sytuacji, objaśnia Huey'owi, iż sama nie jest człowiekiem, a biblioteką, mieszczącą w sobie 900,666 Zakazanych Ksiąg, których winna jest obraniać przed światem zewnętrznym po kres swoich dni. Postawiony przed faktem dokonanym, nasz idealistyczny protagonista zawiązuje z nią kontrakt i staje się Klucznikiem małej tsundere. Od teraz czekać ich będzie wiele niebezpieczeństw oraz podróży w poszukiwaniu kolejnych, Zakazanych Ksiąg.

Jak powiadają, zakazany owoc smakuje najlepiej. Nie inaczej sądzą postacie poboczne Dantalian no Shoka. Seria składa się z niemal niepowiązanych ze sobą historii, podczas których najróżniejsze osoby skuszone możliwościami, jakie dają im poszczególne Księgi, są kolejno ratowane (albo i nie) przez duet składający się z Klucznika i Księżniczki Biblioteki. Dlaczego nie po prostu "Hugha i Dalian"? Spieszę z wyjaśnieniem. Wraz z postępem kolejnych odcinków, zostają nam przedstawione kolejne dwie pary, o których głębiej pomówię za chwilę. Schemat większości historyjek jest bardzo podobny, aczkolwiek epizodyczność wyszła serii na zdecydowany plus - każdy arc dostał wystarczającą ilość czasu ekranowego by ani nie znudzić, ani nie pozostawić widza bez niezbędnych do zrozumienia całości wyjaśnień. W każdej historii bohater motywowany jest innymi, mniej lub bardziej samolubnymi, pobutkami, na miejsce przybywa para specjalistów od tego typu problemów i sprawa zostaje zażegnana (albo i nie!). Stosunkowo niewiele dowiadujemy się niestety o protagonistach, podane nam informacje są szczątkowe, choć wystarczające, by nie czuć kompletnego zdezorientowania w ich sytuacji. Całej serii zabrakło też nieco głębi, oprócz przedstawienia słabej natury człowieka, nie skupia się na niczym konkretnym i stanowi niemal czystą rozrywkę. Samotność, odrzucenie, izolacja, dyskryminacja czy bezsilność to tematy poruszane bardzo powierzchownie, często tylko liznięte. Szkoda, bo potencjał był, jednak został dość szybko zgaszony. Właśnie to dosyć mocno zaważa na mojej ocenie, która w innym przypadku byłaby znacząco wyższa. Mimo jednak wszystko, każdy pojedynczy odcinek oglądałam z nieukrywaną przyjemnością, napawając się wspaniałym, magicznym klimatem, dość często pojawiającym humorem i zaskakującymi rozwiązaniami wielu zagadek.

Jak wspomniałam już w początkowym akapicie, Huey jest typowym idealistą, gotowym z heroicznym krzykiem na ustach biec każdemu nieszczęśnikowi w potrzebie. Dzielnie znosi humorki Dalian, aczkolwiek umie tupnąć nogą i utrzymać małą przyjaciółkę w ryzach. Zakochana w słodkościach Księżniczka, to typowa tsundere, pozornie oschła, a w głębi ducha bardzo dbająca o Hugha. Ich przyjacielska relacja wypadła bardzo naturalnie, od początku nie obiecywała wątku romantycznego i dzięki niebisom, do samego końca nam go nie dała. Najłatwiej mogę to przyrównać do stosunków starszego brata i młodszej siostry, Huey troszczy się o Dalian, przygotowując jej posiłki czy dbając o jej komfort. O dwóch kolejnych parach nie dowiadujemy się w zasadzie niemal niczego. Nosząca kaftan bezpieczeństwa Flamberge (zwana również Flam) to arogancka Srebrna Księżniczka i partnerka cynicznego Hala jednocześnie. Nienaturalnie spokojna Rasiel, Czerwona Księżniczka i jej Klucznik, Profesor, wydają się jakby odbiciem lustrzanym głównej pary. Z postaci drugoplanowych, które pojawiają się w więcej niż jednym odcinku, wymienić mogę przyjaciela protagonisty z wojska, Armanda oraz jego przyjaciółkę z dzieciństwa, Camillę. Bohaterowie, choć w wielu przypadkach dość sztampowi, stanowią sympatyczne i dobrze dobrane, a szczególnie w przypadku duetu głównych - uzupełniające się grono.

Zdecydowanie najbardziej udaną stroną Dantalian no Shoka to strona audiowizualna. Krajobrazy zapierają dech w piersiach już od pierwszych scen, projekty postaci cieszą oko różnorodnością i dbałością o szczegóły przy rysowaniu strojów. Kolory są żywe, soczyste, zachwycają. Bodaj jeszcze lepiej, gdyby nie fakt, iż nieco zbyt powtarzalna w wielu scenach, wypadłaby muzyka. Łaciński utwór otwierający każdy odcinek zaliczam do pierwszej piątki na liście moich ulubionych openingów, a ending jest zdecydowanie najbardziej klimatycznym endingiem, z jakim spotkałam się w jakimkolwiek anime, pozostawiający uczucie niepokoju, może nawet strachu, czemu przysłużyła się oryginalny teledysk i przenikający głos wokalistki. Absolutnie przepiękny soundtrack obfituje w skrzypce, fortepian, organy oraz flet, gdyby nie wspomniany już brak różnorodności, otrzymałby ode mnie maksymalne noty. Na pewno za to idealnie dobrano go do każdej ze scen, podkreślając wyjątkowy, magiczny klimat całej serii.

Przy dźwiękach przesłuchiwanej po raz setny czołówki, docieram do konkluzji. Dla kogo to i z czym toto jeść?  Myślę, że każdy znajdzie tu coś dobrego dla siebie. Odradzić mogę jedynie poszukiwaczom poważnego kryminału, z bardzo skomplikowaną oraz nietypową intrygą, najlepiej w realiach rzeczywistych. To niewątpliwie śliczna i wciągająca bajka, która mnie urzekła swoją prostolijnością oraz wspaniałym wybrnięciem z dość oklepanych schematów, użytych przy projekcie charakterów postaci. Ideał na odcięcie się od nudnej, szarej rzeczywistości.

Fabuła - 7/10
Bohaterowie - 6/10
Grafika - 9/10
Muzyka - 9/10
Całokształt - 8/10
Czas leci. Czasem robi to szybciej, niż byśmy sobie tego życzyli, a czasem wręcz przeciwnie, zdaje się ciągnąć w nieskończoność. I tak oto sezon zimowy już za pasem, a ja w myślach dalej mam pierwsze odcinki, nie mogąc wyjść z podziwu, iż obejrzałam właśnie końcówki zimowych serii. Gdybym za dwa lata została zapytana o zimę 2014, prawdopodobnie pierwszym co przyszłoby mi na myśl, byłyby niesamowicie wysokie (jak na tę porę roku, oczywiście) temperatury, utrzymujące się niemal od grudnia. Nie zrozumcie mnie źle, nie uznaję minionego sezonu za sezon skrajnie nieudany. Na pewno mam go za to za okrutnie przeciętny i rozczarowujący pod wieloma względami. Dobrze zapowiadające się serie, jak zwykle okazały się mniejszymi lub większymi gniotami, tudzież w najlepszym przypadku - przeciętniakami, co poniekąd odbiera przyjemność z oglądania "pewniaków". Bywały miłe i te nieco mniej przyjemne zaskoczenia, jednak w ostatecznym rozrachunku, cały sezon wypadł cokolwiek blado w porównaniu do kilku poprzednich. Przy takim ogromie tytułów, szokuje mnie fakt, iż zaledwie dwa lub trzy wypadły ponadprzeciętnie. No dobrze, dość już tego ogólnikowego gadania, skupmy się na poszczególnych seriach. Pozwolę sobie zacząć od "resztek" z sezonu jesiennego 2013, których to oglądanie miałam okazje kontynuuować w tym roku. Let's start the butthurt.


Diamond no Ace
Niestety, w tym wypadku jestem zmuszona do wyrażenia swojej opinii przed zakończeniem emisji, jednakże w dalszym ciągu nie wiadomo, ile seria będzie miała odcinków (sugerując się ilością tomów mangi, możemy się spodziewać nawet tasiemca). Będąc szczerą, nie cierpię baseballu, nigdy do końca nie zagłębiałam się w jego tajniki (toteż na dobrą sprawę nie znam jego zasad), jednak chyba właśnie to zmotywowały mnie do rozpoczęcia serii traktującej o takiej, a nie innej tematyce. Mając porównanie z dużo popularniejszym Kuroko no Basuke, naprawdę nie jestem zawiedziona. Nie ma tu miejsca dla supermocy, nakama power w każdym epizocie czy nienaturalnych power-upów w trakcie gry. Bohaterowie zawzięcie dążą do celu i wypadają w tym dosyć naturalnie. Przeszkadza mi bodaj tylko grafika (konkretnie projekty postaci), bowiem ciężko odróżnić poszczególnych bohaterów oraz spora przewidywalność. Na dzień dzisiejszy, mocne 6/10, przyjemne toto w odbiorze, zapewnia mi dwadzieścia minut rozrywki tygodniowo, a to wszystko, czego od tego anime wymagałam.

Golden Time
To było... Okrutne. Zapytać możecie "to na cholerę, masochistko jedna, oglądałaś?". Otóż odpowiedź jest prosta - byłam niezmiernie ciekawa absurdów, jakie zaserwują nam twórcy w kolejnych epizodach. Poziom głupoty i wszechobecnego bezsensu w prowadzeniu fabuły, jej rozwoju oraz zachowaniach postaci, wzrastał z odcinka na odcinek. Oficjalnie obwieszczam Koko najbardziej irytującą postacią roku 2013, a na drugim miejscu stawiam Banriego. Niby dorośli ludzie, a zachowywali się gorzej, niźli wielu nastolatków w seriach szkolnych. Umiejscowienie akcji na studiach dało mi płonne nadzieje na coś mniej sztampowego i chyba przez to moje rozczarowanie było tak wielkie. Muzyka... Cóż, myślę, że lepiej byłoby, gdyby w ogóle się nie pojawiła, bowiem moje uszy niemiłosiernie krwawiły słysząc obydwa openingi i endingi. Nie wiem czemu, może za Lindę, może za buźkę Mitsuo, a może za całkiem przyzwoity humor w początkowych odcinkach - 3/10. A może ja naprawdę jestem masochistką.





Kill la Kill
Coming soon, mam za dużo do napisania na temat tej serii, aby nudzić Was tymi wypocinami w tym momencie. Chyba pokuszę się o pełną recenzję. Bo przecież czemu nie.
8/10












Kuroko no Basuke 2nd Season
Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby połączyć Dragon Balla, Naruto, Toaru Majutsu no Index, Fairy Tail i zrobić z tego serię o...koszykówce? Jak bardzo nie pałałabym gorącym uczuciem do pierwszej serii, poziom supermocy i nakama power po prostu mnie w nowym Kurobasu przerósł. I choć gagi w dalszym ciągu pozostawały całkiem zabawne, to stężenie nudy, spowodowane przeciąganiem niemal wszystkich meczy w nieskończoność, zabiło we mnie resztki subiektywności. Świetny początek obiecywał godną kontynuację dobrej serii, niestety, im dalej w las, tym gorzej. A co mi tam, 6/10. Trzymam kciuki, aby przy ewentualnym trzecim sezonie, twórcy wyciągnęli jakieś wnioski z popełnionych błędów. A jeśli tak było w mandze - cóż, I guess, niewiele da się zrobić.





Log Horizon
Oglądając trailer, plakaty czy nawet czytając opisy, nie sposób było nie skojarzyć Log Horizon z (nie)sławnym SAO (aka SSAŁO). Pełna uprzedzeń, z niepokojem zabrałam się za pierwszy odcinek i wyłączyłam go po zakończonym seansie z uśmiechem na ustach. Zamiast patosu, heroicznie wygłaszanych przemów, niepotrzebnych walk i całego tego plastiku, którym SAO raczyło nas w każdym odcinku, dostaliśmy rozgarniętego protagonistę oraz spokojną, przemyślaną opowieść. W miejsce krzyków i płaczów wstawiono wspólne przyrządzanie hamburgerów. Urzekła mnie ciepła atmosfera, aczkolwiek to nie było wybitne anime, które utknęłoby w mojej głowie na dłuższy czas. Czekam na zapowiedzianą już kontynuuację - 7/10.





Nagi no Asukara
Jak po P.A Works można się było spodziewać, już od pierwszego odcinka szczodrze raczono nas pięknymi krajobrazami. Niestety, cudowna grafika była jedynym, mocnym punktem serii, pełnej mankamentów. Większość czternastoletnich bohaterów doprowadzała do szału swoim niezdecydowaniem i infantylnością. Na dobre zdecydowanie wyszedł twist fabularny w połowie serialu, pozwolił on rozwinąć wątki intrygujące widza od początku i przedstawić nam kilka w miarę logicznych wyjaśnień. Klimat bijący od każdego odcinka był wręcz magiczny i muszę przyznać, trochę rozproszył mój sceptyzm.
6/10




Tokyo Ravens
Kolejne, nieco przeciągnięte urban fantasy, w którym grupka nastolatków heroicznie ratuje świat, albo przynajmniej sporą jego część. Oprócz akcji, która z początku wlokła się jak sparaliżowany żółw, irytowała mnie znaczna ilość postaci, w tym, a jakże, wyidealizowani protagonista i protagonistka, wiecznie ryczące kawaii panienki na każdym kroku, ogólna sztampa w prowadzeniu ich charakterów. Jedynie Touji, ten typ chyba po prostu tak ma, z głównej czwórki (piątki?) wyróżniał się w sposób pozytywny. Z drugiej strony, rozwlekanie poniektórych wątków pozwoliło zżyć się z bohaterami oraz wyjaśnić wszelkie nieścisłości czy tajemnice, którymi owiana była prawie każda postać oraz sama Akademia Onmyou. Niestety, gdy już wszystko jako-tako zaczęło się rozkręcać, a całość dążyła ku niezwykle dramatycznej, aczkolwiek zaskakującej końcówce, oczywiście musieliśmy otrzymać klasyczne zakończenie typu "zabili go i uciekł". Walczenia siłą miłości i przyjaźni nie skomentuję, to nigdy jeszcze nie wypadło dobrze, Tokyo Ravens niestety nie jest wyjątkiem w tej sprawie. Harutora zdecydowanie za często był ratowany w kluczowym momencie, ponadto on sam otrzymywał nienaturalne power-upy, jednak w ostatecznym rozrachunku, wydał mi się całkiem sympatycznym, choć nieco przygłupim (Bakatora pasowało do niego jak ulał!) gościem. Nie umiem nie wspomnieć o grafice, tej przepaskudnej grafice, która raziła po oczach brakiem proporcji, niestaranną animacją, a co najgorsze mnóstwem (MNÓSTWEM) 3D, które to wyglądało wręcz karykaturalnie w połączeniu z dość klasycznymi projektami postaci. Nic odkrywczego, nic ponadprzeciętnego, prawdopodobnie drugi raz bym nie obejrzała, seria miewała gorsze i lepsze momenty. Gdyby stanowczo wyciąć odcinki spędzone na gadaniu i rumienieniu się niewiast na szkolnych korytarzach, a właściwie...większość odcinków szkolnych, mogłoby być całkiem dobrze. Plus za przedstawienie historii każdego bohatera, to sporo wyjaśniło. 6/10, soundtrack był naprawdę w porządku, szczególnie spora część z battle ost wpadła mi w ucho.
-----
To chyba było na tyle. Meh, czas na świeże mięsko, prosto z 2014.



Chuunibyou demo koi ga Shitai! Ren
Kolejny sezon przygód twardo stąpającego po ziemi Yuuty i nieskalanej rozumem Rikki. Słodko jak w poprzedniej serii, ale czy ten dodatek naprawdę był konieczny? Jak obawiałam się pojawienia rywalki, to Shichimiya wypadła niesamowicie barwnie, motywując dotychczas bierną Rikkę i jej chłopaka do popchnięcia ich związku do przodu. Bywały momenty mocno przedramatyzowane i przesadzone, ponadto niewiele się od rozpoczęcia emisji w relacji głównych bohaterów koniec końców  zmieniło. Z całej sympatii i można nawet powiedzieć, pewnego sentymentu do poprzedniczki - 6/10, czuję się lekko zawiedziona. KyoAni, oczywiście, stanęło na wysokości zadania i grafikę utrzymano na najwyższym poziomie, ale przecież piękną wydmuszką się jeszcze nikt nie najadł.




Gin no Saji 2nd Season
Bezapelacyjnie - anime sezonu! Pomimo niewielkiej przerwy pomiędzy dwoma sezonami, zdążyłam się już stęsknić za fantastycznymi bohaterami, toteż z wielką radością zabrałam się za seans. Moje wielkie oczekiwania zostały jak najbardziej spełnione. Choć humor jest równie świeży i autentycznie bawiący, tak, jak w części pierwszej, to całość otrzymała nieco poważniejszy wydźwięk, bowiem skupiono się na aspektach dojrzewania oraz poszukiwania własnej drogi w życiu, co zostało nam przedstawione, ale nie rozwinięte w poprzednim sezonie. Ending uważam za jeden z najładniejszych (zarówno wizualnie, jak i muzycznie), z jakimi miałam przyjemność się spotkać w ogóle. Z niecierpliwością wyczekuję na dalsze losy Hachikena i spółki! Mocne 9/10.



Hamatora the Animation
Myśląc o Hamatorze, pierwszym, co przychodzi mi do głowy to "kicz". Może to przez tę szatę graficzną, może przez niesamowicie brzydki (wizualnie) ending, może przez rażącą w oczy nieudolność w prowadzeniu fabuły i brak oryginalnych założeń tejże (moce bohaterów, a raczej sam pomysł na nie, jest dla mnie zwykłą zżynką z DnB, do którego nawet nie śmiem przyrównywać tej żenady). No tak, ale są jeszcze bohaterowie. Akurat pod tym względem nie jest aż tak źle i częściowo ratują oni żałosne "zagadki", jednak o większości można powiedzieć tylko tyle, że gdzieś tam... są. Kolejnym,  mocnym punktem jest udźwiękowienie, obsada składa się z kilku bardzo rozpoznawalnych i cenionych seiyuu (Fukuyama Jun czy Kamiya Hiroshi). Najgorszy był za to fakt, iż od początku do samego końca nie miałam pojęcia, gdzie to wszystko, do licha ciężkiego, w ogóle zmierza? Hojne 4/10, uśmiechnęłam się ze dwa razy oraz przejawiam dziwną słabość do Arta. Niezła dupa z twarzy z niego była. No i plus za zaskakujące zakończenie.


Mahou Sensou
Hej, hej. Głównymi bohaterami są Lelouch z jakimś gorszym Geassem, głupsza wersja Gilgamesha, bardziej narwana Homura z Madoki oraz hojniej obdarzona przez naturę Saber. Od samego początku nie mogłam powstrzymać skojarzeń z tymi też  bohaterami, co niezwykle mnie na każdym kroku drażniło. Kompletny brak oryginalności i pomysłu, zerowa ewolucja postaci. Jeśli szukasz dobrej serii o wojnach magów czy coś w ten deser, obejrzyj Fate/Zero. Jeżeli masz już za sobą, to obejrzyj jeszcze raz, ale nie trać swojego cennego czasu na tę, delikatnie rzecz ujmując, dość nieudaną serię. Ostatecznie obczaj Tokijskie Kruki, o których już wcześniej wspominałam. Ending był spoko, thus 2/10.






Nobunagun
Zapowiadało się ciekawie i oryginalnie (widać inspirację stylem KlK, aczkolwiek to jednak nie "to"), niestety, wyszło do bólu przeciętnie. Podobały mi się za to kolory, bardzo soczyste i szczodrze użyte w tłach. I co, znowu to samo? "Muzyka ok, grafika ok, postacie ok, fabuła ok, ale tak w sumie, to było średnie". To mnie też nie chce się silić na oryginalność i wymyślać czegoś innego. Za miesiąc już prawdopodobnie nie będę o tej serii pamiętać. 5/10






Noragami
Jak pewnie my wszyscy, naprawdę uwielbiam moment, w którym pełna sceptyzmu, zaczynam przeciętnie zapowiadającą się serię, a pod koniec odcinka już nie mogę doczekać się kolejnego. Ku mojej ogromnej radości, Noragami okazało się jedną z takich perełek. Co ja się będę dużo rozpisywać - kompletnie kupiła mnie niegłupia historia Yato, Hiyori i spółki. Dwanaście odcinków śmiechu, akcji, a nawet wzruszeń. Z niecierpliwością wyczekuję na drugi sezon, tym bardziej, że seria trzymała wysoki poziom również pod względem audiowizualnym. Wystarczy obejrzeć trailer, opening czy choćby spojrzeć na bardzo imponującą listę seiyuu (na której znalaźli się m.in. Kamiya Hiroshi, Kaji Yuki, Sawashiro Miyuki, Rie Kugumiya, Ono Daisuke, Sakurai Takahiro, Imai Asami i wielu, wielu więcej). 8/10, to była doskonała rozrywka i sama przyjemność.



 





Pupa
Nielogiczne, paskudnie narysowane i udźwiękowione, za krótkie (a może i w sumie dobrze, że takie to było króciutkie), głupawe, nudne i kompletnie niestraszne. Dno i pięć metrów mułu. Czuję się mentalnie zgwałcona. Gorzej niż po Diaboliku. Ewenement.
1/10











Sakura Trick
Yuri bez większej ilości yuri, o ile pocałunki bohaterek w pierwszym odcinku doprowadziły mnie do spazmatycznych wymiotów tęczą, to powtarzane w absolutnie każdym odcinku po kilka razy zwyczajnie nudziły. Związek głównych bohaterek nijak się nie rozwijał, brakowało mi jakiegoś konkretniejszego bodźca od którejś ze stron. Koleżanki od całusów i nic więcej. Bywało zabawnie, bywało uroczo, tylko że przez większość czasu antenowego, niesamowicie nudno i przewidywalnie.  Może gdyby odcinki były dwa razy krótsze albo było ich dwa razy mniej,całość okazałaby się lepsza. 5/10










Sekai Seifuku: Bourykau no Zvezda
Szalone i nieprzewidywalne, często niesłychanie absurdalne, inne, wyróżniające się na tle podobnych, bardzo barwne i sympatyczne w odbiorze. Prosta historyjka, podana w interesującej formie. No i loli. Protagonistką była loli. 6/10, bez większego powodu, ale podobało mi się.












Strange +
Może seans kompletnie mnie ogłupił i pozbawił resztek szarych komórek, ale... W tej całej głupocie, kilka razy się nawet uśmiechnęłam. Za świetną obsadę (a właściwie za Jun-tana, eargasm tak bardzo)- 3/10.











Toaru Hikuushi e no Koiuta
Bardzo, bardzo urocza historia, czasami aż do porzygu, niestety. Główny bohater, choć miewał lepsze przebłyski, wydał mi się kolejnym idealistą, który siłą miłości zwalczał zło tego świata, pozostając nieśmiertelnym (wszak chroniła go święta moc scenariusza) do samiutkiego końca. Na początku - przyjemne w odbiorze, obiecujące powiew świeżości w gatunku. Spora dawka dramatyzmu pod koniec serii nie zaszkodziła, ani specjalnie jej nie pomogła, pasował mi taki punkt zwrotny. Śliczne krajobrazy, bardzo fajny klimat. Kibicowałam głównym bohaterom, choć nikogo specjalnie nie polubiłam. Płomienne przemowy i obietnice pod koniec jakoś mnie zraziły. 6/10




Wake Up, Girls!
Oczekując niezobowiązujących slajsoflajfów, wypełnionych po przegi moeblobami oraz serii tylko udającej, że jest o muzyce (czyli mówiąc prościej, czegoś pokroju K-on!), zostałam mile zaskoczona, gdy bohaterki już w pierwszym odcinku wyrażały się o przemyśle muzycznym i swojej planowanej karierze w dość dojrzały sposób, sugerujący, iż naprawdę myślą o tym na poważnie. Im dalej w las, tym gorzej. Wieczne, wyimaginowane rozterki, płacze, siła miłości i przyjaźni (na bór zielony, czy na jeden sezon nie powinni czasem ograniczać zasobów tychże sił?), próba wmówienia nam, że życie idolek jest thrudne oraz my, plebejusze nigdy nie zrozumiemy ich bólu (oglądając Nanę czy Beck może faktycznie mogłam w to uwierzyć, ale naprawdę nie rozumiem, czemu rozebranie się do stroju kąpielowego popchnęło kilka dziewcząt na skraj załamania nerwowego). Bohaterki były zwyczajnie przezroczyste, po dwunastu odcinkach nie pamiętam z imienia czy chociażby twarzy ani jednej. Muzyka, jak muzyka, za to opening był zwyczajnie przebrzydki. Pomysł i tematyka dobre, szkoda, że z realizacją już gorzej. 4/10





Witch Craft Works
Niczego się po tym tytule nie spodziewałam i nic też nie dostałam. Nielogiczne walki bez wyjaśnień, kompletnie bezsensowna fabuła, grafika pełna nieudanych efektów 3D i monstrualne cycki Kagari. Bawił mnie chyba tylko fakt, że ktokolwiek odważył się wyprodukować takiego gniota zupełnie na poważnie. Zasłużone 2/10.






Nisekoi
Będąc ogromną fanką mangi, wpadłam w stan absolutnej ekstazy gdy dowiedziałam się, iż zekranizuje ją sam SHAFT. Jak zwykle (prawie, Sasami-san to jeden z niechlubnych wyjątków od tego studia), nie zostałam rozczarowana. Surrealistyczne wręcz tła, pełne kolorowych detali pięknie kontrastują z klasycznymi projektami postaci, które tylko zyskały na urodzie w kolorze. Mamy klasyczne "head tilty" czy nietypowe prowadzenie kamery, co po raz kolejny zrobiło na mnie porażające wrażenie. Co tu dużo mówić, Nisekoi to bardzo porządne rom-com, jedno z najlepszych ostatnich miesięcy. Dwadzieścia zapowiedzianych odcinków wydaje mi się optymalną ilością i choć jestem pewna, że rozwiązanie będzie wymysłem twórców, wszak manga od przesadnie długiej ilości czasu wciąż jest kontynuowana, nie wiążę z nim większych obaw. Mam tylko nadzieję, że SHAFT zdecyduje się ominąć tudzież maksymalnie skrócić najnudniejszą część mangi, czyli tą, w której wokół Raku zaczyna tworzyć się harem. Póki co - well done, SHAFT, keep it up! 7.5/10, aspirujące do bycia ósemką.



Space Dandy
Skręcają mi się kiszki za każdym razem, gdy czytam infantylne hejty pod adresem Space Dandy, zarzucające tej serii głównie to, iż nie dorównuje ona poziomowi Cowboya Bebopa. Guys, a któż Wam obiecywał drugiego Bebopa? Miała być szalona, niesztampowa komedia ze świetnym soundtrackiem i animacją, a dokładnie to dostaliśmy! Mnie Space Dandy kupił w całości i już teraz zapisuję się do fanclubu protagonisty. Niestety, moje drogie, to nie kolejny moe chłopiec (który to tylko ciało ma chłopięce, z twarzą, a co tu mówić o osobowości, już niestety ciężej), a dorosły facet. Pan Watanabe po raz kolejny odwalił kawał dobrej roboty. I w tym przypadku niezwykle ucieszyła mnie wieść o kolejnym sezonie. 7/10






Seitokai Yakuindomo 2
Drodzy fani SYD, jeśli jeszcze nie oglądaliście kontynuacji, nie traćcie czasu i biegnijcie już teraz.Cała reszto - do Was adresuję takie same słowa, tak świetnej komedii, pełnej niedwuznacznych i niewybrednych żartów, niebędącej jednocześnie ecchi i niepokazującej nagości w najmniejszym stopniu, to ze świecą szukać.
8/10!







I na koniec ciche podziękowanie dla wszystkich, którym udało się przebrnąć przez tę ścianę tekstu - nawet ja miałam z tym problem. Naturalnie, życzę Wam i sobie, nawet bardziej udanego i obfitującego w ciekawe tytuły, sezonu wiosennego!

PS Coby ułatwić życie nieco mniejszym entuzjastom czytania, podkreśliłam tytuły, które od siebie szczerze polecam. Enjoy.
Następny PostNowsze posty Poprzedni postStarsze posty Strona główna